Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czerwony. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czerwony. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 maja 2019

Pyzderniczka.

Pamiętacie, jak wspomniałam o wyprawach do Puszczy Pyzdrskiej? Nie? To dla przypomnienia ➜ klik. Biały też się załapał na wypady w te ciekawe miejsca ➜ klik.

Przy tej okazji podlinkuję także relacje z wypraw rowerowych w tamte rejony, które udało mi się zorganizować ➜ cz. 1 i cz. 2. W planach miałam też cz. 3. To właśnie podczas przygotowań do niej przeżyłam niesamowitą noc w lesie... klik. Niestety, zdrowie nie pozwoliło mi na razie zrealizować tamtych zamiarów, ale... jeszcze wszystko przede mną, więc kto wie. :)

Jednak dzisiaj mam coś innego do opisania. Na moje fotorelacje z Puszczy Pyzdrskiej jeszcze przyjdzie czas, więc dalej musicie uzbroić się w cierpliwość (najlepiej anielską). Tymczasem organizator naszych wypadów samochodowych do Puszczy zorganizował wystawę swoich zdjęć. Dlaczego o tym wspominam? No, bo widzicie... Czerwony/Puzzel stał się również jej częścią. Tak, tak! Mój Wartbi trafił do galerii. 

Więcej szczegółów znajdziecie tutaj: klik.
Miałam przyjemność uczestniczyć w oficjalnym wernisażu tej wystawy. Co więcej - po jego zakończeniu podjechałam samochodem tuż przed wejście. Tym samym Puzzel nawiedził wystawę w dniu jej otwarcia. :)



A w jaki sposób zaprezentowano Wartbiego na wystawie? Otóż, koło jednego ze zdjęć (pominę, że mam takie samo 😜) znajduje się opis, przy którym zaprezentowano dwa zdjęcia.


W przybliżeniu wygląda to tak:


Wybaczcie jakość zdjęć. Zrobione "kalkulatorem".

Co ciekawe - Czerwony pojawił się na wystawie na jeszcze jednym zdjęciu, jednak go nie pokażę. Niech to stanowi dla Was motywację, aby osobiście wybrać się do "Łazęgi" i poszukać Czerwonego. Podpowiem - chodzi o zdjęcie wykonane we wsi Rybie w 2015 r. Miłego oglądania i zabawy w "gdzie jest Wally?". ;)
 
Relacja z wernisażu klik.

piątek, 1 czerwca 2018

Bayerische Version Wartburg.

Na blogu zapanowała długa cisza. Spieszę więc z wyjaśnieniami:
1) Nie. Nie znudziło mi się pisanie.
2) Nie sprzedałam, ani nie zezłomowałam Czerwonego.

Najzwyczajniej w świecie wciągnęło mnie zwykłe, codzienne, "szare" życie. Co ciekawe - przez ten cały czas tematów na bloga przybyło tyle, że nawet gdybym chciała je na bieżąco umieszczać, to chyba musiałabym zrezygnować ze snu, aby ze wszystkim się wyrobić. 😉

Poza tym - już drugi raz w historii okres jesienno-zimowy stał się uboższy o przygody Czerwonego. Powód? Odstawiłam mój pojazd do "gawry", aby zapadł w sen zimowy. Coraz bardziej mi go żal. Zrezygnowałam z jego codziennego użytkowania.

Na co dzień poruszam się komunikacją. W sumie - będąc miłośniczką, wypadało by, abym tak robiła, a nie (jak to kiedyś jeden miłośnik napisał) "kontemplowała nad nią".

Nie zrezygnowałam jednak z jazdy samochodem. Co to to, to nie! Kocham jeździć, uwielbiam prowadzić. Nie potrafiłabym w pełni odpuścić tego tematu.

W związku z tym pożyczam od czasu do czasu samochód. Ale jaki! Wszak zastąpienie Czerwonego to nie lada wyzwanie. Los sprawił, że zastępczy samochód ma sporo wspólnego z moim pojazdem. Też ma niemieckie pochodzenie. Pojazdy tej marki można nawet podziwiać na tej samej wystawie w muzeum Wartburga w Eisenach! Mała podpowiedź na poniższym zdjęciu. Nota bene - zrobiłam je w Muzeum Wartburga w Eisenach w 2011 r. :)


Przy okazji - z historią Wartburga i marki, ukrytej na powyższym zdjęciu, nierozerwalnie łączą się także pojazdy marki widocznej na kolejnej fotografii:


Na pierwszym zdjęciu widać fragment BMW, a na drugim - EMW. O EMW rozpiszę się przy innej okazji. Teraz zostańmy tylko przy temacie BMW. Co to ma wspólnego z Czerwonym? Samochody marki BMW, następnie przemianowane na EMW, były produkowane w tej samej fabryce. 😃

Dokładniejsze dane znajdziecie tutaj ➺ klik.

Przekonałam Was już trochę? Nie?! No, to dopełnię to rozwinięciem skrótu, które ostatnio znalazłam w internecie.

BMW, czyli "Bawarski Model Wartburga" (!). 😃

Tak, tak. Zdarza mi się prowadzić 'beemwicę'. Nie ukrywam, że jeżeli chodzi o walory 'jezdne', bardzo odpowiada mi ten samochód. Przy mojej lubości w sprawdzaniu swojego refleksu, to auto spisuje się wybornie. Co prawda nie uważam siebie za wytrawnego kierowcę rajdowego i jeszcze daleko mi do takiego poziomu, ale w miarę możliwości staram się opanowywać technikę jazdy 'tyłonapędem'.

Zgodnie z tradycją - kolejne auto w rodzinie musiało otrzymać jakąś nazwę. Jak to już w zwyczaju dotychczas było - inspiracją był kolor nadwozia. W ten oto sposób 'narodził się' Silver.

wtorek, 6 grudnia 2016

Mikołajkowa Wierzenica.

Kolejny rok minął, a ja znów, w dniu moich urodzin, zawitałam do Wierzenicy. Podobnie, jak rok wcześniej, uczestniczyłam w odpuście św. Mikołaja. -> klik

Jednak tym razem wszystko wyglądało inaczej. Rok 2016 był dla mnie najtrudniejszym rokiem w moim życiu. Popadłam w chorobę, uległam poparzeniu, przeżyłam osobistą tragedię, a na koniec dowiedziałam się o kolejnej chorobie. Nawet zażartowałam, że moje życie zaczyna wyglądać, jak Czerwony - czyli strasznie poobijane.

No właśnie. Czerwony... Echh... Zastanawiacie się pewnie, dlaczego ostatnio go nie pokazuję. Spokojnie - samochód jest cały i sprawny. Po postu postanowiłam, że tej zimy nie będę narażała go na jazdę w niesprzyjających mu warunkach. Samochód stoi więc w bezpiecznym miejscu i czeka na wiosenne ocieplenie. :)

Jednak, pomimo tego, że obecnie nie jeżdżę Czerwonym, to często o nim myślę. Wiele miejsc, wiele zdarzeń kojarzy mi się z nim. Nie inaczej jest z Wierzenicą. Nie inaczej było i tego dnia.

Choć Czerwonego nie było ze mną, to cieszyłam się, że mogę być tego dnia w tym miejscu. Los sprawił, że coraz więcej łączy mnie z tą okolicą. Podczas mszy otaczały mnie znane mi osoby. To sprawiło, że choć na co dzień jesteśmy sobie obcy, to w tym dniu można było odczuć bardziej rodzinną atmosferę. Wszak wszyscy spotykamy się na imieninach św. Mikołaja. ;)


W tym roku robiłam niewiele zdjęć, więc nie będę Was nimi zamęczać.

Natomiast mogę napisać, że nie spodziewałam się, że wydarzenia nabiorą takich kształtów. Otóż, po mszy, wszyscy obecni zostali zaproszeni na plebanię na mały poczęstunek. Jakież to było zaskoczenie dla mnie! Jednak wiecie, co mnie najbardziej w tym ucieszyło? Że wreszcie zobaczę plebanię od środka. Nie, nie, nie - nie byłam zainteresowana tym, jak ksiądz mieszka. ;) Po prostu, ze względów rodzinnych, ten budynek jest dla mnie ważny i od dawna marzyło mi się obejrzenie go od środka. :)

Gdy weszliśmy na poddasze, naszym oczom ukazał się stół uginający się pod ciężarem pyszności. Boże, ile tego tam było! Przyznaję, że ja raczej nakarmiłam oczy, niż brzuch, gdyż skupiona byłam na robieniu zdjęć i rozmowie z kilkoma osobami oraz... głaskaniem pewnego uroczego psa. :)

Pamiętacie Bestię? -> klik Nie mogło i jej zabraknąć. Oczywiście, jak to pies, szukała czegoś dobrego, co przez przypadek spadło ze stołu. ;)


W pewnym momencie wydarzyło się coś, co mnie totalnie zaskoczyło. Ludzie zaczęli śpiewać "sto lat", a na stole pojawił się tort. Ktoś zauważył, że w napisie na torcie wkradł się błąd. Zamiast "W dniu imienin", cukiernik napisał "W dniu urodzin". To było początkiem ciekawej przygody....


Jakaś osoba z tłumu krzyknęła, czy w takim razie ktoś na sali ma dzisiaj urodziny. Nie wypadało mi kłamać, więc nieśmiało podniosłam rękę... Zdziwieniu nie było końca, jednak szybko 'zaprzęgnięto' mnie do roli 'gospodyni'. ;) Poproszono mnie, abym pokroiła ten tort... wspólnie z księdzem. Poczułam się trochę, jakbym miała kroić tort ślubny. :D Ta niesamowita chwila została nawet uwieczniona na matrycy aparatu -> klik.

Tylko nie pytajcie, czy tort był smaczny. Nie odpowiem, bo po prostu nie wiem. Tak się zaangażowałam w rozdystrybuowaniu tego smakołyku, że sama go nie spróbowałam. Ale czy to było istotne? Oczywiście, że nie. Atmosfera, przesympatyczni ludzie, Bestia - to wszystko sprawiło, że były to jedne z najciekawszych moich urodzin. :)

niedziela, 10 kwietnia 2016

25 lat...

Dzisiaj przypada 25-lecie zakończenia produkcji Wartburgów. Tym samym Czerwony mógłby otrzymać żółte blachy. Muszę przyznać, że świętowałam to w nietypowy sposób.

Co prawda moja przygoda zaczęła się w sobotę (9 kwietnia 2016 r.), ale jej główny temat przypadł na niedzielę, więc pozwolę sobie opisać ją tutaj.

Wyruszyłam w trasę z samego rana. Musiałam dotrzeć do Ostrowa Wielkopolskiego. Podczas tegorocznej majówki właśnie stąd rozpocznie się rajd rowerowy, który będę miała przyjemność poprowadzić. Chciałam jednak zawczasu sprawdzić trasę, aby wiedzieć, czy będzie przejezdna dla rowerzystów. Z Ostrowa Wielkopolskiego pojechałam do... Zajączków Bankowych. Co prawda niczego ciekawego tam nie ma, ale ta nazwa! Rewelacyjna, prawda? Był to najdalszy punkt wyprawy. Mogłam więc powoli ruszyć w drogę powrotną. Jednocześnie objeżdżałam trasy, które będziemy pokonywali na rowerze przez kolejne dni. Jechałam sama. Musiałam więc jednocześnie być pilotem i kierowcą. Umiem obsługiwać moje aplikacje nawigacyjne, ale jestem wychowana na mapach papierowych, więc głównie im poświęcałam uwagę. Jednak takie śledzenie trasy jest nieco czasochłonne (wszak trzeba się zatrzymać, aby spojrzeć na mapę). Czas więc zaczął mnie gonić, a ja byłam ledwo w połowie wytyczonej drogi...

Gdzie to mnie znów wywiało? Otóż podróżowałam po mojej ukochanej Puszczy Pyzdrskiej. Od zawsze (czyli od 2012 r.) wyjazdy tamten rejon kojarzą mi się z Wartburgami. Tylko raz zdarzyło się, że pojechałam tam samochodem innej marki. I wiecie co? To nie było to! Brakowało mi czegoś. Wartburg jednak dodaje niesamowitego klimatu tym wyprawom. Co ciekawe - to nie jest tylko moje zdanie. Każdy, kto ze mną tam choć raz pojechał - sam to stwierdzał. :) Jednak wiecie, że Czerwonego na razie nie ma u mojego boku. Nie ukrywam - brakuje mi go. Tęsknię. No, ale do Puszczy pojechać teraz musiałam. Nawet i bez niego. Nie posiadam samochodu, więc musiałam jakiś pożyczyć. Trafiło na wóz również z niemieckiej myśli motoryzacyjnej. Jednak podróżując przez cały dzień myślałam o tym, że z Czerwonym czułabym się tutaj pewniej. To było auto do zadań specjalnych. Jego niewielka waga i skromne gabaryty były gwarancją, że bez większych problemów pokonam niemalże każdą drogę. Przez tyle lat tylko raz zdarzyło mi się, że samochód się nieco zakopał. Wystarczyło jednak niecałe 5 minut odgarniania dłońmi piasku i auto mogło wyjechać o własnych siłach. Jednak tamta przygoda sprawiła, że znajomy postanowił wyposażyć mnie w saperkę. Nie wiem co mnie tknęło, ale wczoraj jeszcze przed wyjściem z domu upewniałam się, że na pewno ją zapakowałam. Jakbym czuła, że tym razem się przyda... Bardzo.

Zaczęło się ściemniać. Chociaż nie zrealizowałam całego planu, który wyznaczyłam sobie na ten dzień, postanowiłam zbierać się do domu. Chciałam jeszcze tylko zaliczyć jeden fragment trasy, który przy okazji miał znacznie skrócić moją drogę powrotną. Jednak była to droga gruntowa wiodąca przez las. Już wjeżdżając na nią zastanawiałam się, czy to jest aby na pewno rozsądne. Jednak droga wyglądała w miarę przyzwoicie. Jedynie martwił mnie deszcz, który powodował, że grunt się rozmiękczał. Bałam się, abym nie trafiła na jakieś błoto...

Jechałam, jechałam, jechałam. Wiedziałam, że jestem coraz bliżej asfaltu (tak wynikało z mapy). Zobaczyłam przed sobą piaszczystą drogę. Czułam, jak auto zaczęło się zachowywać (dodam, że jechałam samochodem ważącym ok. 2 ton i posiadającym automatyczną skrzynię biegów). Pomyślałam sobie, że jak się teraz zatrzymam, to ugrzęznę. Znając już nieco technikę jazdy w takim terenie, wiedziałam, że jak nie przejadę tędy rozpędem, to koniec. Więc cięłam na przód. Jednak w pewnym momencie auto samo się zatrzymało. Pomyślałam: "O nie! Tylko nie to. Ugrzęzłam!". Wysiadłam z samochodu. Oceniłam sytuację i... szybko sięgnęłam po saperkę. Po godzinie podkopywania podjęłam pierwszą próbę wyjazdu. Bezowocną. Było już zbyt ciemno, abym mogła zobaczyć, co się dokładniej wydarzyło. Mimo to - postanowiłam kopać dalej "po omacku". Najgorsze, że cały czas padało. Wszystko było mokre. Krople deszczu spływały po mojej grzywce prosto do oczu. Piasek przyklejał się do wszystkiego. Znacznie utrudniało to pracę. Po jakiejś godzinie, może półtorej - ponownie odpaliłam samochód. Nie drgnął nawet o milimetr. Ba! Nawet podjęłam próbę przepchnięcia go, ale cóż - nie oszukujmy się. Strong women to ja nie jestem, aby przepychać 2 tony.

Oceniłam ponownie sytuację. Wiedziałam, że zostało mi ok. 500 m do asfaltu (o zgrozo!). Widziałam w oddali zabudowania, a z mapy odczytałam, że jestem blisko wioski, gdzie jest sporo domów. Droga, na której stanęłam wyglądała na taką, że uznałam, iż najszybciej pojedzie nią coś w poniedziałek i jak już - to będzie traktor. Nie było więc ryzyka, że coś na mnie najdzie w nocy. Żyjemy niestety w dość nieprzyjemnych czasach, więc stwierdziłam, że nie pójdę w tej chwili do wsi po pomoc. Było i tak już zbyt ciemno. Lepiej też, aby nikt nie wiedział, że tu ugrzęzłam. Z tą świadomością czułam się bezpieczniej. Martwiło mnie tylko to, że choć wyruszyłam z naładowanym telefonem, to w tym momencie był już prawie rozładowany, a ja nie miałam ładowarki. Włączyłam go tylko, aby napisać do Rodziców, co się stało, gdzie jestem i że zostanę tutaj na noc. Po czym telefon wyłączyłam. Musiałam go oszczędzać. Tym samym zupełnie odcięłam się od świata. Było ok. 22:00, gdy postanowiłam iść spać. Bałam się nocy. Nie tyle tego, co mnie otaczało, tylko... tych mokrych rzeczy, które miałam na sobie. Bogu dzięki, że zabrałam ze sobą ciepłego 'polara'. Posłużył za kołdrę. Rozłożyłam fotel i zasnęłam. Wszak ponad 2 godziny kopania i prawie 400 km spędzone za kółkiem nieco mnie zmęczyły. Jedynie co 2-3 godziny budziło mnie zimno. Wtedy odpalałam samochód i włączałam ogrzewanie. Gdy osiągałam przyzwoita temperaturę, wyłączałam silnik i spałam dalej. W ten sposób dotrwałam do rana. Liczyłam, że jakimś cudem już o 4:00 zrobi się jasno, ale cóż - takie rzeczy, to dopiero w czerwcu. Rozjaśniło się dopiero chwilę przez siódmą. Najgorsze, że przez całą noc padało. Bałam się otworzyć drzwi, aby zobaczyć, czy czasem nie stworzyło się 'jezioro' pod samochodem. Nadal czekałam, aż przestanie padać. Nie wiem skąd mi się to wzięło, ale czułam, że przestanie. Nie wiedziałam tylko kiedy. Faktycznie - pół godziny później wypogodziło się. Otworzyłam drzwi. Uff! Jednak piasek szybko wchłaniał wilgoć. Nie było tragedii. Wysiadłam z samochodu, spojrzałam pod spód i... załamałam się. Wieczorem nie sądziłam, że jest, aż tak źle. Postanowiłam jednak nie poddawać się. Zjadłam kilka orzechów w czekoladzie (to było całe moje śniadanie), popiłam Pepsi - potrzebowałam energii - i ruszyłam do pracy. Zaczęłam ok. 7:00. Przedtem napisałam tylko do Rodziców, że przeżyłam noc i że czeka mnie kilka godzin kopania. Znów wyłączyłam telefon. Kopałam, kopałam, kopałam. Moim pracom przyglądało się stado saren, które krążyło z niedalekiej polany do lasu i z powrotem. Ok. 8:00 widziałam w oddali jakiegoś człowieka na rowerze, ale nawet nie podjechał, aby się zapytać, co się stało. Postanowiłam więc 'walczyć' dalej. Zadanie nie było proste. Cały samochód zawiesił się na piaszczystej muldzie. Musiałam wybrać ją spod samochodu i zrobić prześwit. Niestety miejscami nie szło dostać się saperką. Koniecznie było ręczne kopanie. Ok. 12:00 usłyszałam huk broni. Nie powiem - nieco mnie to przeraziło i nie wiedzieć czemu - pomyślałam o tych biednych sarenkach. Pół godziny później postanowiłam zakończyć pracę. Uznałam, że przygotowałam wszystko do wyjazdu. Auto odkopałam. Wyrównałam też całą drogę za samochodem, aby ułatwić wyjazd. Stwierdziłam, że jak się nie uda tego zrobić o własnych siłach, to przynajmniej traktorzysta będzie miał ułatwione zadanie w wyciąganiu mnie. Wtem na horyzoncie zauważyłam jakąś postać z psem. Uznałam, że ktoś taki nie może mieć złego charakteru, więc ruszyłam w jego stronę. Miałam rację. Trafiłam na przyjaznego Pana, który postanowił podjeść do auta i ocenić sytuację. Gdy zobaczył to z bliska - oniemiał. "Kobieto - to jest mistrzostwo". Zrobił kilka zdjęć. Jeszcze w większym szoku był, jak uświadomiłam go, że tutaj nocowałam. "Niesamowite". Też pomyślał o wezwaniu kogoś z traktorem, ale uznał, że teraz to już raczej nie będzie potrzebny. Stwierdził, że auto powinno bez problemu ruszyć. Jakoś tak wyszło, że to on wsiadł za kółko. Może i lepiej, bo chyba nie miałabym już sił psychicznych na tę ostatnią bitwę. Auto ruszyło bez najmniejszego problemu. Pan brawurowo wycofał do miejsca, w który auto nie miało już prawa ugrzęznąć. Zwycięstwo! Jednocześnie nie dowierzałam, że mi się udało. Że nie trzeba wzywać pomocy. Nie potrzeba traktora. Nic. :) Podziękowałam za pomoc i pomknęłam dalej. Oczywiście już inną drogą, którą też po ok. 500 metrach dotarłam do asfaltu. Znalazłam sklep, pożyczyłam ładowarkę, skontaktowałam się ze światem. Mogłam wrócić do domu, który był oddalony o ok. 130 km. 

Żałuję, że nie mam zdjęć, jak auto jeszcze stało w 'grajdole'. Wykrzesałam ostatki sił z zapasowego telefonu (który też był raczył się w zasadzie rozładować) i zrobiłam zdjęcia, tuż po wyjechaniu z tego pechowego miejsca. Prezentowało się to tak:

to widziałam przed sobą,


 a tak to wyglądało po obejrzeniu się do tyłu. Jak widać - zlikwidowałam całą muldę. :) W oddali widać uratowany samochód.


Co ciekawe - wracałam w towarzystwie Rodziców, którzy wyjechali mnie szukać. W jednym SMSie podałam im, przy jakiej wsi ugrzęzłam. Jednak - jak się okazało - wsi o tej nazwie w Puszczy Pyzdrskiej i jej okolicy jest więcej, toteż ich zadanie było utrudnione. Tym bardziej, że miałam wyłączony telefon i nie mogli mnie o nic zapytać. Na szczęście, po wydostaniu się z 'grajdołka', skontaktowałam się z nimi i spotkaliśmy się gdzieś na trasie. :)

Gdy wróciłam do Poznania, traf chciał, że jedyne sensowne miejsce, jakie znalazłam, to... miejsce obok Czerwonego. Parkując obok, prawie się rozpłakałam. Czerwony, gdybym to z Tobą pojechała, może nie przeżyłabym takiej przygody. Ty zawsze dawałeś radę...

Później dowiedziałam się, że ponoć w samochodzie był kombinezon, rękawice i... ładowarka. Cóż. Chyba lubię utrudniać sobie życie. Niemniej - następnym razem zabiorę ze sobą zestaw surwiwalowy. Tak na wszelki wypadek. ;)

środa, 16 marca 2016

"Góralu, czy Ci nie żal..."

Tak mnie jakoś ostatnio naszło na sentymenty, wspomnienia z dzieciństwa, itp. Postanowiłam więc poświęcić jedną sobotę na wycieczkę śladami mojego dzieciństwa. Na pierwszy ogień pojechałam zaliczyć... 'shoping'. Spokojnie. Nie mam na myśli biegania z koszykiem po jakimś centrum handlowym. Choć do centrum się wybrałam. Używając tego określenia mam jednak na myśli środek miasta. :)

Zaparkowałam Czerwonego i udałam się pieszo w okolice Okrąglaka. Dlaczego tam? Chyba każdy Poznaniak wie, że jeżeli potrzebuje kupić coś od prawdziwego górala, to musi wybrać się właśnie w to miejsce. Co prawda, Pani, u której robiłam teraz zakupy pochodzi z Nowego Targu (niektórzy uważają, że tam nie mieszkają prawdziwi górale), ale mi to w niczym nie przeszkadzało. Znałam ją od lat. Po chwili rozmowy Pani uświadomiła mi, że ten interes prowadzi już tutaj od 40 lat! Jakoś ta informacja sprawiła, że poczułam się staro. Wszak - ja te stragany kojarzę z czasów, kiedy byłam dzieckiem, czyli od jakiś 20 lat...

Postanowiłam kupić góralskie kapcie. Miałam takie, jak byłam jeszcze małą dziewczynką. Od lat zbierałam się, aby znów sobie takie kupić, jednak jakoś czasu brakowało. Gdy wróciłam z zakupów, postanowiłam je sfotografować, aby mieć pamiątkę, gdy znów mnie na sentymenty weźmie. ;)

05.03.2016 r., Poznań, ul. Libelta.


Teraz zima mi niestraszna! :)


Następnie zabrałam Czerwonego w miejsce, które odkryłam kilka lat temu. Niedawno zabrałam tutaj rowerzystów, bo okazało się, że większość z nich nie miała pojęcia o jego istnieniu. Cóż mam na myśli? Chodzi o tor saneczkowy na Cytadeli. Jeden naszych rowerzystów był na tyle odważny, iż postanowił tędy zjechać. Grupa nie chciała być gorsza i ruszyła w pogoń za nim. Nie wiem jakim cudem - też dałam się w to wciągnąć. Wrażenia? Niezapomniane! :)

Tor obchodzi w tym roku 45-lecie istnienia. W trakcie budowy wyglądał tak -> klik.
W tle widać kawiarenkę, która dawniej prezentowała się w ten sposób -> klik.
Zimą faktycznie można tutaj śmigać na sankach (osobiście nigdy z niego nie korzystałam, ale jeszcze wszystko przede mną) -> klik.
À propos rowerów i tego toru - w 2011 r. doszło tutaj do tragicznego wypadku -> klik.  Nam się na szczęście udało zjechać bez uszczerbku na zdrowiu.


Tutaj widać ciąg dalszy toru. W dole widać ul. Szelągowską. Natomiast komin w tle należy do elektrociepłowni Poznań Garbary EC-I.


A skoro już 'zahaczyłam' o Cytadelę, to przypomniało mi się, że 'za dzieciaka' podziwiałam gwiazdę znajdująca się na szczycie tego pomnika:


Gwiazdę później zdjęto i słyszałam o niej różne legendy, ale ja o tym symbolu nie zapomniałam. Z resztą sami poczytajcie -> klik.

Podjechałam w jeszcze jedno miejsce znajdujące się przy Cytadeli. Ono z kolei kojarzy mi się... z nauką jazdy. Jednak nie z moimi kursami. Po prostu jest tutaj wzniesienie, na którym niejednokrotnie obserwowałam kursantów zmagających się z ruszaniem z ręcznego.



Następnie pojechałam odwiedzić rejony nad rzeką Wartą, o których ostatnio się sporo rozpisywałam. Tak mi się tam ostatnio spodobało i przy okazji przypomniało mi się, że znam tam od lat jeszcze kilka pięknych miejsc. Najpierw planowałam pojechać inną uliczką, ale coś mnie podkusiło, aby skręcić wcześniej. Coś mi podpowiadało, że może spotkam jakiś ciekawy samochód, Liczyłam na Trabanta, ale... Przejechałam kilkaset metrów i jak zauważyłam pewien obiekt, to aż głośno krzyknęłam: "O ku...". No, wiecie co. ;)

Jednak chyba jestem za to rozgrzeszona, prawda? Wszak, nie często spotyka się... Tarpana! I to z liczbą "13" w numerze rejestracyjnym! :D


Dla niewtajemniczonych - samochody te były produkowane w Poznaniu. W zeszłym roku w Szreniawie koło Poznania utworzono muzeum Tarpana. Robiąc zdjęcia, zastanawiałam się nawet, czy nie spotkałam jednego z eksponatów. Jednak na razie nie udało mi się tego ustalić.


W końcu dotarłam do obranego na ten dzień celu. Poniżej prezentuję Wam fragment Nadwarciańskiego Szlaku Rowerowego. Przyjechałam tutaj specjalnie, aby zrobić zdjęcia z tymi wierzbami. Dodam, że uwielbiam tędy wracać z moich rowerowych wojaży.


 

 

Robiąc poniższe zdjęcie musiałam uzbroić się w cierpliwość. Chwilę wcześniej jakiś Pan zatrzymał się idealnie w obranym przeze mnie kadrze i... zrobił telefonem małą sesję fotograficzną. Upatrzonym przez niego obiektem był... Czerwony. Kilka minut później ów Pan podszedł do mnie i zapytał o samochód. Ocenił, że Czerwony jest w niezłym stanie, ale jednocześnie sądził, że zaparkowałam go tak, bo się pewnie popsuł i czekam na pomoc. Niezwłocznie wyprowadziłam go z błędu.

 

Postanowiłam też pokazać Wam kolejny tunel. Przebiega on pod linią kolejową, która kilkaset metrów dalej przebiega po estakadzie kolejowej, którą zaprezentowałam wcześniej -> klik.
Podobną konstrukcję prezentowałam już w tym wpisie -> klik.



Przy okazji tej wyprawy odkryłam ciekawe miejsce. Co, jak co, ale na zlocie przyczep kempingowych jeszcze nie byłam. ;) Niewiadów - rulez! ;)

 

Odkryłam niedawno, że Czerwony znów miał swoje 5 minut w mediach. Tym razem został uwieczniony na parkingu. Jego zdjęcie zostało zaprezentowane na forum Syreniarzy -> klik. Wpis z: 2016-02-17, 10:06.

Przypomniało mi to, że od dłuższego czasu wybierałam się w miejsce, gdzie od lat stały Syreny. Obecnie stacjonuje tam tylko jedna, ale Czerwony postanowił ją odwiedzić. :)

 

Co ciekawe - już w 2007 r. udało mi się tutaj sfotografować tę Syrenę. I to w jakim towarzystwie! Z resztą sami zobaczcie:
03.04.2007 r., Poznań.


Na koniec tej relacji prezentuję jeszcze zdjęcie (zrobione tuż obok) z rozrośniętą robinią akacjową. Bardzo lubię te rośliny, jako motywy moich zdjęć. :)
















Czułam, że tego dnia po raz ostatni będę miała okazję do zrobienia jakiejś większej wycieczki z Czerwonym. Stąd też pozaliczałam prawie wszystkie miejsca, do których wybierałam się od dłuższego czasu, aby uwiecznić tam Czerwonego. Moje przeczucia się sprawdziły. Zapadła decyzja. Na dłuższy czas żegnam się z moim czerwonym towarzyszem. Jednak nie obawiajcie się. Bloga nie zamykam. Co prawda - nie będę relacjonować bieżących wycieczek (chyba, że spotkam na nich inne Wartburgi), ale przecież mam do opisania chociażby zloty w Eisenach, czy też wyjazdy do Puszczy Pyzdrskiej. Może i dobrze, że to się teraz zdarzyło? Jest szansa, że w końcu znajdę chwilę czasu na 'przekopanie' archiwum. :)

A co się stało z Czerwonym? Spokojnie. Jeszcze o tym napiszę za jakiś czas. :)

wtorek, 8 marca 2016

Dzień kobiet.

Dla Czerwonego i dla mnie jest to bardzo ważny dzień. 

Choć minęły już trzy lata, to pamiętam, jakby to było dzisiaj. Misiek wrócił do domu. Uwielbiam frezje, ale bukietem czerwonych róż też nie pogardzę. Jednak po wejściu do domu nie dostałam od niego żadnych kwiatów. W pierwszym momencie czułam się zawiedziona. Jedak po chwili w mojej dłoni leżał już pęk kluczy. "Spójrz za okno" - usłyszałam. W te pędy podbiegłam do okna, otworzyłam je i wychyliłam się nieco. Z wrażenia o mało nie wypadłam. Na dole stał... czerwony Wartburg. :-O

Wiedziałam już nieco wcześniej, że moja przygoda z Białym dobiega końca. Nie sądziłam jednak, że jego następca pojawi się w moim życiu akurat w takim dniu.

Po chwili byliśmy już na dole. Misiek przewiózł mnie 'wokół komina'. Auto powalało swoim rewelacyjnym stanem technicznym. Było prawie nowe. Kierownica niewyświecona. Fotele niewysiedziane. Niemalże pachniał nowością. Na liczniku 67 000 km przebiegu. Nówka! Niemniej - radość mieszała się z niesamowitym smutkiem. To był gwóźdź do trumny Białego. Białego, którego tak uwielbiałam (napisałabym, że wręcz kochałam, ale - to przecież "tylko" samochód).

Ilekroć wsiadam do Czerwonego i widzę kolor jego lakieru, od razu przed oczami mam bukiet czerwonych kwiatów, a to z kolei przypomina mi, w jakich okolicznościach dostałam kluczyki od niego.

Dzisiaj też spędziłam wieczór z Czerwonym. Zawiózł mnie, a gdzieżby indziej, jak nie do Centrum Kultury w Suchym Lesie. Po wielu latach w końcu wybrałam się do... kina (o ile mogę to tak nazwać). Skorzystałam z tej oferty -> klik.

Zajechałam na ostatnią chwilę. Byłam przekonana, że o miejscu siedzącym mogę zapomnieć. Gdy weszłam do sali - zaniemówiłam. Na 200 miejsc zajętych było... ok. 20. Dzięki temu usiadłam w 3 rzędzie. Przyznaję, że na tak kameralnym pokazie chyba nigdy nie byłam. :)

Pierwszy film wywołał sporo zabawnych reakcji i to pomimo tego, że poruszał on temat rasizmu. Jak widownia się rozkręciła (szczególnie jedna Pani, która zarażała swoim śmiechem pozostałych ludzi), to na sali było słychać jeden wielki ubaw. Czułam, jak stres z całego dnia ze mnie spływa. Zrelaksowałam się.

Nastąpiło 20 minut przerwy. Na kolejnym seansie pojawiło się więcej osób. Może nawet 50.

Tym razem film był trudny. Momentami obrazy kojarzyły się z tym, co można podziwiać w dziełach Pedro Almodóvar'a. Tutaj myślą przewodnią była młodość. Przedstawiano ją na różny sposób. Najważniejsze zdanie, jakie z niego zapamiętałam to: "emocje to wszystko, co mamy". Utkwiło mi to pewnie dlatego, że ja wiele rzeczy obserwuję, przeżywam i analizuję. Dość emocjonalnie podchodzę do życia.

W filmie wspomniano też, że ludzie nie są ani piękni, ani brzydcy, ale pociągają nas ci pośrodku. Ja bym jeszcze dodała, że także emocje im towarzyszące. Wszak to one pozostają, gdy uroda już przeminie.

Po wszystkim poszłam do samochodu. Zrobiłam zdjęcie - po lewej stronie widać wejście do Centrum Kultury i Biblioteki Publicznej w Suchym Lesie.


Znów pojechałam na ulicę, którą opisałam w tym wpisie -> klik.
Stanęłam z boku. Wyłączyłam silnik. Uchyliłam okno i... 'słuchałam' ciszy. Wyobrażacie sobie? Znajdowałam się w Poznaniu. Mieście, w którym mieszka ponad 550 000 ludzi. A ja 'słyszałam' ciszę. Jedyne dźwięki, jakie do mnie docierały, to kropelki mżawki uderzające o dach Czerwonego i szum samochodów skręcających na skrzyżowaniu znajdującym się nieopodal. Jednak ruch o tej godzinie był już znikomy, więc głównie słyszałam tę kapiącą z nieba wodę... Gdy przemyślałam swoją młodość ;) i napałałam się tą ciszą, pomknęłam do domu. Wyciągnęłam telefon i sfotografowałam ten 'bukiet kwiatów', który dostałam trzy lata temu:


czwartek, 3 marca 2016

Boogie-woogie.


Skoro ostatnio przybliżyłam Wam temat spektaklu wystawionego na scenie CKiPB w Suchym Lesie -> klik, to teraz chciałabym podzielić się opisem koncertu -> klik, który miałam okazję zobaczyć na początku stycznia. Tak, tak - wiem. Jestem niezwykle na bieżąco. ;) Ale - do rzeczy.

W przeciwieństwie do ww. spektaklu, w kwestii tego koncertu zdecydowanie lepiej się przygotowałam. Idąc na koncert lubię wiedzieć, że będzie to uczta dla mojej duszy. Muzyka jest dla mnie niezwykle ważna, więc decydując się na przeżycie czyjegoś występu artystycznego, chcę wiedzieć, że nie będzie to zmarnowany czas. 

Przyznaję szczerze - dopóki na stronie CKiPB w Suchym Lesie nie pojawiła się informacja o tym koncercie i artyście, który będzie na nim występował - nie miałam pojęcia o istnieniu tego człowieka. Poświęciłam więc kilka godzin (!), szperając w Internecie, aby go poznać.

Zacznę od najważniejszego, czyli strony oficjalnej -> klik. Z niej dowiecie się, że Pan Maciej Markiewicz, bo to o nim mowa, jest nie tylko pianistą, ale również malarzem. Przeglądając różne materiały, natrafiłam również na informację, że związany jest on z... powiatem obornickim. Jakże mi się w tym momencie miło zrobiło. Wszak, tak bardzo lubię bywać na zdjęciach w tamtych rejonach...

Obejrzałam też kilkadziesiąt filmików, na których można podziwiać grę Pana Macieja. Od razu zauważę najważniejszy fakt - specjalizuje się on w graniu boogie-woogie. Jest to specyficzna muzyka. Nie każdemu odpowiada. Niemniej - uznałam, że faktycznie świetnie wpisuje się w tematykę koncertu noworocznego.

Podlinkuję Wam kilka najciekawszych filmików (cobyście nie musieli spędzić nad tym tylu godzin, co ja ;) ):
1) muzyka zobrazowana dziełami Pana Macieja -> klik,
2) Pan Maciej swego czasu grał wraz z Panem Markiem Gidaszewskim w duecie M2. Oto jedno z nagrań z tego okresu -> klik,
3) pomijając rozstrojony fortepian - to jest świetne. Szczególnie, jak dołącza drugi muzyk... Słyszycie w pewnym momencie hasło: "pociąg"? Tutaj znów dedykacja dla Marcina. ;) -> klik, 
4) tym filmikiem jestem najbardziej oczarowana, a dokładniej - zaprezentowaną w nim kompozycją o nazwie "Świt". Czy słuchając tego, też macie w oczach obraz wschodzącego słońca przy nieco zamglonym powietrzu, śpiewające w tle ptaki, powiew ciepłego powietrza i otulenie jedwabiem, aksamitem, bądź czymś równie mięciutkim? Leżycie w łóżku i patrzycie przez okno, widząc to wszystko, czując... -> klik.
5) dzisiaj jeszcze trafiłam na to. Benefis uwielbianego przez mnie Pana Zbigniewa Wodeckiego - jaki ten świat jest maleńki! -> klik.

Wypadałoby, abym w końcu zrelacjonowała koncert, prawda? Do dzieła więc! A rozpoczął się on nietypowo. Pan Maciej podszedł do mikrofonu i... w przejmujący sposób opowiedział o człowieku, który zmarł dosłownie 3 dni wcześniej. Najpierw nie kojarzyłam, o kim mowa. Później przypomniałam sobie, że chyba go nawet raz widziałam w centrum Poznania. Jednak to i tak niewiele. Nie moja 'branża'. Niemniej - podziwiałam, że Pan Maciej poświęcił sporą chwilę na przybliżenie tej postaci, na opowiedzenie kilku anegdot. Było to wzruszające. Przykre jest tylko to, że media relacjonujące koncert zupełnie pominęły ten wątek. Na szczęście ja tam byłam i Wam to przekazuję. :)


Wspomnianą w czasie koncertu osobą był Pan Tadeusz Lis, uliczny grajek. Wiele osób znało go pod  pseudonimem Mandat. Skąd taka nazwa? Kliknijcie tutaj -> klik. Chcecie posłuchać tego Pana? Proszę bardzo -> klik. A wyobrażacie sobie jazdę takim pociągiem? -> klik. Czy jest to wybitne? Nieistotne. Ważne, że płynęło z serca i było śpiewane z pasją. :)

Cieszę się, że zabrałam aparat fotograficzny. Siedziałam dość daleko od sceny, więc zrobienie zdjęć stanowiło pewne wyzwanie, ale od czego jest teleobiektyw, nieprawdaż? :) Dzięki temu mogę zaprezentować Wam małą fotorelację.

03.01.2016 r., Suchy Las, sala widowiskowa Centrum Kultury i Biblioteki Publicznej w Suchym Lesie.


W pewnym momencie na scenie zebrał się mały tłum. Do Pana Macieja dołączył perkusista - Pan Ryszard Janusz. Połączenie tych dwóch instrumentów - fortepianu i perkusji... Mmm... Jeszcze tylko gitarzysty zabrakło - wówczas byłabym wniebowzięta. :)

Później Pan Maciej znów mnie zaskoczył. Dając szansę młodszemu pokoleniu, wprowadził na scenę drugiego pianistę. Dzięki temu świat usłyszał o Panu Oskarze Stabno, którego pozostawiono sam na sam z publicznością. 

Patrząc na miny Panów, można odnieść wrażenie, że mówią coś w rodzaju: "No, to my zrobimy sobie małą przerwę, a Ty przez ten moment zabawiaj Państwa".


W niedługim jednak czasie Pan Maciej powrócił na scenę i obaj Panowie zagrali w duecie. Przy tej okazji udało mi się zrobić kilka zabawnych zdjęć.




Tak prezentował się układ instrumentów na scenie. Żałuję, że nie siedziałam bliżej, to by mi głowy innych osób z widowni nie zasłaniały widoku. Choć z drugiej strony - dodaje to autentyczności i klimatu temu zdjęciu. :)


Tym razem zabraknie zdjęcia Czerwonego. Po wyjściu z koncertu próbowałam go jakoś uwiecznić na tle CKiPB. Jednak było tak zimno, że nie byłam w stanie utrzymać dłużej aparatu. Ręce trzęsły mi się z zimna. Wyszły więc jakieś niedoświetlone muźgi, tak więc odpuszczam sobie publikowanie ich. Niemniej zapewniam - Czerwonego tam nie zabrakło. :)

Polecam też reportaż z koncertu, który znajdziecie tutaj -> klik.
Fotorelacja przygotowana przez redaktor naczelną Gazety Sucholeskiej -> klik.

sobota, 27 lutego 2016

Kontemplacja.

Byłam dzisiaj na spektaklu pt. "Seks dla opornych". Słyszałam o nim sporo. Wiele osób polecało. Postanowiłam więc wybrać się osobiście i sama ocenić. Zapakowałam się do Czerwonego i pognałam do Suchego Lasu (spektakl zaprezentowano na scenie tutejszego Centrum Kultury).

Przyznaję, że nie zagłębiłam się wcześniej w tematykę. Poszłam na tzw. żywioł. Wystarczy fakt, że spektakl był tutaj wystawiany po raz 31. (hihi - odwrotność liczby 13)!

Gdy pojawiłam się w Centrum Kultury, publiczność już zajęła większość miejsc. Nie miałam więc żadnych szans, aby usiąść gdzieś z przodu. Zajęłam więc miejsce z tyłu. Sala zapełniła się po brzegi. Zgasło światło. Spektakl się rozpoczął. Historia przedstawiona na scenie opowiadała o małżeństwie z 25-letnim stażem, w które wkradła się już rutyna, codzienność, szarość. Alice, żona Henry'ego, postanowiła ożywić związek. W tym celu wynajęła pokój w luksusowym hotelu i zaprosiła do niego swojego męża. Tam, ślęcząc nad poradnikiem "Seks dla opornych", oboje próbowali zrozumieć sens tego, po co tam się spotkali. Wiele sytuacji było okraszonych żartem, który miał ukryte drugie dno. Wybuchaliśmy śmiechem. Było zabawnie, momentami aż do łez. Więcej szczegółów nie opiszę, aby nie odbierać przyjemności tym, którzy postanowią wybrać się na to przedstawienie.

Muszę jednak przyznać, że wiele dialogów uderzało w czułe miejsca. Zastanawiałam się, ile osób ze zgromadzonych na sali, weźmie sobie do serca usłyszane słowa.

Skąd przemyślenia u mnie? Pomijając moje różne miłosne historie, ostatnimi czasy sporo słucham opowieści moich znajomych/przyjaciół/rodziny. Gdzie człowiek się nie obejrzy to zdrady/rozwody/rozstania. Co jest tego przyczyną? Trudno to ująć w jedno zdanie. Uważam, że najczęstszym problemem jest... nieumiejętność szczerej rozmowy z drugą połową. Brak rozmowy powoduje nierozwiązywanie problemów na bieżąco. To z kolei doprowadza do nawarstwienia spraw. Nie rozmawia się też o swoich pragnieniach, bądź nie egzekwuje się ich. Gdy człowiek w końcu to pojmuje, jest już za późno. Wszystko się rozpada... Ten problem też został poruszony w spektaklu.

Kolejną kwestią jest pogoń za dobrami materialnymi. Szukamy dobrej pracy, zarabiamy górę pieniędzy i co? I któregoś dnia budzimy się i ze zdziwieniem stwierdzamy, że nie znamy naszych najbliższych. Nie znamy ich potrzeb. Tak bardzo byliśmy skupieni na gromadzeniu majątku, że nie mieliśmy czasu dla najbliższych. To z kolei sprawiło, że z nimi nie rozmawialiśmy, czyli... wracamy do tego, co poruszyłam w poprzednim akapicie. Zagadnienie to również zostało przedstawione w historii o Alice i Henry'm.

Z kolei, dodając to już od siebie, mogę napisać, że warto też zwrócić uwagę, spod jakiego znaku zodiaku jest nasza druga połowa. Przyznam, że nie wierzyłam wcześniej w horoskopy. Jeśli już, to wyznawałam 'kult' magii imion. Polega on na tym, że uważa się, iż osobę o danym imieniu określają konkretne cechu charakteru. Mam nawet książkę, która przybliża ten temat.

Jednak w wyniku rozmów z kilkoma osobami i dokonaniu wielu obserwacji, doszłam do wniosku, że coś w tych horoskopach jest. To mi pomogło lepiej zrozumieć samą siebie. Niestety jestem zodiakalnym Strzelcem. Dlaczego niestety? Mój znak narzuca mi cechy, które mnie samą czasami denerwują. Z drugiej strony - co ja za to mogę, że gwiazdy tak mną kierują? ;) Sami poczytajcie -> klik. Nie raz wspominałam Wam, że miałam szczęście, iż przytrafiła mi się jakaś przygoda? Prawda? Uwielbiam przestrzenie - dlatego wolę fotografować autobusy poza miastem, niż w jego centrum. Uwielbiam jazdę na rowerze. Najlepiej poza miastem. ;) To z kolei dowód na to, że kocham wolność. Jeśli jesteście wrażliwi - lepiej nie pytajcie mnie o moje zdanie. Walę prosto z mostu, co sądzę na dany temat. I naprawdę nie wiem, dlaczego sugeruje się, że byłabym dobrym instruktorem samochodowym, bądź podróżnikiem. Hhmm... czy ja lubię odpoczywać aktywnie? Dobrze - to było pytanie retoryczne. ;) Rozbawił mnie też fragment o wyścigach samochodowych, jeździe konnej i strzelaniu. Wszystkiego już z tej listy w życiu spróbowałam. :D Zgadzam się z 95 % opisu, który znajdziecie w podlinkowanej stronie. Podobnie z resztą jak tutaj -> klik.
"Strzelce są zdolne do autoinspiracji i automotywacji". Czy ten fragment muszę w ogóle komentować? :D
Zgodnie z horoskopem najłatwiej dogaduję się z: Baranem, Lwem, Wagą, i Wodnikiem. I wiecie co? To jest święta prawda! Najlepszym tego dowodem są... moi Rodzice. ;) Jednak swoje zdanie w tej sprawie opieram też na obserwacji większej grupy osób spod tych znaków.

Wracając do tematu zwracania uwagi na łączenie się w parę z osobą z 'odpowiedniego' znaku zodiaku, warto kliknąć tutaj -> klik.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że takie dopasowanie nie gwarantuje udanego związku. Wszak na naszą osobowość składa się tysiące innych rzeczy. Jednak mając choć ogólną wiedzę o cechach zodiakalnych, można łatwiej zrozumieć drugą osobę. Ostatnio spotkałam kilka osób, które wykazują 95% cech swojego znaku zodiaku. Jest mi teraz łatwiej zrozumieć (choć nie oznacza to, że zgadzam się z nim) ich światopogląd, wiedząc jaki znak ich reprezentuje. To jest niesamowite!

To się rozpisałam na zupełnie inny temat... Autoinspiracja, tak? ;) Wracając do tematu spektaklu i łącząc go z podlinkowanymi stronami, podaję ciasteczko chińskie na dzisiaj: "Żadna ziemska rozkosz, ani szczęście w niebie nie jest warte nawet szesnastej części szczęścia, które daje zniweczenie pragnień".

Wyszłam naładowana takimi emocjami, iż czułam, że muszę to jakoś odreagować. Burza myśli, tysiące wspomnień, pytań kłębiących się w głowie. Najpierw podjechałam w miejsce, które jest swoistym połączeniem moich dwóch światów (kolejna cecha Strzelców ;) ). Dotychczas nie przepadałam za tą ulicą. Jest ona wykorzystywana przy okazji rajdów rowerowych (przebiega tędy żółty szlak). Jednak ja prawie zawsze wolałam korzystać z równoległej ul. Stróżyńskiego. Powód? Na tej drugiej jest asfalt. Ciągle gdzieś mi śpieszno, więc skorzystanie z lepszej nawierzchni jest w takich sytuacjach w pełni uzasadnione. Ale... od dłuższego czasu stwierdzam, że chyba się starzeję. Spowalniam. Nie mam ochoty się spieszyć. Bo i po co? Życie jest tylko jedno. Krótkie. Warto się nim nacieszyć. Powoduje to, że coraz częściej wybieram drogi gruntowe. Dzięki temu docieram do malowniczych miejsc, mam czas na refleksję. Jedną z takich dróg stała się dla mnie ul. Deszczowa. Choć w całości znajduje się na terenie Poznania, to jednak dla mnie jest ona łącznikiem między tym miastem a Suchym Lasem. Przyjechałam więc tutaj Czerwonym, aby porozmyślać chwilę o tych moich dwóch światach. Było ciemno. Mój szerokokątny obiektyw nadal jest naprawiany, więc zdjęcie mogłam zrobić jedynie telefonem. Światła, które widać w tle to bloki i latarnie na Piątkowie. Przód Czerwonego został oświetlony przez inny samochód, który właśnie pokonywał skrzyżowanie znajdujące się za mną.


Poznań, ul. Deszczowa.

Jednak tych medytacji było mi mało. Do tego czułam, że tak jakoś wewnętrznie roznosi mnie energia. Znałam już to uczucie i wiedziałam, jak mogę sobie z nim poradzić. Wsiadłam więc do Czerwonego, uruchomiłam silnik i pojechałam dalej. Przez Morasko, Naramowice, Zawady i Rataje pognałam do... Kórnika. Dlaczego tam? Między nim a Poznaniem znajduje się droga ekspresowa. Uwielbiam ją pokonywać. Pozwala ona na podróż z większą prędkością. Jednocześnie nie jest tak nudna, jak autostrada. Górki, dolinki, zakręty... Noga szybko zaczyna ciążyć na pedale gazu... Człowiek nawet nie zauważa, kiedy pokonuje te ok. 20 km. Dopiero wjazd do Kórnika otrzeźwia nieco umysł. Wszak w mieście trzeba zwolnić do 50 km/h. Tym bardziej, że na samym wjeździe do miasta znajduje się komenda Policji. ;)

Podjechałam na rynek, aby zrobić zdjęcie z ratuszem w tle. Specjalnie zaparkowałam tak, żeby lampa zamontowana w ziemi oświetliła przód Czerwonego. Po tej małej sesji... po prostu wsiadłam do samochodu i pognałam w drogę powrotną. Gdy tak pędziłam ekspresówką, nagle w lusterku wstecznym zauważyłam jakiś niesamowicie szybko zbliżający się pojazd? UFO? Nie. Może Policja mnie goni? Nie. Jednak obiekt na tyle mnie wystraszył, że profilaktycznie zwolniłam. Chwyciłam kierownicę mocno w ręce i czekałam... Przygotowałam się w ten sposób, bo czułam, że pęd powietrza, który się wytworzy podczas wyprzedzania mnie, może zachwiać mój tor jazdy. I nagle... świssssssssssssssssst. Zatrzęsło Czerwonym. Na szczęście nie zmiotło mnie z mojego pasa. Nawet nie zdążyłam spojrzeć, jakiej marki był tamten samochód. Mogę jedynie podać, że jechał spokojnie z 250 km/h. :-O Chwilę później widziałam, jak mrugając 'długimi' światłami, dał do zrozumienia innym użytkownikom drogi, że "mają spływać". Ja zwolniłam jeszcze bardziej. Nie wystraszyłam się. Po prostu znów pomyślałam, że po co my wszyscy w tym życiu tak pędzimy?

Kórnik, rynek.

piątek, 26 lutego 2016

Pociąg.

Tytuł wpisu dedykuję Marcinowi, który kiedyś nagrał niezwykle poruszający film o pociągu. Od tamtego czasu wyraz "pociąg" nabrał bardziej kontemplacyjnego znaczenia. ;)

No, dobrze, a co Czerwony ma wspólnego z pociągiem? Dowiecie się, jak przeczytacie opis mojej kolejnej wyprawy. Jednak najpierw cofnę się nieco w czasie.

Od wielu lat przyglądałam się temu pojazdowi. Od wielu lat stał w tym samym miejscu. Nigdy nie widziałam go w ruchu, aż... Dokładnie na dzień przed moim egzaminem na prawo jazdy kat. D zobaczyłam go. W ruchu! Po ręką miałam tylko telefon, więc zdjęcie jest mało wybitne, ale jakie to ma w tym momencie znaczenie? Dobrze, że akurat trafiłam na czerwone światło. Normalnie nie dowierzałam. Co więcej - uznałam to za dobry znak. Stwierdziłam, że skoro po tylu latach obserwacji spotkałam tego Ziła w ruchu - to musiał być znak. Uznałam, że to oznacza, iż następnego dnia zdam egzamin. Jak już wiadomo - moja przepowiednia sprawdziła się. :)


28.05.2015 r. Poznań, ul. Garbary.


Nie wspomniałam o tym wątku wcześniej, gdyż chciałam najpierw zrobić wspólne zdjęcie z Czerwonym - w miejscu, w którym na co dzień można spotkać tę ciężarówkę. Zajęło mi to pół roku, ale w końcu mogę napisać: tadaaa!

17.01.2016 r., Poznań, ul. Naramowicka.


Co ciekawe - na kursie na autobus często przejeżdżałam 'moim' czerwonym MANem obok tego pojazdu. Instruktor zawsze mi przypominał o lusterkach, abym, broń Boże, nie zahaczyła. ;) Na egzaminie też tędy pomykałam Autosanem...

Wystarczy tych sentymentów. Wróćmy do mojego Wartburghini. :) Skoro już ruszyłam Czerwonego na wycieczkę, postanowiłam podjechać nim w miejsce, które odkryłam tej zimy.

W 2015 r. była planowana tutaj wycieczka Ikarusem. Punktem kulminacyjnym miał być fotostop tego autobusu na tle estakady kolejowej. Niestety, impreza nie wypaliła. Na szczęście mam swój zabytkowy pojazd i nie muszę się na nikogo oglądać. :P 

Najpierw objechałam ten teren na rowerze. Jak już odkryłam, jak dojechać tutaj samochodem - przyjechałam Czerwonym. Autko ustawiłam w odpowiedni sposób i zaczęłam sesję. Było mroźnie. Na szczęście nie padało. Dookoła cisza. Można było kontemplować i upajać się spokojem.


Aż tu nagle... Coś zaczęło szumieć. Od razu pomyślałam, że to może jakiś pociąg się zbliża, bo dźwięk był co najmniej nietypowy. Nie chciałam jednak uwierzyć w swoje szczęście. To przecież niemożliwe, żeby akurat teraz pociąg stukotał po torach. Do tego wiatr się wzmógł i zaczął sypać śnieg. Nie za dużo tego wszystkiego na raz? :D

Dźwięk się nasilał. Po jego rozchodzeniu się w przestrzeni oceniłam, że to na pewno pociąg i uznałam, że jedzie w moim kierunku. Spojrzałam na górę - ha, ha, ha. Jedzie! Nie ukrywam, że zgodnie z zasadami fotografii komunikacyjnej, sknociłam to zdjęcie. Nie robiłam zdjęć seryjnych (ach, te przyzwyczajenia z fotografii analogowej), a na tym kadrze, który Wam prezentuję - lokomotywa 'wjechała' w słup. Na swoją obronę mam tylko to, że wiatr 'zmroził' mi palce i moja reakcja w temacie wciśnięcia spustu migawki była opóźniona. Nie zmienia to faktu, że miałam niesamowitego fuksa. Z tej estakady korzystają jedynie pociągi towarowe. Składy osobowe pojawiają się tutaj przy okazji jakiś imprez komunikacyjnych, czyli raz na ruski rok. Bez znajomości rozkładu jazdy pociągów towarowych, nie ma co liczyć na zdjęcie z pociągiem. Naprawdę miałam szczęście. :)


Ogarnąwszy temat estakady, zapakowałam się do samochodu i pomknęłam dalej. Kolejnym celem był... Trabant. Wypatrzyłam go jakiś czas temu. Stoi on w Suchym Lesie. Biedaczek wrósł się nieco w teren. :(
Odkryłam go też przez przypadek. Niedawno w tym rejonie był wytyczony objazd dla autobusów. Przy okazji poznałam kilka uliczek, o których istnieniu wcześniej nie wiedziałam. Krążąc po nich i 'rozkminiając' kolejne połączenia drogowe, moją uwagę odwrócił właśnie ten Trabant. Wcześniej nie miałam czasu, aby zatrzymać się koło niego. Skoro więc teraz znalazłam chwilkę na zrobienie sesji Czerwonemu...



niedziela, 14 lutego 2016

Walentynki.

Właściwie nie obchodzę takich 'obcych' świąt. Jednak ten wyjątek potwierdza regułę. Jest ono tak sympatyczne, że nie będę sobie (bez względu na to, czy jestem z kimś aktualnie związana czy też nie)  tego odmawiać. 

06.02.2016 r.
Objeżdżałam trasę rajdu rowerowego. Tydzień wcześniej zrobiłam to na rowerze. W ciągu tygodnia padał deszcz, więc postanowiłam sprawdzić, czy drogi są nadal przejezdne dla naszych jednośladów.

Jednak tym razem nie chciałam tracić czasu, a że miałam jeszcze kilka spraw do załatwienia, więc zabrałam Czerwonego na małą wycieczkę. W pewnym momencie wypatrzyłam na trasie pewną ciekawostkę. Od razu wiedziałam, że stanie się ona walentynkowym motywem na bloga. Musiałam jedynie 'odwrócić' Czerwonego, gdyż jechałam w stronę przeciwną niż to wynika ze zdjęcia. Ale co to dla mnie. Cyk-smyk i autko zostało ustawione właściwie. :) A teraz spójrzcie oczami swojej wyobraźni. Widzicie serduszko? Co ciekawe - tydzień wcześniej tego tutaj nie było. :)


Pojechałam dalej. Nie pokonałam jednak zbyt sporego dystansu, gdyż czekał już na mnie kolejny motyw. Widzicie po lewej stronie tę grupę drzew? Jak ja uwielbiam takie stare wierzby! Oczywiście do zrobienia zdjęcia znów musiałam 'odwrócić' Czerwonego. ;)


Nie ujechałam zbyta daleko, gdy... znów musiałam 'odwrócić' Czerwonego. Dobrze, że na takie wyprawy jeżdżę sama, bo chyba nikt nie wytrzymałby tych moich fotostopów co 5 metrów. ;) Ale co ja na to poradzę, że po drodze jest tyle pięknych miejsc, które warto uwiecznić na matrycy aparatu. Powiedzcie sami - czy mogłam obojętnie przejechać obok tak urokliwych wierzb?


Tego odcinka obawiam się najbardziej. Tydzień wcześniej to tutaj było jedno, wielkie błoto! Byłam mile zaskoczona, że pomimo opadów w ciągu tygodnia, to miejsce tak ładnie podeschło. Przy okazji - nie sądziłam, że w tym rejonie jest tyle sadów. Jak to mawiają - podróże kształcą. :)


Zdjęcia ze Skałowa, gdzie miała być meta rajdu, nie mam. Nie chciałam już tracić czasu na to. Dzień powoli się kończył, a ja postanowiłam jeszcze na szybko ułożyć jakąś prowizoryczną drogę powrotną. Nie chciałam powtarzać trasy, którą wracałam na rowerze tydzień wcześniej, gdyż jest ona już tak oklepana, że mi się czasami słabo robi, jak słyszę, że mam nią znów jechać.

Szybko rzuciłam okiem na mapę, przemknęłam po "street view", który mam w swojej głowie (kiedyś objeżdżałam te rejony na rowerze, tak więc była to kwestia odtworzenia zapamiętanych obrazów) i ruszyłam dalej. Przy okazji postanowiłam podjechać w miejsce, które znajdowało się nieopodal. Ostatnio zastanawiałam się, jak się to tych semaforów dojeżdżało. Ponieważ to sobie przypomniałam - postanowiłam wykorzystać fakt, iż byłam w pobliżu. Zawsze mnie zastanawiało, dlaczego one tutaj stoją. Czyżby właściciel działki był miłośnikiem kolei? Dodam, że tory (czynne) znajdują się po drugiej stronie szosy, której fragment widać w prawej części zdjęcia.


Przez cały dzień niebo było zachmurzone. Jednak pod koniec dnia (być może w nagrodę za mój trud ;) ), było mi dane zobaczyć coś takiego:


Kto wie? Może to efekt tego, iż cały dzień słuchałam płyty Skaldów. Tak, tak -  w końcu ją kupiłam. Z resztą razem z nią moja płytoteka wzbogaciła się o płyty:
Banaszak Hanna. Złota kolekcja. W moim magicznym domu.
Frąckowiak Halina - Złota kolekcja. Mały elf.
Republika - Złota kolekcja, Biała flaga. Nowe sytuacje.

Wracając do Skaldów. Pół dnia słuchałam mojego ulubionego przeboju tego zespołu, czyli "Wszystko kwitnie wkoło". Gdy zobaczyłam to słonko za oknem - naprawdę poczułam, że wiosna jest tuż, tuż. A co do Walentynek... Jak wsłuchacie się w słowa piosenki, to traficie na fragment:
"Nawet w bramie pan Walenty stróż,
puszcza wiosną pierwsze pędy już". :)
(słowa: M. Bobrowski)

Nie znacie tej piosenki? To looknijcie tutaj -> klik. Nawet mnie nie pytajcie, co robi liczba 13 w tle... To naprawdę przypadek. Chyba. ;)

Słuchając płyty z twórczością Skaldów trafiłam na utwory, których dotychczas w ogóle nie znałam. Kojarzycie coś takiego? -> klik Tekst jest obłędny -> klik.. ;)

Natomiast z okazji Walentynek Czerwonemu dedykuję tę -> klik.
"Na dzień, na dwa, na trzy zmienimy wokół świat
Na dzień, na dwa, na trzy to wszystko dokoła nas
Tak długo, długo, długo
To wszystko można dać, to wszystko sercem daj
To tylko serce twe tak bardzo zmieniło świat
Na jedną może chwilę".
(słowa: L. A. Moczulski)

Niewątpliwie Czerwony zmienił mój świat, moje życie. Oby jego 'serce biło' jak najdłużej. :)

Może jeszcze tę -> klik. ;)
Dalej na mojej trasie zrobiło się nieco sentymentalnie. Pamiętam, jak w miejscu widocznym na poniższym zdjęciu, fotografowałam kiedyś Neoplana. To było lata świetlne temu, ale takich chwil się nie zapomina. Tym razem uwieczniłam je bez autobusu. Jednak niezwykle spodobało mi się światło, jakie tutaj zastałam. :)


Do zrobienia kolejnego zdjęcia znów musiałam 'odwrócić' Czerwonego, a następnie wspiąć się na sporą skarpę. Warunki oświetleniowe były trudne. Na dodatek, nie mogłam podpiąć obiektywu, który zaprezentował by nieco szerzej to miejsce, a dodatkowo, przy użyciu filtrów, mogłabym nieco przyciemnić niebo. Niestety, obiektyw szerokokątny jest w serwisie. Zdjęcie zrobiłam więc na teleobiektywie. Przy okazji - wybaczcie jakość części dzisiejszych zdjęć, ale zrobiłam je telefonem, który obecnie służy mi za obiektyw szerokokątny. :]


Gdy wysiadałam z Czerwonego, w głośnikach leciała piosenka "Szanujmy wspomnienia". Zacytuję jej fragment: 
"Lecz zawsze to miło, że nie brak nam miejsc
Do których wracamy pamięcią".
(słowa: A. Jastrzębiec-Kozłowski)

Znalazłam ciekawą wersję tej piosenki na 2 fortepiany -> klik.
Jakże się to niesamowicie złożyło. Fakt faktem - lubię wracać do tego miejsca. Dolina Cybiny jest tak, znów użyję tego słowa, urokliwa. Lubię przyjeżdżać tutaj na zdjęcia. Szczególnie wiosną. Wówczas można fotografować całe stada ptaków i kwitnące kaczeńce. Nie mogłam więc nie wykorzystać tej miejscówki i nie pokazać jej rowerzystom. :)

Widoczek na prawo od Czerwonego prezentował się tak:


Słońce już prawie zaszło za horyzont. Podjechałam jeszcze w jedno miejsce i korzystając z ostatnich promieni światła, sfotografowałam autko, które odkryłam tydzień wcześniej. O dziwo - nadal tutaj stało.


Nie wiecie, co to za wynalazek? Już Wam podpowiadam. To jest Dacia 1310 TLE. Jest to przykład rumuńskiej myśli technicznej.


Po takim dniu mogę spokojnie napisać, że cała byłam w skowronkach -> klik. ;)
A jak rajd rowerowy się udał? O tym dowiedzie się tutaj -> klik.