Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Puszcza Pyzdrska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Puszcza Pyzdrska. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 kwietnia 2020

Koronawirus.

Zacznę nietypowo.

Czy boję się, że umrę w wyniku zarażenia koronawirusem? Teraz już nie. Na początku byłam zlękniona. Tym bardziej, że kwalifikuję się do grupy podwyższonego ryzyka, ale...

Już się nie boję. Dlaczego? Ponieważ bardzo szybko przypomniałam sobie o cytacie, który towarzyszy mi od wielu lat. W dość ciekawych okolicznościach trafiła w moje ręce kartka pocztowa. Jej zdjęcie zamieszczam poniżej:


"Wszystko w ręku Boga" - te słowa często pojawiają się w moich myślach. Wykorzystuję je również w rozmowach z ludźmi, szczególnie tymi, którzy się czegoś boją. Cytuję im te słowa ku pokrzepieniu. To zawsze działa! :)

Długi czas ta kartka towarzyszyła mi w pracy, ale w końcu uznałam, że nie jest to odpowiednie miejsce dla niej i zabrałam ją do domu. Po pewnym czasie umieściłam ją w ramce i postawiłam w widocznym miejscu. Tak oto pojawiła się w moim codziennym życiu. Ilekroć jest mi smutno, źle i przeżywam trudne chwile, biorę ramkę z kartką do ręki. W niedługim czasie na mojej twarzy pojawia się uśmiech. Niekiedy bardzo nieśmiały, gdy problem, z którym się zmierzam jest naprawdę trudny. Czasami towarzyszą mu łzy, ale... w głębi serca pojawia się radość.

Później przypomniałam sobie o kolejnym cytacie. Choć nie śledziłam z uwagą pontyfikatu św. Jana Pawła II, to pamiętam, że to hasło jemu towarzyszyło. I z takim skojarzeniem utrwaliłam je w mojej głowie. Chodzi o zwrot "nie lękajcie się". Ponoć ten i jemu podobne występują w Biblii aż 365 razy -> klik.
 
Gdy zestawimy je ze sobą, nabierają niezwykłej mocy. "Nie lękajcie się". "Wszystko w rękach Boga". Czy Bóg mógłby nas skrzywdzić, skoro stworzył nas z miłości? No, nie! A to, że w naszych życiach pojawiają się sytuacje trudne, problematyczne, tragiczne albo katastroficzne, ma zupełnie inne znaczenie. Takie chwile nie mają nas skrzywdzić, tylko pomóc coś zrozumieć, czegoś nas nauczyć.

Przy okazji przypomniało mi się, że kiedyś popularna była taka piosenka -> klik.

Dzisiaj mijają dokładnie 4 lata od momentu, kiedy zakopałam się w lesie -> klik
Minęło już sporo czasu od tego wydarzenia, ale w myślach często do niego wracam. Dla osób, które przeczytały tamten wpis, może się wydawać, że to było straszne, wręcz traumatyczne przeżycie dla mnie. Nic bardziej mylnego! Wydarzyło się to w takim momencie mojego życia, że do dzisiaj dziękuję Bogu, iż znalazłam się wtedy w takiej sytuacji. Pomimo, że byłam blisko domostw ludzkich, to spędziłam sporo czasu sama. Jednak nie byłam samotna. Koło mnie cały czas czuwał On. Miałam więc z kim porozmawiać i zastanowić się nad swoim życiem. Ktoś by powiedział, że mogło mi się wtedy coś stać i mogłam umrzeć. Komuś takiemu powiedziałabym, że właśnie tam kolejny raz się urodziłam.

Nie bez powodu nawiązuję do tamtej przygody w lesie. Wszak wydarzyła się ona w Puszczy Pyzdrskiej. Miejsca dla mnie magicznego. Od dawna przymierzałam się, aby poczynić wpis o tematyce, którą dzisiaj poruszam. Jednak ciągle się nie składało. Poza tym czekałam na odpowiednią wenę do pisania. Musiałam to sobie wszystko odpowiednio poukładać, aby móc właściwie Wam to przekazać. Okres narodowej kwarantanny idealnie się w to wpisał.

Gdy czytam kolejne informacje, że ludziom tak ciężko bez chodzenia po galeriach handlowych, bez ćwiczeń w siłowni, bez wizyt u fryzjerów i kosmetyczek, to robi mi się naprawdę smutno. Ci ludzie potwornie się nudzą. Nie potrafią spędzić czasu sami ze sobą i swoją rodziną (przyjmuję ogólnik - wiadomo, że sytuacje są różne). Niemniej - mało kto potrafi dzisiaj odnaleźć przyjemność w siedzeniu w domu, podziwianiu kwiatów, które rozkwitają na parapecie (mój grudnik właśnie skończył kwitnienie, a pachnący (!) storczyk obsypał się dziesiątkami kwiatów), przysiądnięciu na moment na balkonie (zdaję sobie sprawę, że nie każdy go posiada) i przyglądaniu się ulicznemu życiu. Spędzam czwarty tydzień w domu (przy czym pracuję zdalnie) i... nie mogę znaleźć nawet jednej chwili, aby spokojnie usiąść i poczytać książkę. Ale co się dziwić. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że w moim słowniku nie ma wyrazu "nuda". Ale kiedy mam ten wolny czas wygospodarować? Gotuję, sprzątam, piorę. Ogólnie - prowadzę dom. Do tego pracuję. Po pracy poświęcam kolejne minuty - a to na spędzenie chwili z drugą połową, a to na telefony do najbliższych, a to na przesadzanie kwiatów, a to na ćwiczenia na macie, a to na spisanie ważnych danych, a to na zrobienie kolejnej bransoletki, a to na przystrojenie domu w wiosenno-wielkanocne ozdoby, a to na przeglądnięcie galerii komunikacyjnych, a to... robi się północ i idę spać. Wróć! W porządek dnia staram się wpisać jeszcze jedno wydarzenie. Specjalnie wymieniam je na końcu, aby pokazać, że przy tym codziennym, rutynowym życiu, warto znaleźć kilka minut na rozmowę z Przyjacielem. Niekiedy jest to tylko krótka pogawędka, czasami modlitwa, innym razem - wysłuchanie kaznodziejów na YT albo wyszukanie jakiejś ciekawej interpretacji Pisma Świętego. Jednak ta... hmmm... nagroda na koniec dnia (zazwyczaj czynię to wieczorem) sprawia, że w ciągu dnia staram się wyrobić ze swoimi obowiązkami, aby z "wolną głową" usiąść i popaść w zadumę.

Wiele lat zajęło mi osiągnięcie takiego stanu. Jak do tego doszłam, opiszę kiedy indziej. Jednak sporo zasługę w tym mają właśnie wyjazdy do Puszczy Pyzdrskiej. Odwiedziliśmy tam sporo domów. Mogłam więc na wielu przykładach zaobserwować pewne zależności. Generalnie w każdym domu odnajdywaliśmy "święty" obraz, figurkę Matki Boskiej albo krzyż. W każdym bądź razie nie można było przegapić faktu, że tamtejsza społeczność była wierząca. To dawało sporo do myślenia. Zwłaszcza w zestawieniu z tym, czym Ci ludzie dysponowali na co dzień. Zazwyczaj całym ich światem było małe gospodarstwo, na które składał się: dom, budynek gospodarczy, kawałek ziemi. Tyle. Często Ci ludzie nie opuszczali swojego "fyrtla" przez całe życie. Wiem, co piszę. Poznaliśmy takiego przesympatycznego, starszego Pana. Miał, bodajże, 75 lat. Wiedział, że to, czym przyjechaliśmy, to samochód, ale nie miał pojęcia, co to za marka. On całe życie jeździł konno albo koniem z bryczką. Tak, jak Jego Rodzice. Najdalej, gdzie był poza domem, to miejscowość oddalona o 30 km od Jego domu. Gdy sobie w głowie wyrysowałam wtedy okręg o takim promieniu, to pierwsza myśl, jaka mi się pojawiła: "o Boże!". Ja, która była w wielu miejscach poza Polską, spotkałam człowieka, który przez całe swoje życie nie opuścił nawet województwa, w którym się wychował. Niesamowite! Jednak, choć może wydać się Wam to dziwne, w pełni rozumiałam tego człowieka, a mając już taką widzę o Nim, starałam się dostosować naszą rozmowę do Jego realiów. A rozmowa była bardzo sympatyczna! Ten człowiek był taki radosny... Gdy mówił o swoim koniu, w Jego oku pojawiła się taka wesoła iskierka. Chciał nas poczęstować jabłkami, które były aż czerwone od słońca, które je przyrumieniło.


Aż żal było opuszczać tamto miejsce. I żebyście sobie nie myśleli, że ten Pan tam tak sam żył. Na Jego posesji mieszkał Jego syn. Syn wybudował współczesny dom, miał samochód, ciągniki rolnicze, itd. Temu starszemu Panu to nie przeszkadzało, ale sam do tego nie ciągnął. Wolał mieszkać w swojej chałupince, na której progu drzwi stały koszyki z jabłkami, a po okalającym ją drewnianym płocie przeskakiwał łaciaty kot...



Wracając do wiary. Nie zapomnę, jak to właśnie mnie przypadło odkrycie jednej z najpiękniejszych chatek. Z zewnątrz nie sprawiała zbyt dobrego wrażenia. Z resztą sami się przekonajcie:


Ale za to jej wnętrze... Oprócz urokliwej szafy, obrazka z życzeniami imieninowymi, monidłem i innymi "duperelami", widzieliśmy tam figurkę i książeczkę będącą pamiątką Pierwszej Komunii Świętej. Rzuciliśmy się z aparatami, aby to jakoś upamiętnić.





W tym samym domu, nad kanapą, na której leżały figurka i książeczka, wisiał taki oto obrazek:


Z kolei w innym pokoju wisiał krzyż:

 
Więcej zdjęć z tej chatki na razie nie zaprezentuję. Zostawię je na inną okazję. Jednak zapewniam - będziecie pod wrażeniem, gdy już je zobaczycie. :)

Jednak Puszcza Pyzdrska jest bogata też w inne obiekty. Jest tam od groma kapliczek. Dzisiaj przedstawię tę, którą uważam za najpiękniejszą.



Uwielbiam ją nie tylko za jej wygląd, ale także za to, że jest znakiem, iż zbliżam się do mojego ukochanego gospodarstwa. Dzisiaj pokażę je bardzo ogólnikowo, ale jak tylko będzie to możliwe, poświęcę jemu osobny wpis.

Dom gospodarzy niestety już wtedy był w opłakanym stanie. Chata była opuszczona, co tylko dodatkowo działało na jej niekorzyść, ale...




...pomimo jej przejmującego widoku, mieliśmy wrażenie, że właściciele za chwilę wrócą z pola i przysiądą na tych krzesłach, aby odpocząć po ciężkim dniu wypełnionym pracą na roli. Naprawdę czuliśmy coś takiego! To było niesamowite! 



 A co zastaliśmy w samym wejściu do domu?



Przy innej wyprawie udało się znaleźć dom, którego strop opierał się już tylko na... szafie.


Ale teraz już wiem, dlaczego czekał na nas. Odpowiedź znajdziecie na poniższym zdjęciu. Moją uwagę przykuły obrazki, które wisiały na ścianie.
 

Przy kolejnych wyprawach do Puszczy Pyzdrskiej zrozumiałam, ile tutaj jest Boga. Gdzie się człowiek nie ruszy, On tutaj jest. Kiedy więc tylko chciałam uwolnić się od miejskiego zgiełku, wsiadałam w auto, zgarniałam współtowarzysza i jechaliśmy na zdjęcia. Po kilku wypadach nie trzeba było mnie w ogóle na to namawiać. Pomimo tego, iż te wyjazdy były bardzo wyczerpujące. Często musiałam wstać o 2 w nocy, by o 3 zgarnąć sprzed domu mojego kompana i starałam się dojechać na miejsce docelowe w okolicy godziny 4, abyśmy mogli sfotografować wschód słońca. Potem przez cały dzień krążyliśmy, robiąc cały czas zdjęcia, aż doczekiwaliśmy zachodu słońca i udawaliśmy się w drogę powrotną do domów. Potrafiliśmy w ten sposób wykręcić kilkaset kilometrów dziennie. Moje oczy były przekrwione ze zmęczenia, bo nie dość, że wytężałam wzrok, aby w pełni skupić się na prowadzeniu auta, to jeszcze dodatkowo męczyłam go fotografując to, na co się natknęliśmy. Byłam wykończona. Niekiedy potrzebowałam dwóch dni, aby po takim wypadzie dojść do siebie. Ale nie żałuję ani sekundy, bo każda z tych wypraw była okazją do bliskiego spotkania z Bogiem. Takie odczucie najlepiej przedstawia ten filmik:



Wyobraźcie sobie - wychodzicie ze swojej chatki, podchodzicie na skraj łąki, która okala Wasze domostwo i podziwiacie mgłę wędrującą po Waszym polu. Do tego chłód, wzmożony przez wilgoć, jest przełamywany ciepłem pochodzącym od promieni słonecznych, które właśnie przebijają się przez chmury. Całości dopełnia śpiew ptaków...
  

Na płocie, zza którego nadciąga mgła, czeka kolekcja słoików.
 


A we wnętrzu domu (nie wchodziliśmy do środka. Zdjęcie zrobione przez dziurę w ścianie!) na stole stał krzyż. Do dzisiaj nie wiemy, czy to pozostałość po kolędzie czy po ostatnim namaszczeniu...



Do tak magicznego miejsca przyprowadziła nas poniższa droga. Jak widać po samochodzie, który wówczas jeszcze bardzo dobrze się prezentował, ta wyprawa to dość odległe czasy (6 lat temu). Mimo to - do dzisiaj mam w sobie emocje, które towarzyszyły tamtym chwilom i przeglądanie zdjęć oraz filmów znów je ożywiło. 😊


 Wyobraźcie sobie, że tego samego dnia trafiliśmy na taką chatkę:
 

Jej wnętrze zrobiło na nas piorunujące wrażenie. Dlaczego? Nie ma sensu tego opisywać. Zobaczcie sami:


Zwróćcie, proszę, uwagę, ile tam "świętych" obrazów. W centrum makatka -> klik z napisem: "Jezu ufam Tobie". Mnie to hasło od zawsze kojarzy z takim obrazkiem -> klik. Od lat robił on na mnie ogromne wrażenie i przyciągał mój wzrok. Przypadek (???) sprawił, że w zeszłym roku obrazek dokładnie z takim wizerunkiem trafił w moje ręce. Wisi teraz nad drzwiami wejściowymi do domu.

Ale wróćmy do chatki, bo to nie był koniec! Gdzie się człowiek nie obejrzał, pełno śladów religijności właścicieli domu. W tym samym pomieszczeniu można było trafić na taki widok:


I pomyśleć, że mogłam zostać mieszkanką tego domu. Jak? Otóż właściciel widział we mnie swoją przyszłą żonę. Nawet próbował poderwać mnie na swoją "furę", ale - choć sami przyznacie - pomimo tego, że miał z czym startować, to przy Czerwonym każdy inny pojazd jest bezkonkurencyjny. Poza tym, jedyne, co nas łączyło, to... kolor naszych pojazdów. 😉




Dla mnie takie chwile były prezentem od Boga. Po całotygodniowym trudzie i pokonaniu kilkuset kilometrów, wysiadałam z samochodu i w nagrodę otrzymywałam właśnie takie widoki i przygody. Mogłabym tego typu przykładów opisać wiele, bo i wypraw do Puszczy było sporo.

Pomimo, iż mieszkam w mieście, to w znacznym stopniu mam "wiejską" duszę. Kocham przyrodę, bliskość z nią. To z kontaktu z nią czerpię prawdziwą przyjemność. Nie potrzebuję kin, teatrów, galerii handlowych. Natura oferuje nam znacznie piękniejsze seansy i spektakle. Zamiast kolejnego flakonika perfum, wolę poczuć woń kwitnącego bzu. Staram się więc uprościć swoje życie, aby móc znajdywać czas na cieszenie się właśnie takimi drobnostkami. Wiecie, że teraz kwitną szafirki i hiacynty? I forsycja! Do tego stokrotki i zawilce. Przyroda budzi się do życia!

Jeśli to możliwe, to próbuję ludziom z mojego otoczenia pokazać, w jaki sposób można odnaleźć prawdziwe szczęście i cieszyć się takimi drobnostkami. Mam znajomego, który posiada niezły telefon, ekstra zegarek, samochód (nówka! z salonu!), ale... wewnętrznie jest smutny. Te "zabawki" to tylko ułuda szczęścia. Przedmiotami nie jesteśmy w stanie "zbudować" siebie. Prawdziwe szczęście przynosi zrozumienie siebie i uzyskanie harmonii z otoczeniem.
Pod koniec marca trafiłam na taki artykuł -> klik. Poniżej zamieszczam kilka cytatów z niego:
"Kilka lat temu odwiedziłem Korę. To było na Roztoczu, gdzie się wyprowadziła. Dookoła nie było nic. Tylko pola. I powiedziała mi, że jak żyła w dużym mieście, codziennie była zasypywana atrakcjami. Premiery, bankiety, pokazy mody, występy w telewizji, imprezy - wydawać by się mogło: pełnia życia. Ale dopiero mieszkając na tym polu poczuła, że żyje naprawdę", "Myślę że cała idea funkcjonowania człowieka szczęśliwego opiera się na tym, żeby żyć prosto", "To o tyle mocne, że on przyznał, że to prostota życia powoduje, iż człowiek skupia się na rzeczach najważniejszych".
Wydaje mi się, że te słowa najlepiej są w stanie opisać to, co chciałabym w dalszej części przekazać Wam, moi drodzy czytelnicy.
Uważam, że obecna sytuacja jest szansą dla wielu ludzi, którzy chcieliby chociaż spróbować przybliżyć się do Boga. Zdaję sobie sprawę, że to wszytko nie jest łatwe i często okupione cierpieniem, np. wynikającym ze straty najbliższych. Jednak... wiem, co piszę. Wiem, jak odejście najbliższych potrafi być bolesne. Sama to wielokrotnie już przechodziłam w swoim życiu. Niektóre z tych chwil były naprawdę tragiczne, a jednak nawet wtedy (choć wówczas nie wierzyłam w Boga, a nawet jeszcze bardziej się od Niego odwróciłam), czułam, że to wszystko miało jakiś głębszy sens i nie wydarzyło się w moim życiu przypadkowo. Zabrało mi to wiele lat, aby to w końcu zrozumieć, aby odnaleźć sens nawet tak bolesnych przeżyć, ale... choć to dla wielu zabrzmi dziwnie - nie żałuję żadnych z nich. Teraz wiem, że bez tego wszystkiego nie byłabym tym, kim jestem i nie byłabym tutaj, gdzie jestem. Bóg widział, że choć uparcie sprzeciwiam się Jego istnieniu, w głębi serca szukałam relacji z Nim. Zastosował więc terapię szokową. Muszę przyznać, że niezły z Niego psycholog. Jego metody naprawdę przyniosły niesamowite skutki. Moje dalsze spotkania z Bogiem sprawiły, że dzisiaj ogarnia mnie totalny spokój. Niezwykle trudno jest wyprowadzić mnie z równowagi. W zasadzie nie pamiętam, kiedy ostatnio się to komuś udało (no, dobra - pewną sytuację sprzed wielu lat sobie przypominam, ale wówczas wpłynęła na to moja choroba). Jednak zastanówcie się, dlaczego miałabym się złościć, dawać ponieść złym emocjom? Przecież u mojego boku jest najwspanialszy Przyjaciel. Towarzyszy mi od urodzenia i był mi wierny nawet wtedy, gdy Go odtrącałam. Dlatego teraz, gdy już się dogadaliśmy, jestem taka spokojna. Znalazłam najprawdziwszą radość i szczęście. Uknuło się nawet takie określenie "kłębek szczęścia", którym czasami siebie opisuję. Chcecie zaznać takiego stanu? Może ten filmik Wam w tym pomoże -> klik.

Jestem ciekawa, jak w relacji z Bogiem odnajdywali się mieszkańcy Puszczy Pyzdrskiej. Sądzę jednak, że dzięki temu, iż w ich życiach nie było "wypełniaczy" w postaci kin, wyjść do kawiarni, siłowni, mieli znacznie więcej miejsca i czasu na zapełnianie "pustki" Bogiem. I takich pustek Wam życzę -> klik.
 
Odpowiadając ponownie na pytanie, które znajduje się na początku tego wpisu - dlaczego miałabym się bać, skoro po śmierci spotkam się z moim największym Przyjacielem i będziemy mieli jeszcze więcej czasu na wspólne pogaduchy?

Pamiętajcie. "Nie lękajcie się"! :)

Cytat na dzisiaj: "Jeśli umrzesz zanim umrzesz, to nie umrzesz kiedy umrzesz” (śp. ks. Piotr Pawlukiewicz).

Amen.

poniedziałek, 27 maja 2019

Pyzderniczka.

Pamiętacie, jak wspomniałam o wyprawach do Puszczy Pyzdrskiej? Nie? To dla przypomnienia ➜ klik. Biały też się załapał na wypady w te ciekawe miejsca ➜ klik.

Przy tej okazji podlinkuję także relacje z wypraw rowerowych w tamte rejony, które udało mi się zorganizować ➜ cz. 1 i cz. 2. W planach miałam też cz. 3. To właśnie podczas przygotowań do niej przeżyłam niesamowitą noc w lesie... klik. Niestety, zdrowie nie pozwoliło mi na razie zrealizować tamtych zamiarów, ale... jeszcze wszystko przede mną, więc kto wie. :)

Jednak dzisiaj mam coś innego do opisania. Na moje fotorelacje z Puszczy Pyzdrskiej jeszcze przyjdzie czas, więc dalej musicie uzbroić się w cierpliwość (najlepiej anielską). Tymczasem organizator naszych wypadów samochodowych do Puszczy zorganizował wystawę swoich zdjęć. Dlaczego o tym wspominam? No, bo widzicie... Czerwony/Puzzel stał się również jej częścią. Tak, tak! Mój Wartbi trafił do galerii. 

Więcej szczegółów znajdziecie tutaj: klik.
Miałam przyjemność uczestniczyć w oficjalnym wernisażu tej wystawy. Co więcej - po jego zakończeniu podjechałam samochodem tuż przed wejście. Tym samym Puzzel nawiedził wystawę w dniu jej otwarcia. :)



A w jaki sposób zaprezentowano Wartbiego na wystawie? Otóż, koło jednego ze zdjęć (pominę, że mam takie samo 😜) znajduje się opis, przy którym zaprezentowano dwa zdjęcia.


W przybliżeniu wygląda to tak:


Wybaczcie jakość zdjęć. Zrobione "kalkulatorem".

Co ciekawe - Czerwony pojawił się na wystawie na jeszcze jednym zdjęciu, jednak go nie pokażę. Niech to stanowi dla Was motywację, aby osobiście wybrać się do "Łazęgi" i poszukać Czerwonego. Podpowiem - chodzi o zdjęcie wykonane we wsi Rybie w 2015 r. Miłego oglądania i zabawy w "gdzie jest Wally?". ;)
 
Relacja z wernisażu klik.

niedziela, 3 czerwca 2018

"Najbrzydszy samochód świata".

Gargamel. Kto Jego nie zna? Chyba każdy miłośnik Wartburgów już o Nim słyszał. 😎

Pana Bogdana, bo takie jest Jego imię, miałam okazję poznać osobiście w 2010 r.

W dniach 30.04.-03.05.2010 r. odbywał się w Wiśniowej Górze koło Łodzi Zlot Wartburga De Luxe 2010 ➺ klik. Znalazłam w internecie nawet film z tego zlotu ➺ klik.


Obok Pana Bogdana, Jego Mamy (wówczas myśleliśmy, że to Jego żona 😉) oraz Jego Wartburga, nie można przejść obojętnie. To auto jest tak cudownie brzydkie! 


Klamka od 353 i 1.3 na jednym samochodzie. 


Tablica rejestracyjna przymocowana dwoma drutami. 


Wszechogarniająca rdza i brud...



Oczywiście nie mogło zabraknąć Pani Kazimiery, mamy Pana Bogdana. Tradycyjnie spędzała czas w samochodzie, ale...


...udało mi się sfotografować Ją też poza pojazdem. Przy okazji Pan Bogdan również załapał się na zdjęcie. 😊


Co więcej - Marchewa ma wspólne zdjęcie w Wartburgiem Pana Bogdana!


Z resztą - skoro jestem już przy zdjęciach pojazdów naszej ekipy - to dodam jeszcze kilka 'popełnionych' na powrocie do Poznania. Bardzo lubię te kadry... 😊




Wracając do tematu Wartburga Pana Bogdana... Wtedy patrzyło się na to z politowaniem. Jednak dzisiaj, kiedy znalazłam taką wypowiedź Pana Bogdana: "Człowiek się starzeje, to i samochód się starzeje", inaczej patrzę na Jego pojazd. Zwłaszcza, że jestem po pewnym seansie filmowym...

A zaczęło się niewinnie. Moja druga połowa powiedziała mniej więcej coś takiego: "Kochanie, wybierzemy się do kina? Sądzę, że ten film musisz zobaczyć". Pomyślałam - eee, pewnie znów coś czeskiego. Żeby nie było - bardzo lubię czeskie kino. Ba! To ja zaraziłam nim moją drugą połowę, ale... przesyt nie jest wskazany. Jednak z ciekawości podeszłam, aby na monitorze komputera zobaczyć, co takiego interesującego będą grali... Zobaczyłam tytuł "Najbrzydszy samochód świata" ➺ klik. Hmmm, coś motoryzacyjnego, robi się ciekawie - pomyślałam. "Proszę, pokaż mi opis" - powiedziałam. "Lepiej, jak od razu puszczę Tobie zwiastun". Usiadłam obok i... przeniosłam się do innego świata ➺ klik. Gdy trajler skończył się, rzuciłam szybkie: "To kiedy jest najbliższy seans?". Okazało się, że za ok. 1,5 h. 😁

Charlie Monroe Kino Malta. Punkt 17:00 weszliśmy do sali. Traf chciał, że do mojej ulubionej. Wyobrażacie sobie, że w kinie jest sala na - UWAGA - 13 osób?! Podkreślam - 13! Jak ja mogłabym jej nie lubić? 😂

W sali znajdowała się... jedna osoba. 😁 Tłumy! 😉

Okazało się, że najpierw wyświetlany był film "Ślimaki". W pierwszej chwili pomyślałam, że zaszła jakaś pomyłka. Jednak szybki rzut okiem na bilety sprawił, iż wiedzieliśmy, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Teraz nawet cieszę się, że zaliczyliśmy taki gratis, bo wiem już, jaką metodę zastosuję do obrony moich upraw przed ślimakami. ;)

W końcu rozpoczął się wyczekiwany film o Panu Bogdanie i Jego Mamie. Oglądałam go z niezwykłą uwagą. Historia tych ludzi została przedstawiona w bardzo ciekawy sposób. Sporo dowiedziałam się o Nich i ich codziennym życiu, a z racji tego, że przez tyle lat nazbierałam trochę informacji o tych osobach - mogłam dopełnić wreszcie ten obraz.

Był jednak pewien moment w czasie seansu, który sprawił, że prawie wybuchłam śmiechem. Gdyby nie było tej dodatkowej osoby na sali - na pewno bym to uczyniła. Mam na myśli scenę, gdy Pan Bogdan informuje Mamę, że wiezie Ją do Pyzdr, a następnie wjeżdżają na rynek. "To ten budynek jeszcze stoi?" - pyta Pani Kazimiera. W mojej głowie pojawiła się od razu odpowiedź: "Oczywiście, że stoi! Dopiero, co tam byłam i zapewniam, że stoi. Ba! Remontują go". W moich oczach pojawiły się łzy... Łzy szczęścia, wzruszenia. Łzy ze śmiechu.

Tego nie przewidywałam. Wszystkiego mogłabym się spodziewać, ale nie tego, że Pani Kazimiera pochodzi z Pyzdr. Takie rzeczy... zdarzają się tylko w kinie!

Ja, jeżdżąca od kilku lat do Puszczy Pyzdrskiej, nagle wylądowałam na filmie, którego bohaterką jest była mieszkanka Pyzdr. Obie jeździmy Wartburgami. To mi się do teraz w głowie nie mieści!

Ale, że jak?! Mama "Gargamela" pochodzi z Pyzdr? 😂

Ponoć świat jest mały, ale po tym filmie...

Żeby było śmieszniej - niedawno miałam propozycję zrobienia na szybko koszulki z Czerwonym. Przy sobie miałam pendrive'a z kilkoma zdjęciami. O dziwo - znalazły się tam jakieś z Czerwonym. Jedyne sensowne zostały zrobione... podczas wypadu do Puszczy Pyzdrskiej. 😂 Długo się nie zastanawiałam i na przód wybrałam zdjęcie, na którym ustawiłam sobie Czerwonego na tle... Pyzdr. 


Oto i koszulka:


Co ciekawe - Pan Bogdan też był na tej łące ➺ klik.

Polecam także odwiedzenie strony, na której można podziwiać zdjęcia (genialne!), wykonane podczas kręcenia filmu:

część 1 ➺ klik
część 2 ➺ klik
część 3 ➺ klik
i podsumowanie ➺ klik

Tutaj trochę więcej o bohaterach filmu ➺ klik

P.S. Przy okazji przekopywania zasobów Internetu, trafiłam na artykuł o innym, też ciekawym, właścicielu Wartburga:
klik,
klik,
klik.

niedziela, 10 kwietnia 2016

25 lat...

Dzisiaj przypada 25-lecie zakończenia produkcji Wartburgów. Tym samym Czerwony mógłby otrzymać żółte blachy. Muszę przyznać, że świętowałam to w nietypowy sposób.

Co prawda moja przygoda zaczęła się w sobotę (9 kwietnia 2016 r.), ale jej główny temat przypadł na niedzielę, więc pozwolę sobie opisać ją tutaj.

Wyruszyłam w trasę z samego rana. Musiałam dotrzeć do Ostrowa Wielkopolskiego. Podczas tegorocznej majówki właśnie stąd rozpocznie się rajd rowerowy, który będę miała przyjemność poprowadzić. Chciałam jednak zawczasu sprawdzić trasę, aby wiedzieć, czy będzie przejezdna dla rowerzystów. Z Ostrowa Wielkopolskiego pojechałam do... Zajączków Bankowych. Co prawda niczego ciekawego tam nie ma, ale ta nazwa! Rewelacyjna, prawda? Był to najdalszy punkt wyprawy. Mogłam więc powoli ruszyć w drogę powrotną. Jednocześnie objeżdżałam trasy, które będziemy pokonywali na rowerze przez kolejne dni. Jechałam sama. Musiałam więc jednocześnie być pilotem i kierowcą. Umiem obsługiwać moje aplikacje nawigacyjne, ale jestem wychowana na mapach papierowych, więc głównie im poświęcałam uwagę. Jednak takie śledzenie trasy jest nieco czasochłonne (wszak trzeba się zatrzymać, aby spojrzeć na mapę). Czas więc zaczął mnie gonić, a ja byłam ledwo w połowie wytyczonej drogi...

Gdzie to mnie znów wywiało? Otóż podróżowałam po mojej ukochanej Puszczy Pyzdrskiej. Od zawsze (czyli od 2012 r.) wyjazdy tamten rejon kojarzą mi się z Wartburgami. Tylko raz zdarzyło się, że pojechałam tam samochodem innej marki. I wiecie co? To nie było to! Brakowało mi czegoś. Wartburg jednak dodaje niesamowitego klimatu tym wyprawom. Co ciekawe - to nie jest tylko moje zdanie. Każdy, kto ze mną tam choć raz pojechał - sam to stwierdzał. :) Jednak wiecie, że Czerwonego na razie nie ma u mojego boku. Nie ukrywam - brakuje mi go. Tęsknię. No, ale do Puszczy pojechać teraz musiałam. Nawet i bez niego. Nie posiadam samochodu, więc musiałam jakiś pożyczyć. Trafiło na wóz również z niemieckiej myśli motoryzacyjnej. Jednak podróżując przez cały dzień myślałam o tym, że z Czerwonym czułabym się tutaj pewniej. To było auto do zadań specjalnych. Jego niewielka waga i skromne gabaryty były gwarancją, że bez większych problemów pokonam niemalże każdą drogę. Przez tyle lat tylko raz zdarzyło mi się, że samochód się nieco zakopał. Wystarczyło jednak niecałe 5 minut odgarniania dłońmi piasku i auto mogło wyjechać o własnych siłach. Jednak tamta przygoda sprawiła, że znajomy postanowił wyposażyć mnie w saperkę. Nie wiem co mnie tknęło, ale wczoraj jeszcze przed wyjściem z domu upewniałam się, że na pewno ją zapakowałam. Jakbym czuła, że tym razem się przyda... Bardzo.

Zaczęło się ściemniać. Chociaż nie zrealizowałam całego planu, który wyznaczyłam sobie na ten dzień, postanowiłam zbierać się do domu. Chciałam jeszcze tylko zaliczyć jeden fragment trasy, który przy okazji miał znacznie skrócić moją drogę powrotną. Jednak była to droga gruntowa wiodąca przez las. Już wjeżdżając na nią zastanawiałam się, czy to jest aby na pewno rozsądne. Jednak droga wyglądała w miarę przyzwoicie. Jedynie martwił mnie deszcz, który powodował, że grunt się rozmiękczał. Bałam się, abym nie trafiła na jakieś błoto...

Jechałam, jechałam, jechałam. Wiedziałam, że jestem coraz bliżej asfaltu (tak wynikało z mapy). Zobaczyłam przed sobą piaszczystą drogę. Czułam, jak auto zaczęło się zachowywać (dodam, że jechałam samochodem ważącym ok. 2 ton i posiadającym automatyczną skrzynię biegów). Pomyślałam sobie, że jak się teraz zatrzymam, to ugrzęznę. Znając już nieco technikę jazdy w takim terenie, wiedziałam, że jak nie przejadę tędy rozpędem, to koniec. Więc cięłam na przód. Jednak w pewnym momencie auto samo się zatrzymało. Pomyślałam: "O nie! Tylko nie to. Ugrzęzłam!". Wysiadłam z samochodu. Oceniłam sytuację i... szybko sięgnęłam po saperkę. Po godzinie podkopywania podjęłam pierwszą próbę wyjazdu. Bezowocną. Było już zbyt ciemno, abym mogła zobaczyć, co się dokładniej wydarzyło. Mimo to - postanowiłam kopać dalej "po omacku". Najgorsze, że cały czas padało. Wszystko było mokre. Krople deszczu spływały po mojej grzywce prosto do oczu. Piasek przyklejał się do wszystkiego. Znacznie utrudniało to pracę. Po jakiejś godzinie, może półtorej - ponownie odpaliłam samochód. Nie drgnął nawet o milimetr. Ba! Nawet podjęłam próbę przepchnięcia go, ale cóż - nie oszukujmy się. Strong women to ja nie jestem, aby przepychać 2 tony.

Oceniłam ponownie sytuację. Wiedziałam, że zostało mi ok. 500 m do asfaltu (o zgrozo!). Widziałam w oddali zabudowania, a z mapy odczytałam, że jestem blisko wioski, gdzie jest sporo domów. Droga, na której stanęłam wyglądała na taką, że uznałam, iż najszybciej pojedzie nią coś w poniedziałek i jak już - to będzie traktor. Nie było więc ryzyka, że coś na mnie najdzie w nocy. Żyjemy niestety w dość nieprzyjemnych czasach, więc stwierdziłam, że nie pójdę w tej chwili do wsi po pomoc. Było i tak już zbyt ciemno. Lepiej też, aby nikt nie wiedział, że tu ugrzęzłam. Z tą świadomością czułam się bezpieczniej. Martwiło mnie tylko to, że choć wyruszyłam z naładowanym telefonem, to w tym momencie był już prawie rozładowany, a ja nie miałam ładowarki. Włączyłam go tylko, aby napisać do Rodziców, co się stało, gdzie jestem i że zostanę tutaj na noc. Po czym telefon wyłączyłam. Musiałam go oszczędzać. Tym samym zupełnie odcięłam się od świata. Było ok. 22:00, gdy postanowiłam iść spać. Bałam się nocy. Nie tyle tego, co mnie otaczało, tylko... tych mokrych rzeczy, które miałam na sobie. Bogu dzięki, że zabrałam ze sobą ciepłego 'polara'. Posłużył za kołdrę. Rozłożyłam fotel i zasnęłam. Wszak ponad 2 godziny kopania i prawie 400 km spędzone za kółkiem nieco mnie zmęczyły. Jedynie co 2-3 godziny budziło mnie zimno. Wtedy odpalałam samochód i włączałam ogrzewanie. Gdy osiągałam przyzwoita temperaturę, wyłączałam silnik i spałam dalej. W ten sposób dotrwałam do rana. Liczyłam, że jakimś cudem już o 4:00 zrobi się jasno, ale cóż - takie rzeczy, to dopiero w czerwcu. Rozjaśniło się dopiero chwilę przez siódmą. Najgorsze, że przez całą noc padało. Bałam się otworzyć drzwi, aby zobaczyć, czy czasem nie stworzyło się 'jezioro' pod samochodem. Nadal czekałam, aż przestanie padać. Nie wiem skąd mi się to wzięło, ale czułam, że przestanie. Nie wiedziałam tylko kiedy. Faktycznie - pół godziny później wypogodziło się. Otworzyłam drzwi. Uff! Jednak piasek szybko wchłaniał wilgoć. Nie było tragedii. Wysiadłam z samochodu, spojrzałam pod spód i... załamałam się. Wieczorem nie sądziłam, że jest, aż tak źle. Postanowiłam jednak nie poddawać się. Zjadłam kilka orzechów w czekoladzie (to było całe moje śniadanie), popiłam Pepsi - potrzebowałam energii - i ruszyłam do pracy. Zaczęłam ok. 7:00. Przedtem napisałam tylko do Rodziców, że przeżyłam noc i że czeka mnie kilka godzin kopania. Znów wyłączyłam telefon. Kopałam, kopałam, kopałam. Moim pracom przyglądało się stado saren, które krążyło z niedalekiej polany do lasu i z powrotem. Ok. 8:00 widziałam w oddali jakiegoś człowieka na rowerze, ale nawet nie podjechał, aby się zapytać, co się stało. Postanowiłam więc 'walczyć' dalej. Zadanie nie było proste. Cały samochód zawiesił się na piaszczystej muldzie. Musiałam wybrać ją spod samochodu i zrobić prześwit. Niestety miejscami nie szło dostać się saperką. Koniecznie było ręczne kopanie. Ok. 12:00 usłyszałam huk broni. Nie powiem - nieco mnie to przeraziło i nie wiedzieć czemu - pomyślałam o tych biednych sarenkach. Pół godziny później postanowiłam zakończyć pracę. Uznałam, że przygotowałam wszystko do wyjazdu. Auto odkopałam. Wyrównałam też całą drogę za samochodem, aby ułatwić wyjazd. Stwierdziłam, że jak się nie uda tego zrobić o własnych siłach, to przynajmniej traktorzysta będzie miał ułatwione zadanie w wyciąganiu mnie. Wtem na horyzoncie zauważyłam jakąś postać z psem. Uznałam, że ktoś taki nie może mieć złego charakteru, więc ruszyłam w jego stronę. Miałam rację. Trafiłam na przyjaznego Pana, który postanowił podjeść do auta i ocenić sytuację. Gdy zobaczył to z bliska - oniemiał. "Kobieto - to jest mistrzostwo". Zrobił kilka zdjęć. Jeszcze w większym szoku był, jak uświadomiłam go, że tutaj nocowałam. "Niesamowite". Też pomyślał o wezwaniu kogoś z traktorem, ale uznał, że teraz to już raczej nie będzie potrzebny. Stwierdził, że auto powinno bez problemu ruszyć. Jakoś tak wyszło, że to on wsiadł za kółko. Może i lepiej, bo chyba nie miałabym już sił psychicznych na tę ostatnią bitwę. Auto ruszyło bez najmniejszego problemu. Pan brawurowo wycofał do miejsca, w który auto nie miało już prawa ugrzęznąć. Zwycięstwo! Jednocześnie nie dowierzałam, że mi się udało. Że nie trzeba wzywać pomocy. Nie potrzeba traktora. Nic. :) Podziękowałam za pomoc i pomknęłam dalej. Oczywiście już inną drogą, którą też po ok. 500 metrach dotarłam do asfaltu. Znalazłam sklep, pożyczyłam ładowarkę, skontaktowałam się ze światem. Mogłam wrócić do domu, który był oddalony o ok. 130 km. 

Żałuję, że nie mam zdjęć, jak auto jeszcze stało w 'grajdole'. Wykrzesałam ostatki sił z zapasowego telefonu (który też był raczył się w zasadzie rozładować) i zrobiłam zdjęcia, tuż po wyjechaniu z tego pechowego miejsca. Prezentowało się to tak:

to widziałam przed sobą,


 a tak to wyglądało po obejrzeniu się do tyłu. Jak widać - zlikwidowałam całą muldę. :) W oddali widać uratowany samochód.


Co ciekawe - wracałam w towarzystwie Rodziców, którzy wyjechali mnie szukać. W jednym SMSie podałam im, przy jakiej wsi ugrzęzłam. Jednak - jak się okazało - wsi o tej nazwie w Puszczy Pyzdrskiej i jej okolicy jest więcej, toteż ich zadanie było utrudnione. Tym bardziej, że miałam wyłączony telefon i nie mogli mnie o nic zapytać. Na szczęście, po wydostaniu się z 'grajdołka', skontaktowałam się z nimi i spotkaliśmy się gdzieś na trasie. :)

Gdy wróciłam do Poznania, traf chciał, że jedyne sensowne miejsce, jakie znalazłam, to... miejsce obok Czerwonego. Parkując obok, prawie się rozpłakałam. Czerwony, gdybym to z Tobą pojechała, może nie przeżyłabym takiej przygody. Ty zawsze dawałeś radę...

Później dowiedziałam się, że ponoć w samochodzie był kombinezon, rękawice i... ładowarka. Cóż. Chyba lubię utrudniać sobie życie. Niemniej - następnym razem zabiorę ze sobą zestaw surwiwalowy. Tak na wszelki wypadek. ;)