Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Suchy Las. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Suchy Las. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Plan awaryjny.

Zaczęło się słabo. Bardzo słabo. Wręcz fatalnie...
Weekend miałam już w pełni zaplanowany. W głowie ułożone miejsca, w które podjadę, aby zrobić zdjęcia. Jedyne, co zostało mi do zrobienia, to zatankowanie samochodu i jego umycie. Ha! Nawet chwilę wcześniej podjechałam do sklepu po specjalne gąbki do mycia auta, puszkę PLAKa i... zestaw bezpieczników (tak na w razie 'wu'). :D

Ponieważ było jeszcze gorąco i zastosowanie preparatów na desce rozdzielczej oraz plastikach mogłoby źle na nie wpłynąć, postanowiłam najpierw załatwić kilka spraw. Pojechałam do kolejnego sklepu. Gdy wjeżdżałam na przylegający do niego parking, przypomniałam sobie, że chciałam tutaj kiedyś przyjechać, aby zrobić zdjęcia auta z panoramą miasta. Nie sądziłam, że jeszcze tego samego dnia zostanę wręcz zmuszona do zrobienia tych zdjęć...

Przyznaję - od kilku dni nie podobało mi się zachowanie auta, ale nie podejrzewałam, że to tak poważna sprawa...

Wróciłam z zakupów. Wsiadłam, odpaliłam, wycofałam... auto zgasło. Już w ciągu dnia spojrzałam na przebieg kilometrów i podejrzewałam, że gaz się kończy. Uznałam więc, że autku zaczynało brakować paliwa. Spróbowałam odpalić. Dał radę! Czyli to nie brak paliwa! No to jadę! Przejechałam kilkaset metrów i... zaczął się dusić! Ups! Nie utrzymałam go przy życiu. Zdechł. 😢Hmm... Może pomóc mu przełączeniem w benzynę? Nie lubię robić tego na postoju, ale sytuacja mnie zmusiła. Jednocześnie przybiegł do mnie jakiś młodzieniec z pytaniem, czy pomóc. "A nie, nie. Dziękuję. Chyba gaz się skończył i próbuję się przełączyć na benzynę. Zaraz powinnam odjechać..." i odpowiedziałam. Taaa....Tylko jakoś moja resuscytacja nie przynosiła spodziewanego efektu. Ponieważ blokowałam trochę przejazd, postanowiłam wysiąść i przepchnąć nieco auto. Tak - sama. Co to za problem przekulać ok. 900 kg? 😃 Nie pierwszy raz to robiłam. 😜 Co prawda tego dnia byłam w wąskiej, ołówkowej spódnicy i sandałkach na cienkich paskach, ale... No, co to za problem? Tylko kłopot w tym, że to samotne 'kulanie' mi się nie udało. Nie udało dlatego, iż... ledwo wystawiłam stopę z samochodu to... przybiegło ok. 5-6 mężczyzn. :D Nawet nie dali mi wsiąść z powrotem do samochodu, gdy ten już pędził dobre 10 km/h. :D Tyle... że nikt nim nie kierował. Zaczęłam wołać: "Panowie, stójcie! Panowie, moment. Nikogo nie ma w aucie!". Jednak byli w takim ferworze pomocy, że mnie nie słyszeli. Co mi zostało... Biegłam przy drzwiach kierowcy i w tych sandałkach i wąskiej spódnicy próbowałam wskoczyć do środka. Prawie nogi połamałam, ale... udało się. Wskoczyłam! A auto pędziło coraz szybciej... Tylko pojawił się kolejny problem. Panowie pchali auto, a ja... zastanawiałam się, co w takiej sytuacji należy uczynić. 😅 No, bo... No, bo.... wiecie. Mi się nigdy samochód tak nie popsuł. 😆 Jednak trybiki w głowie ruszyły... coś skojarzyłam, że muszę wrzucić drugi bieg. Ale co ze sprzęgłem? Gazem? Co tu wcisnąć? A może nic? Ratuuuunkuuu!
Obejrzałam się za siebie - jak mi tych mężczyzn było żal. Ale nic to - metodą prób i błędów... coś tam powciskałam i auto odpaliło! Ha! Cała dumna z siebie i moich pomocników zrobiłam rundkę po parkingu. Wszystkim serdecznie podziękowałam, zebrałam pochwały "ale fajny Wartburg!" i pojechałam dalej. Niestety - nie oddaliłam się zbyt wiele... Na wyjeździe musiałam podjechać do czytnika karty parkingowej. Gdy spod niego ruszyłam - auto znów zaczęło się dławić. Puzzel! Błagam! Nie teraz! Nie tutaj! Znalazłam się na wąskiej jednopasmówce stanowiącej jedyny wyjazd z parkingu. Zablokowałam wszystko. Zaczęłam znów desperackie próby odpalenia... Kierowca stojący za mną przyszedł pomóc. Jednocześnie przybiegł jeden z tych mężczyzn, którzy chwilę wcześniej mi pomogli. Przepchnęliśmy Puzzla. Powiedziałam, żeby odpuścili, bo to nie ma sensu. Wiedziałam, że auto już nie odpali. Za dobrze znam dźwięki, które Puzzel wydaje. Brakowało w nich jednej 'nutki'.

Oczywiście jeszcze przez chwilę wypróbowałam kilka 'magicznych' sposobów, dzięki którym zawsze udawało się odpalić auto, ale tym razem i  one zawiodły. Szczęście w nieszczęściu - jeszcze będąc w sklepie - korespondowałam ze znajomym. Nie miał pojęcia, gdzie jestem i co robię. Dokładnie w chwili, gdy zapytał, co porabiam, odpisałam: "Teraz mi auto umarło 😢. Właśnie utknęłam".

Po chwilowej "wymianie zdań" typu: "jakie były symptomy?", "podjechać?", przeczytałam tę najważniejszą: "Zara jestem".





W międzyczasie wyciągnęłam trójkąt ostrzegawczy (chwilę się z nim mocowałam, no bo nigdy nie usiałam go rozstawiać 😉) i pilnowałam, aby nikt nie 'zaparkował' mi w bagażniku. W końcu na horyzoncie zobaczyłam znajome auto. Uff... pomoc się zbliża!

Po wyjaśnieniu, co się dzieje z autem i kolejnych, bezskutecznych próbach odpalenia, zapadła decyzja o zholowaniu auta.


Tylko problem w tym, że... oboje nigdy tego nie robiliśmy. I znów los postanowił pomóc. Do znajomego właśnie zadzwonił nasz wspólny znajomy. Okazało się, że akurat był w okolicy. Po chwili, już w trójkę, debatowaliśmy nad Puzzlem. Zapadła decyzja. Panowie obsłużą holowany zestaw, a ja poprowadzę trzecie auto. Fajno o tyle, że wsiadłam za kółko auta, którego jeszcze nie miałam na swojej liście 'zaliczonych'. 😉

Niemniej - było mi dziwnie i smutno widząc przez sobą moje autko z trójkątem ostrzegawczym wstawionym za tylną szybą. Na szczęście holowanie zakończyło się sukcesem i Puzzel trafił w bezpieczne miejsce. :)

No, ale co z weekendem? Wszystkie plany szlag trafił. Zastanawiacie się, dlaczego nie podjęłam próby naprawy? Był piątkowy wieczór. Nie było ani możliwości, ani czasu, aby podskoczyć do sklepu z częściami. Do tego traf chciał, że moi mechanicy byli w tym czasie poza granicami kraju.

Zaczęłam kombinować. Analiza rozkładów jazdy, przegląd tras przejazdów autobusów, które miałam fotografować w weekend, telefony do organizatora. Umawianie, uszczegóławianie, ekscytacja! Decyzję podjęłam następnego dnia. Jadę!

Wiedziałam, że czeka mnie niełatwe zadanie. Znam dobrze realia tamtego terenu i wiedziałam, że jak tylko nie uda się choćby jeden punkt planu, posypie się cała reszta, ale... jak to mawiają: "kto nie ryzykuje, w Rawiczu nie siedzi". 😉

Na szczęście zawczasu otrzymałam numer telefonu do kierowcy. To był mój plan awaryjny. Mogłam wyruszyć w teren. 😃

Najpierw dojechałam komunikacją miejską na Szymanowskiego, aby tam przesiąść się do autobusu mojego ukochanego przewoźnika. Ten z kolei zawiózł mnie do Suchego Lasu. Udało się zaliczyć początkowy etap planu, a wbrew pozorom - mógł się nie udać. Ostatnio poznańskie MPK boryka się z brakami kadrowymi i obawiałam się, że kurs mojego tramwaju wypadnie. No, ale... miałam szczęście. 😃

Do Suchego Lasu dotarłam ze sporym zapasem czasowym. Chciałam upewnić się, którą drogą będzie mógł pojechać autobus. Generalnie pamiętałam, jaki tonaż jest na niektórych uliczkach, ale wolałam sprawdzić, że nic się w tym temacie nie zmieniło. Wtem usłyszałam telefon. Zadzwonił organizator.  Dowiedziałam się, że autobus jest już stosunkowo niedaleko. Skontaktowałam się z kierowcą, aby doprecyzować, którędy pojedzie. Przy tej okazji dowiedziałam się też, że będzie miał przed sobą pilota w jakimś samochodzie osobowym. Nie pozostało mi nic innego, jak zajęcie miejscówki i oczekiwanie zestawu pojazdów. Spodziewałam się, że osobówka będzie jakimś współczesnym wynalazkiem, aż tu nagle... zza zakrętu... pojawił się "maluch". Od razu wiedziałam, że to oni! Jadący z tyłu autobus upewnił mnie w moich przypuszczeniach. Z wrażenia zapomniałam, jaki kadr sobie upatrzyłam. 😄 Poza tym odstęp między pojazdami sprawił, że musiałam zmienić ogniskową, aby móc wszystko sfotografować. Ale jakoś się udało ➜ klik. 😊

Nastąpił jeden z trudniejszych punktów planu. Skoro zrobiłam zdjęcie autobusu, to musiałam się do niego dostać. On miał później pojechać do Poznania. Gdybym nie zabrała się na jego pokładzie, to musiałabym wrócić do Poznania przy pomocy komunikacji miejskiej. No, a Suchy Las to nie Poznań. Tutaj autobusy nie kursują co 15 minut. 😉 Na szczęście udało się! Znalazłam się na pokładzie "ogórka" ➜ klik.

Gdy nastąpił moment, że trzeba było udać się do Poznania, udało mi się zająć w autobusie najfajniejsze miejsce, czyli fotel pilota. 😁 Uczyniłam tak, gdyż nie sądziłam, że wśród pasażerów będzie ktokolwiek tak znający, jak ja, topografię dostosowaną do gabarytów autobusu. Na dodatek dzień wcześniej ułożyłam sobie w głowie trasę dla "ogórka".

Ruszyliśmy. Okazało się, że pewien starszy Pan również będzie pilotował. Z racji wieku oraz mojej gościnnej obecności na pokładzie autobusu, ustąpiłam Jemu w tej roli. Jednak cały czas byłam w pogotowiu i kontrolowałam, czy dobrze jedziemy. Do momentu wjechania do Poznania wszystko przebiegało dobrze.


Jednak, gdy znaleźliśmy się na Alejach Solidarności, pilot zaczął zastanawiać się, jak pojechać dalej, gdyż przed chwilą przypomniałam Jemu, że musimy zajechać przed hotel (tfu, przed akademik - wciąż nie mogę przyzwyczaić się do zmiany) z odpowiedniej strony.


Zasugerowałam moje rozwiązanie. Spojrzał na mnie. Widziałam, jak w oczach 'wyświetlił mu się' plan miasta i zaczął się zastanawiać... "Tak? Tak! Dobrze Pani podpowiada!". "Pff, wiadomo. To mój fyrtel" - pomyślałam. 😉

Zajechaliśmy przed akademik.


Tam czekał już drugi "ogórek" ➜ klik. Szybka seria zdjęć i ustalanie dalszych szczegółów. Znajomy miłośnik miał w planie pobiec w jednym kierunku, a ja w drugim. Oboje mieliśmy sporo do przebiegnięcia. On udał się na wzgórze św. Wojciecha i stamtąd planował dostać się na ul. Mostową. Ja z kolei postanowiłam dobiec na skrzyżowanie ul. Kościuszki z ul. św. Marcin. Podbiegnięcie pod górę, z ciężką torbą fotograficzną na ramieniu, stanowiło dla mnie spore wyzwanie. Tym bardziej, że nie wiedziałam, jak szybko autobusy pokonają wcześniejszy odcinek trasy. Na szczęście na miejsce dobiegłam... 10 minut przed nimi. 😋

Gdy zrobiłam im zdjęcie ➜ klik, zaczęła się dalsza walka z czasem. Musiałam (tym razem już przy pomocy komunikacji miejskiej) dotrzeć na ul. Szewską. Gdy wysiadłam z tramwaju na przystanku Małe Garbary i pobiegłam na ww. ulicę, na jej drugim końcu zauważyłam już skręcające w nią "ogórki". Co za synchronizacja! Tylko, że ja chciałam w tym momencie być na skrzyżowaniu z ul. Woźną, a znalazłam się na skrzyżowaniu z ul. Stawną. 😐 Trudno. 😒 Trzeba improwizować! 😃

Łatwo nie było. Dbanie o to, aby sobie wzajemnie nie wchodzić w kadr. Do tego wszędobylskie samochody i piesi. Ale co się dziwić - tuż obok znajduje się Stary Rynek. Jednak udało się coś na szybko wykombinować. Ba! Przypomniałam sobie o istnieniu pewnego muralu. ➜ klik.

Dalej już było nieco łatwiej.


Udało się kawałek trasy pokonać na pokładzie autobusu, ale później znów czekał nas sprint. Przyznaję - nie dawałam już rady biec. Byłam odwodniona i brakowało mi energii. Wszak tego dnia panował upał. Niestety, nie było czasu na zrobienie szybkich zakupów, a specjalnie nie zabrałam niczego z domu, aby nie dociążać torby. Mimo to wycisnęłam z siebie resztki sił i dogoniłam ekipę. Na szczęście dalszy odcinek trasy pokonaliśmy znów na pokładzie autobusu.

Z perspektywy czasu nawet się cieszę, że... zabrakło Puzzla. Tak, tak - dobrze przeczytaliście. W zasadzie samochód był mi potrzebny, aby zrobić zdjęcia autobusu zanim dojechał do Suchego Lasu. Siłą rzeczy - musiałam z tego zrezygnować. Nie żałuję, że zdecydowałam się dojechać komunikacją do samego Suchego Lasu. Wszak - okazja sfotografowania tam tak zabytkowego autobusu w zasadzie... nigdy się nie zdarzyła. Cieszę się, że mogłam w tym uczestniczyć. Dziękuję więc za zaproszenie i wspaniałą współpracę!

Natomiast, co do sytuacji z Puzzlem - miło żyć ze świadomością, że w chwili potrzeby mam na kogo liczyć. Panowie - dziękuję! 😃😊

czwartek, 3 marca 2016

Boogie-woogie.


Skoro ostatnio przybliżyłam Wam temat spektaklu wystawionego na scenie CKiPB w Suchym Lesie -> klik, to teraz chciałabym podzielić się opisem koncertu -> klik, który miałam okazję zobaczyć na początku stycznia. Tak, tak - wiem. Jestem niezwykle na bieżąco. ;) Ale - do rzeczy.

W przeciwieństwie do ww. spektaklu, w kwestii tego koncertu zdecydowanie lepiej się przygotowałam. Idąc na koncert lubię wiedzieć, że będzie to uczta dla mojej duszy. Muzyka jest dla mnie niezwykle ważna, więc decydując się na przeżycie czyjegoś występu artystycznego, chcę wiedzieć, że nie będzie to zmarnowany czas. 

Przyznaję szczerze - dopóki na stronie CKiPB w Suchym Lesie nie pojawiła się informacja o tym koncercie i artyście, który będzie na nim występował - nie miałam pojęcia o istnieniu tego człowieka. Poświęciłam więc kilka godzin (!), szperając w Internecie, aby go poznać.

Zacznę od najważniejszego, czyli strony oficjalnej -> klik. Z niej dowiecie się, że Pan Maciej Markiewicz, bo to o nim mowa, jest nie tylko pianistą, ale również malarzem. Przeglądając różne materiały, natrafiłam również na informację, że związany jest on z... powiatem obornickim. Jakże mi się w tym momencie miło zrobiło. Wszak, tak bardzo lubię bywać na zdjęciach w tamtych rejonach...

Obejrzałam też kilkadziesiąt filmików, na których można podziwiać grę Pana Macieja. Od razu zauważę najważniejszy fakt - specjalizuje się on w graniu boogie-woogie. Jest to specyficzna muzyka. Nie każdemu odpowiada. Niemniej - uznałam, że faktycznie świetnie wpisuje się w tematykę koncertu noworocznego.

Podlinkuję Wam kilka najciekawszych filmików (cobyście nie musieli spędzić nad tym tylu godzin, co ja ;) ):
1) muzyka zobrazowana dziełami Pana Macieja -> klik,
2) Pan Maciej swego czasu grał wraz z Panem Markiem Gidaszewskim w duecie M2. Oto jedno z nagrań z tego okresu -> klik,
3) pomijając rozstrojony fortepian - to jest świetne. Szczególnie, jak dołącza drugi muzyk... Słyszycie w pewnym momencie hasło: "pociąg"? Tutaj znów dedykacja dla Marcina. ;) -> klik, 
4) tym filmikiem jestem najbardziej oczarowana, a dokładniej - zaprezentowaną w nim kompozycją o nazwie "Świt". Czy słuchając tego, też macie w oczach obraz wschodzącego słońca przy nieco zamglonym powietrzu, śpiewające w tle ptaki, powiew ciepłego powietrza i otulenie jedwabiem, aksamitem, bądź czymś równie mięciutkim? Leżycie w łóżku i patrzycie przez okno, widząc to wszystko, czując... -> klik.
5) dzisiaj jeszcze trafiłam na to. Benefis uwielbianego przez mnie Pana Zbigniewa Wodeckiego - jaki ten świat jest maleńki! -> klik.

Wypadałoby, abym w końcu zrelacjonowała koncert, prawda? Do dzieła więc! A rozpoczął się on nietypowo. Pan Maciej podszedł do mikrofonu i... w przejmujący sposób opowiedział o człowieku, który zmarł dosłownie 3 dni wcześniej. Najpierw nie kojarzyłam, o kim mowa. Później przypomniałam sobie, że chyba go nawet raz widziałam w centrum Poznania. Jednak to i tak niewiele. Nie moja 'branża'. Niemniej - podziwiałam, że Pan Maciej poświęcił sporą chwilę na przybliżenie tej postaci, na opowiedzenie kilku anegdot. Było to wzruszające. Przykre jest tylko to, że media relacjonujące koncert zupełnie pominęły ten wątek. Na szczęście ja tam byłam i Wam to przekazuję. :)


Wspomnianą w czasie koncertu osobą był Pan Tadeusz Lis, uliczny grajek. Wiele osób znało go pod  pseudonimem Mandat. Skąd taka nazwa? Kliknijcie tutaj -> klik. Chcecie posłuchać tego Pana? Proszę bardzo -> klik. A wyobrażacie sobie jazdę takim pociągiem? -> klik. Czy jest to wybitne? Nieistotne. Ważne, że płynęło z serca i było śpiewane z pasją. :)

Cieszę się, że zabrałam aparat fotograficzny. Siedziałam dość daleko od sceny, więc zrobienie zdjęć stanowiło pewne wyzwanie, ale od czego jest teleobiektyw, nieprawdaż? :) Dzięki temu mogę zaprezentować Wam małą fotorelację.

03.01.2016 r., Suchy Las, sala widowiskowa Centrum Kultury i Biblioteki Publicznej w Suchym Lesie.


W pewnym momencie na scenie zebrał się mały tłum. Do Pana Macieja dołączył perkusista - Pan Ryszard Janusz. Połączenie tych dwóch instrumentów - fortepianu i perkusji... Mmm... Jeszcze tylko gitarzysty zabrakło - wówczas byłabym wniebowzięta. :)

Później Pan Maciej znów mnie zaskoczył. Dając szansę młodszemu pokoleniu, wprowadził na scenę drugiego pianistę. Dzięki temu świat usłyszał o Panu Oskarze Stabno, którego pozostawiono sam na sam z publicznością. 

Patrząc na miny Panów, można odnieść wrażenie, że mówią coś w rodzaju: "No, to my zrobimy sobie małą przerwę, a Ty przez ten moment zabawiaj Państwa".


W niedługim jednak czasie Pan Maciej powrócił na scenę i obaj Panowie zagrali w duecie. Przy tej okazji udało mi się zrobić kilka zabawnych zdjęć.




Tak prezentował się układ instrumentów na scenie. Żałuję, że nie siedziałam bliżej, to by mi głowy innych osób z widowni nie zasłaniały widoku. Choć z drugiej strony - dodaje to autentyczności i klimatu temu zdjęciu. :)


Tym razem zabraknie zdjęcia Czerwonego. Po wyjściu z koncertu próbowałam go jakoś uwiecznić na tle CKiPB. Jednak było tak zimno, że nie byłam w stanie utrzymać dłużej aparatu. Ręce trzęsły mi się z zimna. Wyszły więc jakieś niedoświetlone muźgi, tak więc odpuszczam sobie publikowanie ich. Niemniej zapewniam - Czerwonego tam nie zabrakło. :)

Polecam też reportaż z koncertu, który znajdziecie tutaj -> klik.
Fotorelacja przygotowana przez redaktor naczelną Gazety Sucholeskiej -> klik.

sobota, 27 lutego 2016

Kontemplacja.

Byłam dzisiaj na spektaklu pt. "Seks dla opornych". Słyszałam o nim sporo. Wiele osób polecało. Postanowiłam więc wybrać się osobiście i sama ocenić. Zapakowałam się do Czerwonego i pognałam do Suchego Lasu (spektakl zaprezentowano na scenie tutejszego Centrum Kultury).

Przyznaję, że nie zagłębiłam się wcześniej w tematykę. Poszłam na tzw. żywioł. Wystarczy fakt, że spektakl był tutaj wystawiany po raz 31. (hihi - odwrotność liczby 13)!

Gdy pojawiłam się w Centrum Kultury, publiczność już zajęła większość miejsc. Nie miałam więc żadnych szans, aby usiąść gdzieś z przodu. Zajęłam więc miejsce z tyłu. Sala zapełniła się po brzegi. Zgasło światło. Spektakl się rozpoczął. Historia przedstawiona na scenie opowiadała o małżeństwie z 25-letnim stażem, w które wkradła się już rutyna, codzienność, szarość. Alice, żona Henry'ego, postanowiła ożywić związek. W tym celu wynajęła pokój w luksusowym hotelu i zaprosiła do niego swojego męża. Tam, ślęcząc nad poradnikiem "Seks dla opornych", oboje próbowali zrozumieć sens tego, po co tam się spotkali. Wiele sytuacji było okraszonych żartem, który miał ukryte drugie dno. Wybuchaliśmy śmiechem. Było zabawnie, momentami aż do łez. Więcej szczegółów nie opiszę, aby nie odbierać przyjemności tym, którzy postanowią wybrać się na to przedstawienie.

Muszę jednak przyznać, że wiele dialogów uderzało w czułe miejsca. Zastanawiałam się, ile osób ze zgromadzonych na sali, weźmie sobie do serca usłyszane słowa.

Skąd przemyślenia u mnie? Pomijając moje różne miłosne historie, ostatnimi czasy sporo słucham opowieści moich znajomych/przyjaciół/rodziny. Gdzie człowiek się nie obejrzy to zdrady/rozwody/rozstania. Co jest tego przyczyną? Trudno to ująć w jedno zdanie. Uważam, że najczęstszym problemem jest... nieumiejętność szczerej rozmowy z drugą połową. Brak rozmowy powoduje nierozwiązywanie problemów na bieżąco. To z kolei doprowadza do nawarstwienia spraw. Nie rozmawia się też o swoich pragnieniach, bądź nie egzekwuje się ich. Gdy człowiek w końcu to pojmuje, jest już za późno. Wszystko się rozpada... Ten problem też został poruszony w spektaklu.

Kolejną kwestią jest pogoń za dobrami materialnymi. Szukamy dobrej pracy, zarabiamy górę pieniędzy i co? I któregoś dnia budzimy się i ze zdziwieniem stwierdzamy, że nie znamy naszych najbliższych. Nie znamy ich potrzeb. Tak bardzo byliśmy skupieni na gromadzeniu majątku, że nie mieliśmy czasu dla najbliższych. To z kolei sprawiło, że z nimi nie rozmawialiśmy, czyli... wracamy do tego, co poruszyłam w poprzednim akapicie. Zagadnienie to również zostało przedstawione w historii o Alice i Henry'm.

Z kolei, dodając to już od siebie, mogę napisać, że warto też zwrócić uwagę, spod jakiego znaku zodiaku jest nasza druga połowa. Przyznam, że nie wierzyłam wcześniej w horoskopy. Jeśli już, to wyznawałam 'kult' magii imion. Polega on na tym, że uważa się, iż osobę o danym imieniu określają konkretne cechu charakteru. Mam nawet książkę, która przybliża ten temat.

Jednak w wyniku rozmów z kilkoma osobami i dokonaniu wielu obserwacji, doszłam do wniosku, że coś w tych horoskopach jest. To mi pomogło lepiej zrozumieć samą siebie. Niestety jestem zodiakalnym Strzelcem. Dlaczego niestety? Mój znak narzuca mi cechy, które mnie samą czasami denerwują. Z drugiej strony - co ja za to mogę, że gwiazdy tak mną kierują? ;) Sami poczytajcie -> klik. Nie raz wspominałam Wam, że miałam szczęście, iż przytrafiła mi się jakaś przygoda? Prawda? Uwielbiam przestrzenie - dlatego wolę fotografować autobusy poza miastem, niż w jego centrum. Uwielbiam jazdę na rowerze. Najlepiej poza miastem. ;) To z kolei dowód na to, że kocham wolność. Jeśli jesteście wrażliwi - lepiej nie pytajcie mnie o moje zdanie. Walę prosto z mostu, co sądzę na dany temat. I naprawdę nie wiem, dlaczego sugeruje się, że byłabym dobrym instruktorem samochodowym, bądź podróżnikiem. Hhmm... czy ja lubię odpoczywać aktywnie? Dobrze - to było pytanie retoryczne. ;) Rozbawił mnie też fragment o wyścigach samochodowych, jeździe konnej i strzelaniu. Wszystkiego już z tej listy w życiu spróbowałam. :D Zgadzam się z 95 % opisu, który znajdziecie w podlinkowanej stronie. Podobnie z resztą jak tutaj -> klik.
"Strzelce są zdolne do autoinspiracji i automotywacji". Czy ten fragment muszę w ogóle komentować? :D
Zgodnie z horoskopem najłatwiej dogaduję się z: Baranem, Lwem, Wagą, i Wodnikiem. I wiecie co? To jest święta prawda! Najlepszym tego dowodem są... moi Rodzice. ;) Jednak swoje zdanie w tej sprawie opieram też na obserwacji większej grupy osób spod tych znaków.

Wracając do tematu zwracania uwagi na łączenie się w parę z osobą z 'odpowiedniego' znaku zodiaku, warto kliknąć tutaj -> klik.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że takie dopasowanie nie gwarantuje udanego związku. Wszak na naszą osobowość składa się tysiące innych rzeczy. Jednak mając choć ogólną wiedzę o cechach zodiakalnych, można łatwiej zrozumieć drugą osobę. Ostatnio spotkałam kilka osób, które wykazują 95% cech swojego znaku zodiaku. Jest mi teraz łatwiej zrozumieć (choć nie oznacza to, że zgadzam się z nim) ich światopogląd, wiedząc jaki znak ich reprezentuje. To jest niesamowite!

To się rozpisałam na zupełnie inny temat... Autoinspiracja, tak? ;) Wracając do tematu spektaklu i łącząc go z podlinkowanymi stronami, podaję ciasteczko chińskie na dzisiaj: "Żadna ziemska rozkosz, ani szczęście w niebie nie jest warte nawet szesnastej części szczęścia, które daje zniweczenie pragnień".

Wyszłam naładowana takimi emocjami, iż czułam, że muszę to jakoś odreagować. Burza myśli, tysiące wspomnień, pytań kłębiących się w głowie. Najpierw podjechałam w miejsce, które jest swoistym połączeniem moich dwóch światów (kolejna cecha Strzelców ;) ). Dotychczas nie przepadałam za tą ulicą. Jest ona wykorzystywana przy okazji rajdów rowerowych (przebiega tędy żółty szlak). Jednak ja prawie zawsze wolałam korzystać z równoległej ul. Stróżyńskiego. Powód? Na tej drugiej jest asfalt. Ciągle gdzieś mi śpieszno, więc skorzystanie z lepszej nawierzchni jest w takich sytuacjach w pełni uzasadnione. Ale... od dłuższego czasu stwierdzam, że chyba się starzeję. Spowalniam. Nie mam ochoty się spieszyć. Bo i po co? Życie jest tylko jedno. Krótkie. Warto się nim nacieszyć. Powoduje to, że coraz częściej wybieram drogi gruntowe. Dzięki temu docieram do malowniczych miejsc, mam czas na refleksję. Jedną z takich dróg stała się dla mnie ul. Deszczowa. Choć w całości znajduje się na terenie Poznania, to jednak dla mnie jest ona łącznikiem między tym miastem a Suchym Lasem. Przyjechałam więc tutaj Czerwonym, aby porozmyślać chwilę o tych moich dwóch światach. Było ciemno. Mój szerokokątny obiektyw nadal jest naprawiany, więc zdjęcie mogłam zrobić jedynie telefonem. Światła, które widać w tle to bloki i latarnie na Piątkowie. Przód Czerwonego został oświetlony przez inny samochód, który właśnie pokonywał skrzyżowanie znajdujące się za mną.


Poznań, ul. Deszczowa.

Jednak tych medytacji było mi mało. Do tego czułam, że tak jakoś wewnętrznie roznosi mnie energia. Znałam już to uczucie i wiedziałam, jak mogę sobie z nim poradzić. Wsiadłam więc do Czerwonego, uruchomiłam silnik i pojechałam dalej. Przez Morasko, Naramowice, Zawady i Rataje pognałam do... Kórnika. Dlaczego tam? Między nim a Poznaniem znajduje się droga ekspresowa. Uwielbiam ją pokonywać. Pozwala ona na podróż z większą prędkością. Jednocześnie nie jest tak nudna, jak autostrada. Górki, dolinki, zakręty... Noga szybko zaczyna ciążyć na pedale gazu... Człowiek nawet nie zauważa, kiedy pokonuje te ok. 20 km. Dopiero wjazd do Kórnika otrzeźwia nieco umysł. Wszak w mieście trzeba zwolnić do 50 km/h. Tym bardziej, że na samym wjeździe do miasta znajduje się komenda Policji. ;)

Podjechałam na rynek, aby zrobić zdjęcie z ratuszem w tle. Specjalnie zaparkowałam tak, żeby lampa zamontowana w ziemi oświetliła przód Czerwonego. Po tej małej sesji... po prostu wsiadłam do samochodu i pognałam w drogę powrotną. Gdy tak pędziłam ekspresówką, nagle w lusterku wstecznym zauważyłam jakiś niesamowicie szybko zbliżający się pojazd? UFO? Nie. Może Policja mnie goni? Nie. Jednak obiekt na tyle mnie wystraszył, że profilaktycznie zwolniłam. Chwyciłam kierownicę mocno w ręce i czekałam... Przygotowałam się w ten sposób, bo czułam, że pęd powietrza, który się wytworzy podczas wyprzedzania mnie, może zachwiać mój tor jazdy. I nagle... świssssssssssssssssst. Zatrzęsło Czerwonym. Na szczęście nie zmiotło mnie z mojego pasa. Nawet nie zdążyłam spojrzeć, jakiej marki był tamten samochód. Mogę jedynie podać, że jechał spokojnie z 250 km/h. :-O Chwilę później widziałam, jak mrugając 'długimi' światłami, dał do zrozumienia innym użytkownikom drogi, że "mają spływać". Ja zwolniłam jeszcze bardziej. Nie wystraszyłam się. Po prostu znów pomyślałam, że po co my wszyscy w tym życiu tak pędzimy?

Kórnik, rynek.

piątek, 26 lutego 2016

Pociąg.

Tytuł wpisu dedykuję Marcinowi, który kiedyś nagrał niezwykle poruszający film o pociągu. Od tamtego czasu wyraz "pociąg" nabrał bardziej kontemplacyjnego znaczenia. ;)

No, dobrze, a co Czerwony ma wspólnego z pociągiem? Dowiecie się, jak przeczytacie opis mojej kolejnej wyprawy. Jednak najpierw cofnę się nieco w czasie.

Od wielu lat przyglądałam się temu pojazdowi. Od wielu lat stał w tym samym miejscu. Nigdy nie widziałam go w ruchu, aż... Dokładnie na dzień przed moim egzaminem na prawo jazdy kat. D zobaczyłam go. W ruchu! Po ręką miałam tylko telefon, więc zdjęcie jest mało wybitne, ale jakie to ma w tym momencie znaczenie? Dobrze, że akurat trafiłam na czerwone światło. Normalnie nie dowierzałam. Co więcej - uznałam to za dobry znak. Stwierdziłam, że skoro po tylu latach obserwacji spotkałam tego Ziła w ruchu - to musiał być znak. Uznałam, że to oznacza, iż następnego dnia zdam egzamin. Jak już wiadomo - moja przepowiednia sprawdziła się. :)


28.05.2015 r. Poznań, ul. Garbary.


Nie wspomniałam o tym wątku wcześniej, gdyż chciałam najpierw zrobić wspólne zdjęcie z Czerwonym - w miejscu, w którym na co dzień można spotkać tę ciężarówkę. Zajęło mi to pół roku, ale w końcu mogę napisać: tadaaa!

17.01.2016 r., Poznań, ul. Naramowicka.


Co ciekawe - na kursie na autobus często przejeżdżałam 'moim' czerwonym MANem obok tego pojazdu. Instruktor zawsze mi przypominał o lusterkach, abym, broń Boże, nie zahaczyła. ;) Na egzaminie też tędy pomykałam Autosanem...

Wystarczy tych sentymentów. Wróćmy do mojego Wartburghini. :) Skoro już ruszyłam Czerwonego na wycieczkę, postanowiłam podjechać nim w miejsce, które odkryłam tej zimy.

W 2015 r. była planowana tutaj wycieczka Ikarusem. Punktem kulminacyjnym miał być fotostop tego autobusu na tle estakady kolejowej. Niestety, impreza nie wypaliła. Na szczęście mam swój zabytkowy pojazd i nie muszę się na nikogo oglądać. :P 

Najpierw objechałam ten teren na rowerze. Jak już odkryłam, jak dojechać tutaj samochodem - przyjechałam Czerwonym. Autko ustawiłam w odpowiedni sposób i zaczęłam sesję. Było mroźnie. Na szczęście nie padało. Dookoła cisza. Można było kontemplować i upajać się spokojem.


Aż tu nagle... Coś zaczęło szumieć. Od razu pomyślałam, że to może jakiś pociąg się zbliża, bo dźwięk był co najmniej nietypowy. Nie chciałam jednak uwierzyć w swoje szczęście. To przecież niemożliwe, żeby akurat teraz pociąg stukotał po torach. Do tego wiatr się wzmógł i zaczął sypać śnieg. Nie za dużo tego wszystkiego na raz? :D

Dźwięk się nasilał. Po jego rozchodzeniu się w przestrzeni oceniłam, że to na pewno pociąg i uznałam, że jedzie w moim kierunku. Spojrzałam na górę - ha, ha, ha. Jedzie! Nie ukrywam, że zgodnie z zasadami fotografii komunikacyjnej, sknociłam to zdjęcie. Nie robiłam zdjęć seryjnych (ach, te przyzwyczajenia z fotografii analogowej), a na tym kadrze, który Wam prezentuję - lokomotywa 'wjechała' w słup. Na swoją obronę mam tylko to, że wiatr 'zmroził' mi palce i moja reakcja w temacie wciśnięcia spustu migawki była opóźniona. Nie zmienia to faktu, że miałam niesamowitego fuksa. Z tej estakady korzystają jedynie pociągi towarowe. Składy osobowe pojawiają się tutaj przy okazji jakiś imprez komunikacyjnych, czyli raz na ruski rok. Bez znajomości rozkładu jazdy pociągów towarowych, nie ma co liczyć na zdjęcie z pociągiem. Naprawdę miałam szczęście. :)


Ogarnąwszy temat estakady, zapakowałam się do samochodu i pomknęłam dalej. Kolejnym celem był... Trabant. Wypatrzyłam go jakiś czas temu. Stoi on w Suchym Lesie. Biedaczek wrósł się nieco w teren. :(
Odkryłam go też przez przypadek. Niedawno w tym rejonie był wytyczony objazd dla autobusów. Przy okazji poznałam kilka uliczek, o których istnieniu wcześniej nie wiedziałam. Krążąc po nich i 'rozkminiając' kolejne połączenia drogowe, moją uwagę odwrócił właśnie ten Trabant. Wcześniej nie miałam czasu, aby zatrzymać się koło niego. Skoro więc teraz znalazłam chwilkę na zrobienie sesji Czerwonemu...



środa, 27 stycznia 2016

Trockenwald.

W poprzednim wpisie rozpoczęłam opisywanie walorów gminy Czerwonak. Tym razem chciałabym poświęcić kilka słów gminie, z którą moja osoba jest szczególnie kojarzona. Oczywiście chodzi o gminę Suchy Las. 

Mój pierwszy, w pełni zapamiętany, kontakt z tymi terenami miał miejsce jeszcze w czasach, gdy chodziłam do szkoły podstawowej. Moja ówczesna przyjaciółka zaprosiła mnie na działkę swoich rodziców. Działka znajdowała się w Jelonku. Pamiętam, jak dziś, że rodzice przyjaciółki zawieźli nas tam swoją Škodą Favorit. To auto miało lakier w kolorze... No, właśnie... nie mogę sobie przypomnieć nazwy fabrycznej, ale było to coś w rodzaju: "kamień księżycowy". Przyznam, że Favoritka wywołała wówczas na mnie takie wrażenie, że... obiecałam sobie, iż w życiu nie pozwolę, aby moi Rodzice kupili taki wynalazek. Tej obietnicy dotrzymałam, jednak życie płata figle. Kilka lat temu na jakiś czas stałam się kierowcą Favoritki, ale... o tym wspomnę przy innej okazji.

W 1998 r. na sucholeskim cmentarzu został pochowany mój dziadek (babcia dołączyła do niego 9 lat później). Do dzisiaj mnie to zastanawia, dlaczego tak się stało. Dziadkowie nie mieli nic wspólnego z Suchym Lasem, a jednak los właśnie tutaj zapewnił im wieczny odpoczynek... Przypadek?

Kolejny ważny moment to rok 1999. Wówczas moja rodzina związała się z tą gminą 'na papierze'. Później (około 2005 r.) zostałam miłośniczką komunikacji. Zaczęłam fotografować sucholeskie autobusy. W większości przypadków spotykałam się z pozytywnymi reakcjami kierowców. Również osoby zarządzające firmą z uśmiechem na twarzy podchodziły do tego, co robię. Z biegiem lat, po odbyciu wielu podróży po kraju i Europie, uznałam, że tutejsza społeczność jest najsympatyczniejszą z tych, które udało mi się poznać. Stąd też pokochałam ZKP Suchy Las. W wolnym czasie staram się uwieczniać na matrycy aparatu wszystkie ważne momenty w dziejach firmy. Co z tego mam? Satysfakcję, że w ten sposób współtworzę historię. Uwieczniam zagadnienia, o których mało kto słyszał. Znalazłam swoją niszę.

Oczywiście nie ograniczam się tylko do jednej tematyki. Uczestniczę w rajdach rowerowych, które są już stałym punktem w kalendarzu rowerzystów. Rajd im. Wojciecha Bogusławskiego, Rajd Herbowy, Pieczona Pyra - jednym tchem mogę wymienić te najważniejsze. Każdy ma swój klimat, każdy propaguje inne zagadnienie, każdy jest dla mnie ważny. Na rajdzie Bogusławskiego zawsze wypatruję, jakie atrakcje tym razem zapewni Centrum Kultury. Są koncerty, przedstawienia, pokazy tańców, wystawy. Co roku coś nowego, fascynującego. Prawdziwy raj dla fotografa. Na Herbowym mogę wykazać się wiedzą o gminie. Z kolei na Pyrze jest okazja do wzięcia udziału w konkursach sprawnościowych. Można porozmawiać ze znajomymi i podsumować rowerowy rok. Nie ukrywam, że często staram się na jednym zdjęciu połączyć wszystkie te zagadnienia. Oto kilka efektów:

Rajd im. Wojciecha Bogusławskiego -> klik

Rajd Herbowy -> klik

Lubię także poznawać walory przyrodniczo-krajobrazowe tych okolic. Swego czasu promowałam je na nieistniejącym już dzisiaj portalu "tutej.pl". Jedyną pozostałością po tamtej aktywności jest mój artykuł, skopiowany przez interię. Można się z nim zapoznać tutaj -> klik. Zdaję sobie sprawę, iż nie są to wyżyny dziennikarstwa. Mimo to ten tekst zainteresował wiele osób, które dotychczas nie miały pojęcia o istnieniu tak ciekawego rezerwatu. Chyba nie muszę dodawać, że jest to jedno z moich ulubionych miejsc spacerowych? :)

W miarę możliwości staram się brać udział w uroczystościach odbywających się na terenie gminy. Do najważniejszych zaliczam: rocznicę wybuchu II wojny światowej oraz święto niepodległości. Ta pierwsza odbywa się w Łagiewnikach (dawnej wsi, która została wchłonięta w teren poligonu Biedrusko). Tutaj jest zawsze skuteczny wabik dla mnie. Część uczestników przyjeżdża na pokładach autobusów ZKP Suchy Las. W tej sytuacji nie może mnie tam zabraknąć. Ktoś przecież musi to sfotografować. ;) Nawet stworzyłam na TWB tag, pod który wrzucam zdjęcia z tego wydarzenia (oczywiście mam zdjęcia z innych lat, ale ich jeszcze nie opublikowałam) -> klik.

Natomiast ta druga uroczystość ma miejsce przy figurze NMP w Golęczewie. Prawie co roku temu wydarzeniu towarzyszy  rajd rowerowy, gdzie na mecie czekają m.in. rogale marcińskie. Mniam. ;) Dowód, że tam bywam? Proszę bardzo -> klik. Ta nieśmiała nimfa w 2:36 to ja. ;)
Chcecie być na bieżąco z informacjami dotyczącymi gminy? Przyznam, że jeden link nie załatwi sprawy. Zacznę więc od najważniejszego -> klik. Pod nim kryje się najistotniejsza strona o gminie. Znajdziecie tam mnóstwo dalszych odnośników. Nie wskazuję niczego więcej, gdyż sami będzie wiedzieli najlepiej, czego chcecie się jeszcze dowiedzieć.

Na terenie gminy wydawane są dwie gazety. Za najważniejszą uważana jest "Gazeta Sucholeska" -> link. Drugim istotnym pismem jest "Sucholeski. Magazyn mieszkańców gminy" -> klik.
Gmina ma nawet swoją telewizję -> klik.
Jeżeli chcecie poczytać trochę opinii samych mieszkańców i osób mających wpływ na to, co dzieje się w gminie, zajrzyjcie tutaj -> klik.

Nie mogę też nie wspomnieć o Centrum Kultury i Bibliotece Publicznej w Suchym Lesie -> klik. Tym bardziej, że ostatnimi czasy coraz częściej zapoznaję się z ich ofertą. Ale o tym napiszę w kolejnym wpisie. :)

W Suchym Lesie są także: Gminny Ośrodek Kultury oraz Park Wodny Octopus, jednak pozostają one raczej poza moim kręgiem zainteresowań.
A teraz, aby tym dość długim tekstem choć trochę nawiązać do Czerwonego, zamieszczę zdjęcie, które zrobiłam w tym roku. Czerwony zapozował na tle filii Szkoły Podstawowej im. Wojciecha Bogusławskiego w Suchym Lesie. Budynek został oddany do użytku w 2014 r. Chcecie zaglądnąć do środka? Kliknijcie tutaj -> klik. :)


2.01.2016 r., Suchy Las, ul. Konwaliowa.