piątek, 1 stycznia 2016

Sylwestrowy nowy rok.

Spotkanie rodzinne Czerwonego -> klik przypomniało mi, że kiedyś w mojej głowie zrodził się pewien projekt. Otóż postanowiłam sfotografować Czerwonego w towarzystwie innych Wartburgów oraz Trabantów, które można spotkać w Poznaniu i okolicach.

Tworząc więc nową tradycję, postanowiłam, że w sylwestrowy wieczór nadrobię kilka całorocznych zaległości. Dlaczego tradycję? Rok wcześniej podobnie spędziłam wieczór -> kilk.

Jednak to popołudnie zaczęło się od polowania na zupełnie inny pojazd. Korzystając z tego, że wyszłam wcześniej z pracy i było jeszcze jasno, a ja miałam aparat przy sobie - ruszyłam na trasę linii 902. W ciągu dnia dostałam informację, że można na tej linii spotkać autobus, którego nie udało się mi jeszcze sfotografować poza bazą firmy, do której on należy. Jednak łatwo nie było. Pierwsze podejście było zdecydowanie nieudane. Jedyne sensowne zdjęcie, jakie dałam radę wykonać, prezentuje się tak:


Przebicie się przez samochody w tym miejscu graniczyło z cudem. Fakt faktem - zbyt rzadko tutaj bywam i nie pomyślałam, że w ostatni dzień roku ludzie z niespotykanym wręcz natężeniem będą okupować tutejszy market. Nie tracąc czasu, wróciłam do samochodu i pognałam za autobusem, myśląc jednocześnie o miejscu, w którym z większym spokojem da mu się zrobić zdjęcie. Udało się to uczynić dopiero w Suchym Lesie. Ostatecznie dotarłam na pętlę, aby złapać jeszcze autobus od tyłu. Gdy zaparkowałam na poboczu i wysiadłam z auta, okazało się, że w naszą stronę jedzie autobus linii 901. Tego nawet nie przewidziałam. Na 'totalnym spontanie' wymyśliłam kadr, w którym udało mi się złapać wszystkie pojazdy jednocześnie. Dobrze, że wcześniej zdążyłam podpiąć obiektyw szerokokątny. ;)


Następnie pognałam do Poznania, jednocześnie na trasie robiąc kilka zdjęć autobusowi na linii 902. Gdy zadanie wykonałam - postanowiłam... wrócić do Suchego Lasu. Miałam od razu pojechać na osiedle Grzybowe w Złotnikach. Jednak, gdy zauważyłam, jaki zachód słońca się szykuje, postanowiłam podjechać w jedno miejsce, z którego się takie widoki z przyjemnością ogląda. Traf chciał, że akurat obok przejeżdżał autobus linii 902, którego chwilę wcześniej fotografowałam w Poznaniu. :)


Nie mogłam też odmówić sobie zdjęcia z panoramą Suchego Lasu. W oddali widać od lewej: kościół pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa, Galerię Sucholeską, Centrum Kultury i Bibliotekę Publiczną. Pomiędzy tymi dwoma ostatnimi budynkami, nieco bliżej nas wystaje daszek znajdujący się nad remizą OSP Suchy Las. Lubię wracać do tego miejsca. Podziwiać, jak zmienia się na przestrzeni lat. Może kiedyś pokuszę się, aby odkopać stare zdjęcia, gdzie nie ma galerii, ośrodka kultury wraz z biblioteką, a na polu rośnie zboże i kwitną czerwone maki...


Po tych kilku romantycznych chwilach oraz refleksją, iż właśnie podziwiam ostatni zachód słońca w 2015 r., postanowiłam ruszyć w dalszą drogę. Dotarłam na 'Grzybka' (tak potocznie mówi się na to osiedle). Liczyłam, że auto, które chciałam tutaj spotkać, będzie akurat stało przed domem. Miałam szczęście!



 Idąc za ciosem - postanowiłam podjechać do jeszcze jednego auta. Wszak - trzeba było w końcu uwiecznić samochód, o którym wspomniałam w tym wpisie -> klik.


Tym samym jest to już drugi czerwony Wartburg, z którym udało się zapozować. Następnie pojechałam sprawdzić, czy auto, które widziałam, gdy wyszłam z pracy, stoi jeszcze w tamtym miejscu. Po dotarciu na parking nie dowierzałam w moje szczęście. Stał!


Tym samym do zaliczenia został mi jeszcze jeden punkt, który przewidziałam na ten wieczór. Wiedziałam jednak, że nie uda mi się zrobić takiego zdjęcia, jakie zaplanowałam kilkanaście tygodni temu. Przejeżdżając kilka dni wcześniej zauważyłam, że samochód został przeparkowany i 'ukryty' z tyłu. Ale co to dla mnie? ;) Wpasowałam się Czerwonym tak, aby udało się złapać chociaż fragment jego kolegi. Zaległości udało się nadrobić! W jedno popołudnie! :)


Robiło się późno, a mój grafik był nadal napięty. Wszak sfotografowanie Czerwonego nie było jedynym celem tego dnia. Chciałam jeszcze powtórzyć coś, co udało się uczynić rok wcześniej. Tym razem postawiłam jednak na uwiecznienie ostatniego kursu linii 905 w roku 2015 r. Miałam jeszcze trochę czasu, więc podjechałam w okolice dworca PKS, aby upewnić się, gdzie można tam obecnie legalnie zaparkować samochód. Następnie udałam się na 'przerwę techniczną' do domu. Na trasie spotkałam autobus mojego ukochanego przewoźnika. Spokojnie - to owszem była linia 905, ale jeszcze nie jej ostatni kurs tego dnia. ;)


Na ul. Księcia Mieszka I mijałam się z innym autobusem linii nr 905. Mignęło mi, że był to wóz #9113. Tak sobie pomyślałam, że jak on się trafi jako ostatni to... Będzie ciekawe przypieczętowanie tego dnia. Dlaczego? Gdy rano przyszłam do pracy, na komputerze pojawiła się informacja, iż moje hasło wygaśnie za... 13 dni. To mnie jeszcze nie ruszyło, ale jak się okazało, że ostatniemu dokumentowi, jaki utworzyłam tego dnia, musiałam nadać numer 113 i sprawa, którą obsłużyłam, jako ostatnią miała numer 13/13... Na szczęście (?) na ostatnim kursie linii 905 pojawił się wóz #9120. Problem (?) sam się rozwiązał. ;)


Motyw rowerowy nie pojawił się bez powodu. Następnego dnia planowałam wziąć udział w spotkaniu noworocznym nad jeziorem Rusałka. Pomimo mrozu i prószącego śniegu, udało się to uczynić. Tutaj możecie zapoznać się z fotorelacją z tego wydarzenia -> klik.

Ledwo zrobiłam zdjęcie, trzeba było się zwijać. Raz - chciałam ten autobus sfotografować jeszcze gdzieś na trasie. Dwa - nie mogłam spóźnić się na ostatni kurs linii 902. Oczekując na trasie na autobus właśnie tej linii, przypomniałam sobie, że miałam coś jeszcze w tym roku sfotografować. Chodziło o przystanek autobusowy na Morasku. Czy mi się wydaje, czy tam w środku wymalowana jest wielka liczba 13? ;) Jeśli widzicie tam tylko zygzaki błyskawicy, to może przy tej interpretacji zostańcie. Ja i tak jestem pewna, że to 13. Na lewo od liczby jest to napisane słownie ("Poznańska Czarna Trzynastka"). ;) Co się kryje pod tym hasłem? Zobaczcie tu -> klik. :)


Niestety zdjęcia autobusu nie udało się zrobić. Autobus zbyt krótko stał na przystanku. Pognałam więc na pętlę w Suchym Lesie. Wiedziałam, że jest tam fatalne oświetlenie, ale... liczyłam na cud. Jednak tym razem nie nastąpił. ;) Wróciłam więc do Poznania. Stąd właśnie miał ruszyć ostatni liniowy autobus ZKP Suchy Las w 2015 r. Tym razem nie było problemu z oświetleniem, a zdjęcie prezentuje się tak:


Gdy autobus ruszał, była godzina 22:40. Powoli musiałam pomyśleć o miejscu, w którym chciałabym przywitać Nowy Rok, jednocześnie mogąc zrobić ciekawe zdjęcie. Objechałam pół miasta, aż ostatecznie wylądowałam przy rondzie Kaponiera. Północ powitałam w takich 'okolicznościach przyrody':


Wiele osób, pytając się mi, jak spędziłam sylwestra, nie mogło pojąć, dlaczego nie bawiłam się ze znajomymi, sącząc różnego rodzaju napoje. Odpowiadając, zwracałam uwagę, że nie ma nigdzie zapisanego takiego przykazu. Fakt faktem - znajomych mam niewielu. Jednak spowodowane jest to głównie tym, że stawiam na jakość, a nie ilość. Poza tym - czy naprawdę trzeba robić to, co wszyscy? Realizujmy plany, które sprawią nam przyjemność. Ja wróciłam do domu bardzo szczęśliwa. Na drugi dzień nie miałam problemu z bólem głowy i dałam jeszcze radę wybrać się na rower. Nie mam czego żałować. :)

Czerwony zrobił tego dnia ok. 100 km.
Tegoroczne podróże zamknął z wynikiem na liczniku: 96 635 km (kilka z tych km nakręciłam już w 2016).

czwartek, 31 grudnia 2015

Święta, święta i po... 2015 roku.

Miałam nic nie pisać o świętach, ale... Życie, jak zwykle, samo to zweryfikowało.
W okresie świątecznym chciałam zająć się domem, upiec ciasto, przyozdobić choinkę. Generalnie - przypomnieć sobie, że pomimo męskich pasji, tam w środku jestem kobietą, która potrzebuje rodzinnego ciepła.
Wysprzątałam klatkę schodową, umyłam okna, uporządkowałam moje lokum. Nic nie wskazywało, aby ten czas 'zaburzyły' moje zainteresowania. Jednak wszystko do czasu...
Pierwszy sygnał pojawił się podczas przedświątecznych zakupów. Podjechałam do jednego centrum handlowego. Gdy zbliżyłam się do wejścia... Na mojej twarzy pojawił się wielki uśmiech, a w głowie już kotłowały się myśli, jakby tutaj skadrować to, co ujrzałam. Jednak nie zrobiłam żadnego zdjęcia. Raz, że nie miałam ze sobą aparatu. Dwa - mój pomysł wymagał ustawienia obok mojego Czerwonego. W tym czasie było to nierealne. Za dużo ludzi, za dużo samochodów. Wszak trwał szał zakupów. Postanowiłam wtedy, że podjadę tutaj w jakiś spokojniejszy dzień, licząc na to, że to, co zobaczyłam, będzie jeszcze tutaj stało...

Najpierw jednak musiałam zrealizować trochę tych domowych obowiązków. Wrócę do tematu ciasta. W tym roku postawiłam na coś nowoczesnego. Przepis zdobyłam na początku grudnia. Ciacho mi się spodobało, bo kolorystycznie przypominało mi... choinkę z bobkami. Jednak, gdy już je upiekłam, spojrzałam na nie innym okiem i nagle mnie olśniło. Ten zestaw kolorystyczny wydał mi się tak znajomy. Co prawda nie zgadzają się proporcje tych kolorów, ale... czy nie przypomina to Wam malowania autobusów ZKP Suchy Las? :D Tak, wiem. Mam czasami bujną wyobraźnię. ;) À propos lasu. Czy muszę dodawać, że to ciasto nazywa się "Leśne runo"? ;)



Dom był przygotowany do świąt. Wigilia już za nami. W drugi dzień świąt postanowiłam więc wrócić do tematu obiektu, który spotkałam kilka dni wcześniej przed centrum handlowym. Postanowiłam zrobić prezent... Czerwonemu i zabrać go na spotkanie z... jego rodziną. :) Kogóż to odwiedził? Otóż samego kuzyna Złomka! Jeżeli nie kojarzycie filmu animowanego "Cars" oraz postaci Złomka, to odsyłam Was tutaj -> klik.



Później zabrałam Czerwonego na małą przejażdżkę. Chciałam porobić kilka zdjęć w centrum miasta. Zaparkowałam nieopodal placu postojowego PKS. Gdy wysiadłam, nie zwróciłam uwagi na to, co się znajdowało po drugiej stronie samochodu. Jednak, gdy wróciłam ze zdjęć i podeszłam od strony pasażera, mój wzrok przykuł... właz od studzienki. Reklamował on jubileusz firmy wodociągowej. Czasami zastanawia mnie to towarzyszące mi szczęście. Mam tylko nadzieję, że nie będzie mnie ono opuszczało do końca moich dni. :)



niedziela, 20 grudnia 2015

'Tap madl'. ;)

Niedawno przedstawiłam, jakie gadżety posiadam -> klik.

Przypomniało mi to (i niedawne domowe porządki), iż z tym tematem związany jest jeszcze jeden wątek. Chodzi o modele pojazdów. Moja kolekcja nie jest jakaś nadzwyczaj bogata. Z oczywistych powodów (jestem tzw. autobusiarą) przeważają w niej modele autobusów. Jednak dzisiaj skupię się na modelach samochodów. Od razu dodam, że nie zaprezentuję wszystkich. Przedstawię tylko te, do których mam sentyment oraz takie, które są szczególnie związane z tematyką bloga. :)

Na początek cofniemy się do mojego dzieciństwa. Generalnie byłam normalną (no, może nie do końca albo pisząc zgodnie z teorią Einsteina - to pojęcie względne) dziewczynką, która bawiła się swoją lalką Barbie i Ken'em. Jednak nie przeszkadzało mi to w tym, aby jednocześnie budować 'coś' z klocków LEGO oraz... śmigać po podłodze... resorakami. Zatrzymajmy się przy tych ostatnich.

Wspomniałam, na początku tego wpisu, że robiłam niedawno porządki... Gdy odkurzyłam pewien karton i zaglądnęłam do środka... Na mojej twarzy pojawił się uśmiech. W środku były moje resoraki!

Nie omieszkałam więc wyjąć je i zrobić im kilka zdjęć. Jak widać po ich 'powłoce lakierniczej' - nie oszczędzałam ich. ;) Szczególnie tego białego Fiata Uno, którego... nie cierpiałam. Natomiast ulubionym był ten z numerem 46. :) Cóż - widocznie już wtedy ciągnęło mnie do rajdowej jazdy. ;)



Niedawno moja kolekcja modeli (takich już bardziej z prawdziwego zdarzenia) wzbogaciła się o model, który przedstawia niemalże ideał mojego samochodu. Jest to Wartburg 353 w wersji kombi. Ideałem byłby, gdyby to był Wartburg 1.3. Wówczas na półce stałaby miniatura mojego ukochanego Białego -> kilk.




Ten czerwony modelik odbył w tym roku małą podróż. Otóż zabrałam go ze sobą do Eisenach na zlot Wartburgów. Nie wierzycie? Oto dowód:


01.08.2015 r., Eisenach.

Jak widać - przy okazji zabrałam kilka innych modelików. Wszystkie reprezentują pojazdy moich ulubionych marek. :)


Na powyższym zdjęciu udało mi się uwiecznić nie tylko moje modeliki (tutaj składam podziękowania darczyńcy), ale też i coś równie interesującego, widocznego za szybą Czerwonego. Wiecie, co to za pojazd, którego widać po prawej stronie? To żółte cudo to Melkus -> klik. Auta te były produkowane w NRD. Ciekawostką jest to, że tworzone były w oparciu o podzespoły... Wartburga 353. :)

Mam nadzieję, że tymi dwoma ostatnimi zdjęciami zachęciłam Was do śledzenia dalszych wpisów. Wszak - nadszedł najwyższy czas, abym opisała, cóż ciekawego można przeżyć i zobaczyć podczas wspomnianych zlotów Wartburgów w Eisenach. :)

niedziela, 6 grudnia 2015

św. Mikołaj

W zeszłym roku z okazji 'okrągłych' urodzin zorganizowałam imprezę komunikacyjną -> klik.
W tym roku postanowiłam... nie planować nic szczególnego. Ja wiem, że 31 jest odwrotnością 13, ale nie przesadzajmy. To nie jest powód do świętowania. Jednak, mimo wszystko, chciałam, aby ten dzień nieco różnił się od pozostałych. Pomógł mi w tym... św. Mikołaj.

W jednym z poprzednich wpisów wspomniałam, iż fascynuje mnie Wierzenica i jej historia -> klik.
Przeglądając różne materiały, natrafiłam na informację, iż co roku odbywa się odpust w wierzenickim kościele. Przypomnę, że ten kościół jest pod wezwaniem św. Mikołaja. Traf chciał, że w tym roku Mikołajki wypadły dokładnie w niedzielę. Tak więc już dawno zaplanowałam, że będę uczestniczyć w tym odpuście. Wszak to mój obowiązek - jakom ja Mikołajka. :)


Oczywiście nie było mowy, abym nie zabrała Czerwonego ze sobą. Musiał mi towarzyszyć w tym ciekawym wydarzeniu.

Z powodu małej zawieruchy w domu, na miejsce dojechałam na ostatnią chwilę. O miejscu siedzącym generalnie mogłam zapomnieć. Z resztą - nie zależało mi na nim. Mam jeszcze w miarę młode nogi. Mogę postać. ;) Poza tym udało mi się zająć świetne miejsce stojące - byłam niemalże w centrum wydarzeń. Miałam też niebywałe szczęście, iż stał obok mnie Pan Włodzimierz Buczyński (jego fotorelację możecie podziwiać tutaj -> klik), który swym fotograficznym, reporterskim zacięciem dodawał mi odwagi, abym mu w tym wtórowała. A, że miałam ze sobą aparat fotograficzny...

Poniżej zamieszczam kilka zdjęć z mszy św. Była ona o tyle niezwykła, iż wystąpiło na niej wielu znamienitych gości. Jak widać - przyciągnęło to spory tłum 'publiczności'.



Mszę odprawili: ksiądz Michał Mietliński (przy mikrofonie) oraz ksiądz Waldemar Twardowski (siedzący w tle po lewej stronie).


Gdy pod koniec mszy ksiądz chciał już błogosławić wiernych, nagle ksiądz proboszcz Przemysław Kompf zawołał coś w rodzaju: "Moment, moment. Nie zapomniałeś o czymś? Zobacz, a któż to tu do nas idzie?". W tym momencie wszyscy obecni w kościele skierowali swój wzrok w stronę bocznego wejścia. Dzieci zaczęły krzyczeć: "Święty Mikołaj, święty Mikołaj!". Zrobił się gwar. Zrobiło się wesoło.

Udało mi się poczynić dość ciekawe zdjęcie. Po lewej stronie widać 'żywą' postać Mikołaja. Natomiast wprawne oko wypatrzy w tle figurę z pastorałem - to również (św.) Mikołaj. :)


Dziwi Was tak kolejka do św. Mikołaja? Nie? Mnie też nie dziwi. Któż by nie chciał otrzymać odrobinę słodkości. Ja nawet nie 'startowałam' w tej kwestii. Za stara jestem. Na pewno by mnie przegoniono. ;)

Po wyjściu z kościoła 'pomiętoliłam' trochę Bestię (przypominam, iż jest to lokalny psiak). Następnie podeszłam do Rodziców, aby zamienić 'trzy słowa'. Rozmawialiśmy, rozmawialiśmy, rozmawialiśmy... Stałam tyłem do kościoła. Coś mnie nagle tknęło i się odwróciłam... Dojrzałam, że właśnie z kościoła wyszedł Mikołaj. No nie mogłam tego sobie odpuścić! Przeprosiłam Rodziców i co sił w nogach wróciłam przed kościół, aby poczynić poniższe zdjęcie. Uff...

Muszę również przyznać, że w tym wszystkim nie zabrakło wątku muzycznego. Mszę uświetnił występ chóru parafii Matki Bożej Różańcowej z poznańskiego Zielińca. Napiszę krótko - nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam możliwość posłuchania tak dobrego chóru! A wierzcie mi - trochę się ich już w życiu nasłuchałam. To była poezja dla uszu! Moi Rodzice, którzy również uczestniczyli w tej mszy, nie mogli wyjść z podziwu dla nich. 

To wszystko sprawiło, że już w tym momencie ten dzień stał się wyjątkowy. Jeszcze długo nie zapomnę tych pięknych chwil. :)

Nie mogło oczywiście zabraknąć pamiątkowego zdjęcia. Panna Mikołajka w dniu św. Mikołaja na tle kościoła pw. św. Mikołaja... (wiem, wiem - to już lekka przesada, ale w dniu urodzin chyba mogłam sobie pozwolić na odrobię szaleństwa, nieprawdaż?) Nawet kolor lakieru Czerwonego idealnie wpisał się w to święto. ;)


Tym razem jednak postanowiłam nie wierzeniczyć w tutejszej Aleii Filozofów, tylko oddać się medytacjom za kółkiem Czerwonego. Udałam się więc w dalszą podróż. Traf chciał, że przejeżdżałam obok miejsc, w które zawitaliśmy rok temu autobusem. Postanowiłam więc zajechać tam Czerwonym i zrobić kilka pamiątkowych zdjęć. Konkretnie chodzi o Łukowo koło Obornik Wielkopolskich. Kadry i pora dnia są nieco inne, ale da się znaleźć wspólne obiekty na tych zdjęciach. Poniżej zamieszczam te porównania:

A tak prezentuje się nocna wersja tego miejsca - w nieco innym kadrze -> klik.
 
 Wersja nocna -> klik.

Następnie pojechałam na bazę ZKP Suchy Las. Wiedziałam, że do firmy dotarł już najnowszy nabytek. Jednak wcześniej nie miałam czasu, aby tam zawitać. Uznałam więc, że sprawię sobie sama prezent w postaci możliwości sfotografowania tego 'nowego' autobusu. Oto efekt -> klik.

P.S. Tego dnia zapomniałam zabrać se sobą moich CD. Byłam więc skazana na słuchanie radia, ale coś wyjątkowo gubiło ono zasięg i trafiałam tylko na klimaty typu 'zetki' i inne 'eski'. Mam nadzieję, że już nigdy nie zapomnę zabrać mojego etui z płytami...;)

czwartek, 3 grudnia 2015

Gadżety.

Nie jestem tzw. gadżeciarą. Jednak zdarza mi się czasami nabyć jakieś przedmioty stanowiące dodatkowe wyposażenie. Staram się jednak wybierać takie, które mają jaką praktyczną funkcję. Na poniższych zdjęciach prezentuję kilka związanych z Czerwonym i wartburgową tematyką.

Na początek - tylna kanapa w Czerwonym, a na niej poduszki. Moi pasażerowie są zazwyczaj nimi zachwyceni. Nie tylko z powodu ich wyglądu, ale tego, że mogą poczuć się niemalże, jak w domu na swojej kanapie. Tym bardziej, że w Czerwonym nie ma pasów bezpieczeństwa w tylnej części. :)

Pandzię mieliście okazję zobaczyć już przy okazji tego wpisu -> klik.
Przyznaję, że ona akurat nie ma jakiegoś praktycznego zastosowania, choć przez jakiś czas służyła jako... zagłówek. :D Obecnie jej celem jest... wywoływanie uśmiechu na twarzach innych użytkowników dróg (do zdjęcia ustawiłam ją w innej pozycji, niż ta, w której zazwyczaj się ona znajduje). Poza tym - pluszowe misie to mój znak rozpoznawczy. Szczególnie przydatne jest to na rajdach rowerowych, bo ludziom jest łatwiej 'wyłapać' w tłumie 'tą Panią z misiem'. ;)

No i instrukcja obsługi tego samochodu. Nie powiem - jest w niej wiele ciekawostek, ale jakoś nigdy nie udało mi się zebrać w sobie, aby przeczytać ją od deski do deski. Może uda się to uczynić w nadchodzące długie, zimowe wieczory? ;)


Kolejnym gadżetem jest tzw. smycz. Oczywiście przypinam do niej kluczyki od samochodu. Jednak nie używam jej na co dzień. Tę smycz kupiliśmy na zlocie w Eisenach. Zabieram ją co roku, do miejsca w którym została nabyta i korzystam z niej tylko w czasie zlotu. Później przez rok leży w szufladzie w domu. :) A te ludziki? Co to takiego? Już Wam tłumaczę...

Te pamperki symbolizują... sygnalizację świetlną dla pieszych. Obecnie są swoistą maskotką wschodniej części Niemiec. Nie ukrywam, że i mi udzieliła się sympatia do tych ludzików. :)
Nie będę się o nich rozpisywać, bo ktoś inny już to uczynił, więc odeślę Was dalej. Przy okazji możecie zapoznać się z asortymentem sklepu, który obecnie zarabia (wiem, że to straszna komercja, ale... sorry, takie mamy czasy) na tym świetlnym symbolu -> klik.
Oficjalna strona Ampelmann -> klik.

Przy okazji trafiłam na takie ciekawe zestawienie -> klik.


W tym roku kupiłam sobie jeszcze jedną smycz. Wolałabym, aby napis był w kolorze czerwonym, ale... z braku laku...


No i najważniejsze! Co kobiety lubią najbardziej? Biżuterię! ;) Jednego roku, podczas zlotu w Eisenach, nasi Panowie postanowili zrobić nam prezent. Kupili... kolczyki w kształcie Ampelmann'ów. Od tamtego momentu stało się to już tradycją, że zabieramy je ze sobą co roku i nosimy przez cały czas trwania zlotu. Po powrocie do domu umieszczam je w oryginalnym pudełku i chowam, aby grzecznie przeczekały do następnej wyprawy:


Tak prezentują się po wyjęciu z pudełka:


Żałuję, bo w tym roku na targowisku zorganizowanym w trakcie zlotu w Eisenach można było kupić lampę w kształcie zielonego Ampelmann'a. Niestety, za długo się zastanawiałam (ach, to kobiece niezdecydowanie) i ktoś mnie uprzedził. :( No, ale przynajmniej mam wyznaczony kolejny cel przy następnych zakupach. ;)

środa, 25 listopada 2015

Muzyka łączy...


Znów będzie muzycznie...
Uprzedzam, że po kliknięciu na zaproponowane przeze mnie linki, możecie trafić na treści obraźliwe, niecenzuralne i przeznaczone dla osób +18.

Tak, jak wspomniałam w tym wpisie -> klik. Gdy opiszę jakiś temat, nie porzucam go od razu. Czasami jeszcze szperam dalej. W Internecie, gazetach, książkach, zdjęciach...

Tym razem temat przedrążył się do mnie sam poprzez... słuchawki. Siedziałam w pracy, słuchałam radia poprzez pewną popularną aplikację. Kanał: Rock polski classic. Do moich uszu docierały kolejne słowa piosenki "Ale w koło jest wesoło" zespołu Perfect -> klik. I nagle przypomniało mi się, że od lat frapowało mnie, dlaczego w tekście wspomniana jest postać Pana Zbigniewa Hołdysa (ustawcie na: 1:33). Nie wytrzymałam. Uznałam, że czas najwyższy to sprawdzić. Kilka kliknięć później sprawiło, że musiałam przygotować list gończy dla mojej szczęki! Znalazłam taką stronę internetową, iż uważam, że wywróciła mi ona mój światopogląd na drugą stronę -> klik.
Czy sądzilibyście, że Pan Wojciech Waglewski (obecnie kojarzony z zespołem Voo Voo) śpiewał kiedyś z Panem Zbigniewem Hołdysem? Czyli używając skrótu myślowego: że "Wagiel" śpiewał w Perfeccie? No tego nawet w kinie nie grali!
Polecam też dział "Epizody". Urzekła mnie historia o 'maluchu'. Pominę, że ja bym wybrała czerwonego. :P

Przeglądanie tej strony wywołało lawinę kolejnych ciekawych wydarzeń. Dyskutując o twórczości zespołu Perfect oraz muzyków z nim związanych, dotarłam do utworu, który stał się natchnieniem do wykonania zdjęcia z Czerwonym. Oto ono:


Skąd pojawiła się inspiracja do tego zdjęcia? Proszę, zapoznajcie się z tym teledyskiem -> klik.
Rozmawiałam z kimś o muzyce zespołu Perfect i jakoś temat zszedł na projekt muzyczny Markowski/Sygitowicz. Mój rozmówca podpowiedział mi 3 utwory, w tym: "Każdej nocy", jako pierwszy. Ponieważ lubię drążyć... Od razu poszukałam teledysku. Gdy go obejrzałam - oniemiałam. No, przecież to zostało nagrane w 'moim' Poznaniu! Od razu rozpoznałam budynki Starej Rzeźni, barierki z łańcuchami znajdujące się przy skrzyżowaniu ul. Garbary i ul. Długiej (przy budynku kościoła pw. Przemienienia Pańskiego). Porównajcie obraz widoczny w teledysku w momencie:1:22 z tym -> klik.

Aby nawiązać do klipu piosenki "Każdej nocy", ustawiłam Czerwonego na tle Starej Rzeźni. Widać nawet wieżę, którą możecie wypatrzeć w filmiku (0:35). :)


Nie omieszkałam napisać o tym osobie, która mi podpowiedziała przesłuchanie tego utworu. Cytuję jej odpowiedź:
"oooo
to tak przypadkowo podpowiedziałem
wspomniałem tylko o płycie".

Jednocześnie rozmawiałam z drugą osobą na ten sam temat. Oto nasza dyskusja:
Ja:
"nie chodzi tym razem o tekst
tylko o tło w teledysku
nagrali to w Poznaniu!
co za przypadek, że akurat tę piosenkę mi zaproponowano!
On:
"przypadek"
Ja:
"to moje czwarte imię"
On:
"a nie trzynaście?"

Jak widać, nie ma osoby, która by nie kojarzyła mnie z liczbą trzynaście. Przypadkowy przypadek? ;)

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Moje ulubione przeboje zespołu Perfekt? Pomijając Elkę, kino, itp., to przede wszystkim energetyczne "Idź precz". Polecam w wersji przygotowanej przez zespół Acid Drinkers (nota bene - poznański) -> klik.
Ten sam utwór w wersji symfonicznej -> klik. Jedna piosenka, a dwa różne światy. Właśnie za to kocham muzykę. :)
Drugi "the best" kawałek to "Lokomotywa z ogłoszenia" -> klik. Na szczęście słowa (cytując tekst tej piosenki): "benzyna w takiej cenie, że samochód nie na moją kieszeń" nie bardzo odnoszą się do Czerwonego, bo... on jeździ na gaz. ;)

Z kolei mam nadzieję, że jeszcze długo nie będą mnie dotyczyły słowa z tej piosenki -> klik. Dokładnie mam na myśli fragment: "Gdy nie bawi cię już, świat zabawek mechanicznych". ;)

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Zastanawiałam się, czy w jakikolwiek sposób da się połączyć twórczość zespołów, których słucham. No i odkryłam postać, która pozwoliła mi na nowo spojrzeć na świat muzyki. Chodzi o Pana Milo Kurtisa -> klik.. Grał zarówno w zespole Voo Voo, jak i w... zespole Maanam. Był też na ślubie managera zespołu Perfect -> klik. Nie mam pytań. ;)

Swoją szosą - to niesamowite, do jakich przemyśleń i odkryć potrafi doprowadzić słuchanie muzyki w samochodzie/pracy. :)

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Do tematów muzycznych na pewno jeszcze nie raz wrócę. Wszak, muszę chociażby poruszyć wątek komunikacyjny w nich zawarty. ;)

poniedziałek, 16 listopada 2015

Czego słucha się w Wartburgu?

To jest dobre pytanie. Oczywiście powinnam napisać, że... dźwięków dobiegających od pracującego silnika. Jednak Czerwony nie jest dwusuwem, więc jego serce nie wydaje charakterystycznego "będę, nie będę". Nie powiem - lubię często przemierzać kilometry w ciszy, wsłuchując się jedynie w to, co dobiega spod maski samochodu. Jednak z racji tego, że muzyka nigdy nie była mi obojętna, chętnie włączam sprzęt grający. A wygląda on tak:


Wiem, wiem - stylistycznie pasuje on jak przysłowiowy kwiatek do kożucha. Jednak mam sentyment do tego radia. Jest ono jedną z pamiątek, które pozostały mi po śp. Škodzie Favorit, którą kiedyś jeździłam. Poprosiłam więc Miśka, aby mi zostawił to cudo techniki audio i tym samym sprzęt wylądował w Czerwonym. :) O Škodzie jeszcze na pewno kiedyś napiszę, więc skupmy się teraz na muzyce.

Generalnie mam coś takiego, że jak już zapoznam się z jakimś tematem i później, np. opiszę go na blogu, to nie porzucam tego w otchłań zapomnienia. Chętnie wracam do jakiegoś zagadnienia i próbuję zgłębić je dalej. Tak było w przypadku Wierzenicy, którą opisałam tu -> klik. Co to ma wspólnego z muzyką? Ależ bardzo dużo. Przeglądając różne materiały o tej wsi, natrafiłam na informację, iż niedawno gościem wierzenickiej parafii był Pan Jan Budziaszek -> klik. Zainteresowała mnie ta postać, gdyż... uwielbiam piosenki Skaldów. Ponieważ nie kojarzyłam osoby Pana Jana, poszperałam trochę w Internecie i trafiłam na taki artykuł -> klik. Pomijając wątek religijny, chciałabym skupić Waszą uwagę na fragmencie, gdzie Pan Jan wspomniał o przygotowaniach do festiwalu w Operze Leśnej w Sopocie. Zrozumiał wtedy, że "najważniejsze w sztuce - miłość do sprawy, którą się chce przekazać". To jest dokładnie sens tego, czego ja od dawna szukam w muzyce. Ona daje w pełni to, co powinna, nie gdy stajesz na głowie, ale przekazujesz poprzez nią to, co w sercu Tobie gra.

W nawiązaniu do tego, co napisałam powyżej - w utworach poszczególnych twórców zwracam uwagę nie tylko na melodię, którą one niosą, ale również na teksty. Im bardziej szczere, uczuciowe, tym są cenniejsze dla mnie. Im bardziej 'życiowe', tym bardziej do mnie 'trafiają'. Naprawdę da się wyczuć, czy autor tekstu napisał go tak od serca, czy tylko dla pieniędzy.

Stąd też szczególnie cenię sobie twórczość zespołu Voo Voo. Traf chciał, że w zeszły weekend zaprezentowano krótki materiał o tym zespole i tworzących go muzykach. Zobaczcie sami -> klik. Jak dla mnie - ten zespół tworzą genialni artyści. Inteligentna gra słów w tekstach, rewelacyjne podkłady muzyczne. Miód dla uszu. Co ciekawe - na koncertach na żywo brzmią jeszcze lepiej, niż na płytach. Prawdziwi wirtuozi - a wierzcie mi - rzadko o kim mogę to napisać. Wszak - żeby grać, nie wystarczy być instrumentalistą. Świetnie wyjaśnia to zagadnienie Pan Zbigniew Wodecki w wywiadzie, który możecie zobaczyć tutaj -> klik (ustawiłam, aby filmik rozpoczynał się od właściwego momentu i w zasadzie to, co bym chciała opisać, jest zawarte do 3:50). Nie wystarczy nauczyć się grać na jakimś instrumencie. To trzeba 'czuć', mieć w sobie. Wówczas muzyk staje się wirtuozem i potrafi sam coś tworzyć. Zostaje prawdziwym artystą.

Muzyka od zawsze była dla mnie ważna. Grałam w zespole, śpiewałam w chórach. Moja 'kariera' trwała ok. 10 lat. Poza tym w rodzinie każdy potrafił na czymś grać (na nerwach też ;) ). Chętnie więc zapuszczam się w czeluście muzyczne. Jednak nie mogę zdefiniować, który styl preferuję. Chociaż jestem skłonna wskazać, że w przeważającej większości jest to rock. Słucham przeróżnych rzeczy. Dodam też, że nie wstydzę się przyznać do tego, jakich wykonawców słucham. Wszak to tak, jakbym wstydziła się siebie.

Oto moja płytoteka - podaję w następującej kolejności: wykonawca (wymieniam alfabetycznie) - tytuł płyty (wymieniam zgodnie z rokiem nagrania płyty):
Acid Drinkers - Strip tease
Aerosmith - Rocks
Bajm - Martwa woda
Bajm - Nagie skały
Bajm - Ballady
Bajm - Etna
Bajm - Szklanka wody
Bajm - Myśli i słowa
Banaszak Hanna - Kofta
The Best Blues - ...Ever! 
Bovie David - Hours
Brodka - Granda
Chambao - Chambao
Dąbrowska Ania - W spodniach czy w sukience?
Electric Light Orchestra - A new world record
Electric Light Orchestra - Discovery 
Electric Light Orchestra - Eldorado
Electric Light Orchestra - Out of the Blue
Electric Light Orchestra - Secret messages
Electric Light Orchestra - Time
Hey - Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!
Hey - Unplugged
Jamiroquai - Rock dust light star
Jantar Anna - Złota kolekcja: Radość najpiękniejszych lat, Spocząć
Kiljański Krzysztof - In the Room
Kombii - c.d.
Krall Diana - Love scenes
Kult - Unplugged
Lady Pank - Symfonicznie
Maanam - Złota kolekcja: Kocham Cię kochanie moje, Raz-dwa, raz-dwa
Minogue Kylie - Light Years
Muse - Black holes & revelations
Nirvana - Nevermind
Nohavica Jaromír - Kometa - The best of Nohavica
Nosowska/Osiecka - N/O
Osbourne Ozzy - No more tears
Perfect - Unu
Perfect - Śmigło
Perfect - Live 2001
Perfect - DaDaDam
Queen - Live at Wembley '86
Rusowicz Ania - Genesis 
Sunrise Ave - The big band theory
Szczepanik Piotr - Złota kolekcja: Nigdy więcej
Talk Talk - It's my life
The Who - Who's next
Umer Magda - Koncert sprzed lat
Urszula - The best
Voo Voo - Voo Voo z kobietami
Voo Voo - Różne piosenki
Waglewski Wojciech, Emade, Fisz - Męska muzyka
Wanda i Banda - Platynowa płyta
Wideoteka Dorosłego Człowieka - Na życzenie
Williams Robbie - Sing when you're winning
Williams Robbie - Swings both ways
Wodecki Zbigniew - Złota kolekcja: Zacznij od Bacha
Zaucha Andrzej - Złota kolekcja: Nieobecność, C'est la vie
Zaucha Andrzej - 2 CD z 4-ch kultowych winyli
ZAZ - Recto verso

Niezła mieszanka, nieprawdaż? Dodam, że to nie są wszystkie płyty, jakie posiadam. Jednak tych wymienionych słucham najczęściej. :)

Ostatnio na 'tapecie' niemalże non stop wałkuję twórczość Pana Andrzeja Zauchy, Pani Ani Rusowicz, zespołów: Maanam (cieszę się, że w końcu dorosłam do tych tekstów) oraz Perfect. Często też sięgam po Jamiroquai lub Kult. Przy bardziej melancholijnym nastroju włączam płytę z piosenkami Pana Jaromíra Nohavicy. Z kolei płytę z utworami Pana Piotra Szczepanika dopiero co nabyłam (choć jego twórczość znałam od lat), ale coś czuję, że szybko wejdzie do mojej pierwszej dziesiątki. Płyta ZAZ to też u mnie nowość, ale ona raczej do tej dziesiątki nie trafi...

Wielu płyt brakuje w mojej kolekcji. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego jeszcze nie nabyłam jakiegoś CD Republiki, Skaldów, Meli Koteluk. Muszę też sprawić sobie kolejną płytę Pana Grzegorza Turnau. Co prawda już jedną kiedyś kupiłam, ale po przyjściu ze sklepu do domu ... okazało się, że pudełko było puste (!).

Staram się też sięgać po starsze kawałki. Nie wiem, jak to się stało, że utwór "Welcome to the jungle" zespołu Guns N' Roses odkryłam dopiero jakieś 2 lata temu. Skandal! Muzycznie jest on dla mnie genialny. Kolejnym równie rewelacyjnym jest "House of the Rising Sun" zespołu Animals. No, ale to na szczęście znam już od bardzo, bardzo dawna. :) Kocham także utwór "Jest taki samotny dom" Budki Suflera. Muszę też w końcu wzbogacić kolekcję o twórczość Pidżamy Porno/Strachów na Lachy, O.N.A. oraz Raz, dwa, trzy.

W samochodzie obowiązuje kilka zasad dotyczących słuchania muzyki. Przede wszystkim słucham tego, co pasuje do mojego aktualnego stanu ducha. Jak jestem smutna, to słucham 'smętów', jak radosna - to szukam czegoś energetycznego. Ruszając w dalsze trasy najczęściej sięgam po płyty Perfectu lub Pani Ani Rusowicz. Zwiększam wówczas głośność i gnam przed siebie. Ma to tylko jedną wadę. Kierowcy stojący na pasie obok rozglądają się, co to za dyskoteka stoi nieopodal. Co gorsza - kierowniczka tej dyskoteki śpiewa. Na szczęście dla wszystkich - przy zamkniętych oknach (przynajmniej zimą). ;)


Jednak, żeby nie było. Moich współpasażerów nie zmuszam do słuchania moich klimatów. Jeżeli nie mam nic, co by im odpowiadało, to włączam radio albo... jedziemy w ciszy delektując się pomrukiwaniem silnika. Ewentualnie umilamy sobie podróż żywą dyskusją. Co więcej - zdarzyło mi się kupić płyty pod kątem moich pasażerów. Oczywiście dotyczy to tych, którzy częściej ze mną podróżują. :)

P.S. A co Wy polecacie?