czwartek, 14 kwietnia 2016

OSO chodzi?

Moja niedawna przygoda -> klik przypomniała mi pewien fakt z mojego życia.
Być może po przeczytaniu tamtego wpisu zastanawiało Was, jakim cudem samotna kobieta dała radę przetrwać noc w lesie i znalazła jeszcze siły, aby kopać non stop tyle godzin? Cóż... Cofnijmy się o 18 lat. Kiedy to byłam młoda i piękna ;), uczestniczyłam w obozach przysposobienia obronnego. W ich trakcie uczono nas wielu rzeczy. Stąd też potrafię strzelać z KBKSu, przeszłam 'kreta' i wiem, że pościelone łóżko powinno być gładkie, jak blat kuchenny. ;) W ważnych momentach zobowiązani byliśmy do noszenia mundurów. Poprosiłam kiedyś, aby zrobiono mi zdjęcie w takowym. Dzięki temu możecie zobaczyć, jak wówczas wyglądałam:


Uczestnicząc w wielu zajęciach, można było zdobywać punkty. Pod koniec obozu były one zliczane i jeżeli osiągnęło się odpowiedni poziom - otrzymywało się Odznakę Sprawności Obronnej (w skrócie: OSO). Ja zdobyłam 2. Oczywiście najwyższe, czyli złote. :) Mam nawet 'papiery' na to (część danych usunęłam):


Oprócz legitymacji wręczana również była sama odznaka. Zachowałam ją do dnia dzisiejszego. Złotą widać po lewej stronie zdjęcia. Nie pamiętam tylko, w jakich okolicznościach nabyłam brązową (widoczną po prawej stronie).


Być może to wojskowe zahartowanie sprawiło, że było mi łatwiej przetrwać te niecodzienne chwile. Nie poddałam się, walczyłam do końca. Co prawda skutki odczuwam do dzisiaj - poranione ręce z pękającymi i krwawiącymi ranami, siniaki na nogach, starty naskórek na kolanie, zakwasy we wszystkich częściach ciała. To wszystko przypomina mi weekendową przygodę. Jednak nie żałuję tego, że mnie coś takiego spotkało. Więcej - ta sytuacja niesamowicie mnie wzmocniła.

Jednak przy kolejnej wyprawie do Puszczy Pyzdrskiej muszę lepiej dobierać pojazd, którym będę się tam poruszała. Sądzę, że takim KRAZem przejechałabym bez problemu:


03.08.2014 r., Eisenach.

Z kolei dobrze, że nie pojechałam tym niebieskim Wartburgiem. Jest ździebko nisko zawieszony, prawda? ;)

04.08.2013 r. (pomijam liczbę w numerze rejestracyjnym czerwonego Wartburga)


Jeżeli jakimś cudem utknęłabym nawet Wartburgiem, to mogłabym być i na to przygotowana. Wystarczyłoby wyruszyć w podróż wersją z namiotem na dachu. Rewelacja!

03.08.2013 r., Eisenach.


A jeżeli sądzicie, że kopiąc pod samochodem szukałam złotego pociągu, to napiszę, że kiedyś trafiłam na coś znacznie ciekawszego. Ba! I nie musiałam wtedy kopać. Wystarczyło chwycić aparat fotograficzny w dłonie i uwiecznić na matrycy... złotego Wartburga. O! :)


Ostatnio wpadł mi w ucho ten utwór -> klik. Jego słowa świetnie nawiązują do mojej ostatniej wyprawy:
"Ja do centrum do centrum wieź
Gdzie ze słońcem miesza się deszcz"

"Ja do centrum skrótem mnie wieź"

"Pstryknij na raz potrzyj palce dwa
Tyle to trwa tyle życia masz
Jesteś jak sen drzemka z której świat
Obudzi się i będzie trwał.."

(słowa: Katarzyna Nosowska).

Wszak wracałam do rodzinnego miasta. Padało. Próbowałam skrócić drogę. Noc minęła mi szybko. Obudziłam się nie tylko w sensie fizycznym, ale i psychicznym. Wróciły moje dawne siły. :)

niedziela, 10 kwietnia 2016

25 lat...

Dzisiaj przypada 25-lecie zakończenia produkcji Wartburgów. Tym samym Czerwony mógłby otrzymać żółte blachy. Muszę przyznać, że świętowałam to w nietypowy sposób.

Co prawda moja przygoda zaczęła się w sobotę (9 kwietnia 2016 r.), ale jej główny temat przypadł na niedzielę, więc pozwolę sobie opisać ją tutaj.

Wyruszyłam w trasę z samego rana. Musiałam dotrzeć do Ostrowa Wielkopolskiego. Podczas tegorocznej majówki właśnie stąd rozpocznie się rajd rowerowy, który będę miała przyjemność poprowadzić. Chciałam jednak zawczasu sprawdzić trasę, aby wiedzieć, czy będzie przejezdna dla rowerzystów. Z Ostrowa Wielkopolskiego pojechałam do... Zajączków Bankowych. Co prawda niczego ciekawego tam nie ma, ale ta nazwa! Rewelacyjna, prawda? Był to najdalszy punkt wyprawy. Mogłam więc powoli ruszyć w drogę powrotną. Jednocześnie objeżdżałam trasy, które będziemy pokonywali na rowerze przez kolejne dni. Jechałam sama. Musiałam więc jednocześnie być pilotem i kierowcą. Umiem obsługiwać moje aplikacje nawigacyjne, ale jestem wychowana na mapach papierowych, więc głównie im poświęcałam uwagę. Jednak takie śledzenie trasy jest nieco czasochłonne (wszak trzeba się zatrzymać, aby spojrzeć na mapę). Czas więc zaczął mnie gonić, a ja byłam ledwo w połowie wytyczonej drogi...

Gdzie to mnie znów wywiało? Otóż podróżowałam po mojej ukochanej Puszczy Pyzdrskiej. Od zawsze (czyli od 2012 r.) wyjazdy tamten rejon kojarzą mi się z Wartburgami. Tylko raz zdarzyło się, że pojechałam tam samochodem innej marki. I wiecie co? To nie było to! Brakowało mi czegoś. Wartburg jednak dodaje niesamowitego klimatu tym wyprawom. Co ciekawe - to nie jest tylko moje zdanie. Każdy, kto ze mną tam choć raz pojechał - sam to stwierdzał. :) Jednak wiecie, że Czerwonego na razie nie ma u mojego boku. Nie ukrywam - brakuje mi go. Tęsknię. No, ale do Puszczy pojechać teraz musiałam. Nawet i bez niego. Nie posiadam samochodu, więc musiałam jakiś pożyczyć. Trafiło na wóz również z niemieckiej myśli motoryzacyjnej. Jednak podróżując przez cały dzień myślałam o tym, że z Czerwonym czułabym się tutaj pewniej. To było auto do zadań specjalnych. Jego niewielka waga i skromne gabaryty były gwarancją, że bez większych problemów pokonam niemalże każdą drogę. Przez tyle lat tylko raz zdarzyło mi się, że samochód się nieco zakopał. Wystarczyło jednak niecałe 5 minut odgarniania dłońmi piasku i auto mogło wyjechać o własnych siłach. Jednak tamta przygoda sprawiła, że znajomy postanowił wyposażyć mnie w saperkę. Nie wiem co mnie tknęło, ale wczoraj jeszcze przed wyjściem z domu upewniałam się, że na pewno ją zapakowałam. Jakbym czuła, że tym razem się przyda... Bardzo.

Zaczęło się ściemniać. Chociaż nie zrealizowałam całego planu, który wyznaczyłam sobie na ten dzień, postanowiłam zbierać się do domu. Chciałam jeszcze tylko zaliczyć jeden fragment trasy, który przy okazji miał znacznie skrócić moją drogę powrotną. Jednak była to droga gruntowa wiodąca przez las. Już wjeżdżając na nią zastanawiałam się, czy to jest aby na pewno rozsądne. Jednak droga wyglądała w miarę przyzwoicie. Jedynie martwił mnie deszcz, który powodował, że grunt się rozmiękczał. Bałam się, abym nie trafiła na jakieś błoto...

Jechałam, jechałam, jechałam. Wiedziałam, że jestem coraz bliżej asfaltu (tak wynikało z mapy). Zobaczyłam przed sobą piaszczystą drogę. Czułam, jak auto zaczęło się zachowywać (dodam, że jechałam samochodem ważącym ok. 2 ton i posiadającym automatyczną skrzynię biegów). Pomyślałam sobie, że jak się teraz zatrzymam, to ugrzęznę. Znając już nieco technikę jazdy w takim terenie, wiedziałam, że jak nie przejadę tędy rozpędem, to koniec. Więc cięłam na przód. Jednak w pewnym momencie auto samo się zatrzymało. Pomyślałam: "O nie! Tylko nie to. Ugrzęzłam!". Wysiadłam z samochodu. Oceniłam sytuację i... szybko sięgnęłam po saperkę. Po godzinie podkopywania podjęłam pierwszą próbę wyjazdu. Bezowocną. Było już zbyt ciemno, abym mogła zobaczyć, co się dokładniej wydarzyło. Mimo to - postanowiłam kopać dalej "po omacku". Najgorsze, że cały czas padało. Wszystko było mokre. Krople deszczu spływały po mojej grzywce prosto do oczu. Piasek przyklejał się do wszystkiego. Znacznie utrudniało to pracę. Po jakiejś godzinie, może półtorej - ponownie odpaliłam samochód. Nie drgnął nawet o milimetr. Ba! Nawet podjęłam próbę przepchnięcia go, ale cóż - nie oszukujmy się. Strong women to ja nie jestem, aby przepychać 2 tony.

Oceniłam ponownie sytuację. Wiedziałam, że zostało mi ok. 500 m do asfaltu (o zgrozo!). Widziałam w oddali zabudowania, a z mapy odczytałam, że jestem blisko wioski, gdzie jest sporo domów. Droga, na której stanęłam wyglądała na taką, że uznałam, iż najszybciej pojedzie nią coś w poniedziałek i jak już - to będzie traktor. Nie było więc ryzyka, że coś na mnie najdzie w nocy. Żyjemy niestety w dość nieprzyjemnych czasach, więc stwierdziłam, że nie pójdę w tej chwili do wsi po pomoc. Było i tak już zbyt ciemno. Lepiej też, aby nikt nie wiedział, że tu ugrzęzłam. Z tą świadomością czułam się bezpieczniej. Martwiło mnie tylko to, że choć wyruszyłam z naładowanym telefonem, to w tym momencie był już prawie rozładowany, a ja nie miałam ładowarki. Włączyłam go tylko, aby napisać do Rodziców, co się stało, gdzie jestem i że zostanę tutaj na noc. Po czym telefon wyłączyłam. Musiałam go oszczędzać. Tym samym zupełnie odcięłam się od świata. Było ok. 22:00, gdy postanowiłam iść spać. Bałam się nocy. Nie tyle tego, co mnie otaczało, tylko... tych mokrych rzeczy, które miałam na sobie. Bogu dzięki, że zabrałam ze sobą ciepłego 'polara'. Posłużył za kołdrę. Rozłożyłam fotel i zasnęłam. Wszak ponad 2 godziny kopania i prawie 400 km spędzone za kółkiem nieco mnie zmęczyły. Jedynie co 2-3 godziny budziło mnie zimno. Wtedy odpalałam samochód i włączałam ogrzewanie. Gdy osiągałam przyzwoita temperaturę, wyłączałam silnik i spałam dalej. W ten sposób dotrwałam do rana. Liczyłam, że jakimś cudem już o 4:00 zrobi się jasno, ale cóż - takie rzeczy, to dopiero w czerwcu. Rozjaśniło się dopiero chwilę przez siódmą. Najgorsze, że przez całą noc padało. Bałam się otworzyć drzwi, aby zobaczyć, czy czasem nie stworzyło się 'jezioro' pod samochodem. Nadal czekałam, aż przestanie padać. Nie wiem skąd mi się to wzięło, ale czułam, że przestanie. Nie wiedziałam tylko kiedy. Faktycznie - pół godziny później wypogodziło się. Otworzyłam drzwi. Uff! Jednak piasek szybko wchłaniał wilgoć. Nie było tragedii. Wysiadłam z samochodu, spojrzałam pod spód i... załamałam się. Wieczorem nie sądziłam, że jest, aż tak źle. Postanowiłam jednak nie poddawać się. Zjadłam kilka orzechów w czekoladzie (to było całe moje śniadanie), popiłam Pepsi - potrzebowałam energii - i ruszyłam do pracy. Zaczęłam ok. 7:00. Przedtem napisałam tylko do Rodziców, że przeżyłam noc i że czeka mnie kilka godzin kopania. Znów wyłączyłam telefon. Kopałam, kopałam, kopałam. Moim pracom przyglądało się stado saren, które krążyło z niedalekiej polany do lasu i z powrotem. Ok. 8:00 widziałam w oddali jakiegoś człowieka na rowerze, ale nawet nie podjechał, aby się zapytać, co się stało. Postanowiłam więc 'walczyć' dalej. Zadanie nie było proste. Cały samochód zawiesił się na piaszczystej muldzie. Musiałam wybrać ją spod samochodu i zrobić prześwit. Niestety miejscami nie szło dostać się saperką. Koniecznie było ręczne kopanie. Ok. 12:00 usłyszałam huk broni. Nie powiem - nieco mnie to przeraziło i nie wiedzieć czemu - pomyślałam o tych biednych sarenkach. Pół godziny później postanowiłam zakończyć pracę. Uznałam, że przygotowałam wszystko do wyjazdu. Auto odkopałam. Wyrównałam też całą drogę za samochodem, aby ułatwić wyjazd. Stwierdziłam, że jak się nie uda tego zrobić o własnych siłach, to przynajmniej traktorzysta będzie miał ułatwione zadanie w wyciąganiu mnie. Wtem na horyzoncie zauważyłam jakąś postać z psem. Uznałam, że ktoś taki nie może mieć złego charakteru, więc ruszyłam w jego stronę. Miałam rację. Trafiłam na przyjaznego Pana, który postanowił podjeść do auta i ocenić sytuację. Gdy zobaczył to z bliska - oniemiał. "Kobieto - to jest mistrzostwo". Zrobił kilka zdjęć. Jeszcze w większym szoku był, jak uświadomiłam go, że tutaj nocowałam. "Niesamowite". Też pomyślał o wezwaniu kogoś z traktorem, ale uznał, że teraz to już raczej nie będzie potrzebny. Stwierdził, że auto powinno bez problemu ruszyć. Jakoś tak wyszło, że to on wsiadł za kółko. Może i lepiej, bo chyba nie miałabym już sił psychicznych na tę ostatnią bitwę. Auto ruszyło bez najmniejszego problemu. Pan brawurowo wycofał do miejsca, w który auto nie miało już prawa ugrzęznąć. Zwycięstwo! Jednocześnie nie dowierzałam, że mi się udało. Że nie trzeba wzywać pomocy. Nie potrzeba traktora. Nic. :) Podziękowałam za pomoc i pomknęłam dalej. Oczywiście już inną drogą, którą też po ok. 500 metrach dotarłam do asfaltu. Znalazłam sklep, pożyczyłam ładowarkę, skontaktowałam się ze światem. Mogłam wrócić do domu, który był oddalony o ok. 130 km. 

Żałuję, że nie mam zdjęć, jak auto jeszcze stało w 'grajdole'. Wykrzesałam ostatki sił z zapasowego telefonu (który też był raczył się w zasadzie rozładować) i zrobiłam zdjęcia, tuż po wyjechaniu z tego pechowego miejsca. Prezentowało się to tak:

to widziałam przed sobą,


 a tak to wyglądało po obejrzeniu się do tyłu. Jak widać - zlikwidowałam całą muldę. :) W oddali widać uratowany samochód.


Co ciekawe - wracałam w towarzystwie Rodziców, którzy wyjechali mnie szukać. W jednym SMSie podałam im, przy jakiej wsi ugrzęzłam. Jednak - jak się okazało - wsi o tej nazwie w Puszczy Pyzdrskiej i jej okolicy jest więcej, toteż ich zadanie było utrudnione. Tym bardziej, że miałam wyłączony telefon i nie mogli mnie o nic zapytać. Na szczęście, po wydostaniu się z 'grajdołka', skontaktowałam się z nimi i spotkaliśmy się gdzieś na trasie. :)

Gdy wróciłam do Poznania, traf chciał, że jedyne sensowne miejsce, jakie znalazłam, to... miejsce obok Czerwonego. Parkując obok, prawie się rozpłakałam. Czerwony, gdybym to z Tobą pojechała, może nie przeżyłabym takiej przygody. Ty zawsze dawałeś radę...

Później dowiedziałam się, że ponoć w samochodzie był kombinezon, rękawice i... ładowarka. Cóż. Chyba lubię utrudniać sobie życie. Niemniej - następnym razem zabiorę ze sobą zestaw surwiwalowy. Tak na wszelki wypadek. ;)

środa, 16 marca 2016

"Góralu, czy Ci nie żal..."

Tak mnie jakoś ostatnio naszło na sentymenty, wspomnienia z dzieciństwa, itp. Postanowiłam więc poświęcić jedną sobotę na wycieczkę śladami mojego dzieciństwa. Na pierwszy ogień pojechałam zaliczyć... 'shoping'. Spokojnie. Nie mam na myśli biegania z koszykiem po jakimś centrum handlowym. Choć do centrum się wybrałam. Używając tego określenia mam jednak na myśli środek miasta. :)

Zaparkowałam Czerwonego i udałam się pieszo w okolice Okrąglaka. Dlaczego tam? Chyba każdy Poznaniak wie, że jeżeli potrzebuje kupić coś od prawdziwego górala, to musi wybrać się właśnie w to miejsce. Co prawda, Pani, u której robiłam teraz zakupy pochodzi z Nowego Targu (niektórzy uważają, że tam nie mieszkają prawdziwi górale), ale mi to w niczym nie przeszkadzało. Znałam ją od lat. Po chwili rozmowy Pani uświadomiła mi, że ten interes prowadzi już tutaj od 40 lat! Jakoś ta informacja sprawiła, że poczułam się staro. Wszak - ja te stragany kojarzę z czasów, kiedy byłam dzieckiem, czyli od jakiś 20 lat...

Postanowiłam kupić góralskie kapcie. Miałam takie, jak byłam jeszcze małą dziewczynką. Od lat zbierałam się, aby znów sobie takie kupić, jednak jakoś czasu brakowało. Gdy wróciłam z zakupów, postanowiłam je sfotografować, aby mieć pamiątkę, gdy znów mnie na sentymenty weźmie. ;)

05.03.2016 r., Poznań, ul. Libelta.


Teraz zima mi niestraszna! :)


Następnie zabrałam Czerwonego w miejsce, które odkryłam kilka lat temu. Niedawno zabrałam tutaj rowerzystów, bo okazało się, że większość z nich nie miała pojęcia o jego istnieniu. Cóż mam na myśli? Chodzi o tor saneczkowy na Cytadeli. Jeden naszych rowerzystów był na tyle odważny, iż postanowił tędy zjechać. Grupa nie chciała być gorsza i ruszyła w pogoń za nim. Nie wiem jakim cudem - też dałam się w to wciągnąć. Wrażenia? Niezapomniane! :)

Tor obchodzi w tym roku 45-lecie istnienia. W trakcie budowy wyglądał tak -> klik.
W tle widać kawiarenkę, która dawniej prezentowała się w ten sposób -> klik.
Zimą faktycznie można tutaj śmigać na sankach (osobiście nigdy z niego nie korzystałam, ale jeszcze wszystko przede mną) -> klik.
À propos rowerów i tego toru - w 2011 r. doszło tutaj do tragicznego wypadku -> klik.  Nam się na szczęście udało zjechać bez uszczerbku na zdrowiu.


Tutaj widać ciąg dalszy toru. W dole widać ul. Szelągowską. Natomiast komin w tle należy do elektrociepłowni Poznań Garbary EC-I.


A skoro już 'zahaczyłam' o Cytadelę, to przypomniało mi się, że 'za dzieciaka' podziwiałam gwiazdę znajdująca się na szczycie tego pomnika:


Gwiazdę później zdjęto i słyszałam o niej różne legendy, ale ja o tym symbolu nie zapomniałam. Z resztą sami poczytajcie -> klik.

Podjechałam w jeszcze jedno miejsce znajdujące się przy Cytadeli. Ono z kolei kojarzy mi się... z nauką jazdy. Jednak nie z moimi kursami. Po prostu jest tutaj wzniesienie, na którym niejednokrotnie obserwowałam kursantów zmagających się z ruszaniem z ręcznego.



Następnie pojechałam odwiedzić rejony nad rzeką Wartą, o których ostatnio się sporo rozpisywałam. Tak mi się tam ostatnio spodobało i przy okazji przypomniało mi się, że znam tam od lat jeszcze kilka pięknych miejsc. Najpierw planowałam pojechać inną uliczką, ale coś mnie podkusiło, aby skręcić wcześniej. Coś mi podpowiadało, że może spotkam jakiś ciekawy samochód, Liczyłam na Trabanta, ale... Przejechałam kilkaset metrów i jak zauważyłam pewien obiekt, to aż głośno krzyknęłam: "O ku...". No, wiecie co. ;)

Jednak chyba jestem za to rozgrzeszona, prawda? Wszak, nie często spotyka się... Tarpana! I to z liczbą "13" w numerze rejestracyjnym! :D


Dla niewtajemniczonych - samochody te były produkowane w Poznaniu. W zeszłym roku w Szreniawie koło Poznania utworzono muzeum Tarpana. Robiąc zdjęcia, zastanawiałam się nawet, czy nie spotkałam jednego z eksponatów. Jednak na razie nie udało mi się tego ustalić.


W końcu dotarłam do obranego na ten dzień celu. Poniżej prezentuję Wam fragment Nadwarciańskiego Szlaku Rowerowego. Przyjechałam tutaj specjalnie, aby zrobić zdjęcia z tymi wierzbami. Dodam, że uwielbiam tędy wracać z moich rowerowych wojaży.


 

 

Robiąc poniższe zdjęcie musiałam uzbroić się w cierpliwość. Chwilę wcześniej jakiś Pan zatrzymał się idealnie w obranym przeze mnie kadrze i... zrobił telefonem małą sesję fotograficzną. Upatrzonym przez niego obiektem był... Czerwony. Kilka minut później ów Pan podszedł do mnie i zapytał o samochód. Ocenił, że Czerwony jest w niezłym stanie, ale jednocześnie sądził, że zaparkowałam go tak, bo się pewnie popsuł i czekam na pomoc. Niezwłocznie wyprowadziłam go z błędu.

 

Postanowiłam też pokazać Wam kolejny tunel. Przebiega on pod linią kolejową, która kilkaset metrów dalej przebiega po estakadzie kolejowej, którą zaprezentowałam wcześniej -> klik.
Podobną konstrukcję prezentowałam już w tym wpisie -> klik.



Przy okazji tej wyprawy odkryłam ciekawe miejsce. Co, jak co, ale na zlocie przyczep kempingowych jeszcze nie byłam. ;) Niewiadów - rulez! ;)

 

Odkryłam niedawno, że Czerwony znów miał swoje 5 minut w mediach. Tym razem został uwieczniony na parkingu. Jego zdjęcie zostało zaprezentowane na forum Syreniarzy -> klik. Wpis z: 2016-02-17, 10:06.

Przypomniało mi to, że od dłuższego czasu wybierałam się w miejsce, gdzie od lat stały Syreny. Obecnie stacjonuje tam tylko jedna, ale Czerwony postanowił ją odwiedzić. :)

 

Co ciekawe - już w 2007 r. udało mi się tutaj sfotografować tę Syrenę. I to w jakim towarzystwie! Z resztą sami zobaczcie:
03.04.2007 r., Poznań.


Na koniec tej relacji prezentuję jeszcze zdjęcie (zrobione tuż obok) z rozrośniętą robinią akacjową. Bardzo lubię te rośliny, jako motywy moich zdjęć. :)
















Czułam, że tego dnia po raz ostatni będę miała okazję do zrobienia jakiejś większej wycieczki z Czerwonym. Stąd też pozaliczałam prawie wszystkie miejsca, do których wybierałam się od dłuższego czasu, aby uwiecznić tam Czerwonego. Moje przeczucia się sprawdziły. Zapadła decyzja. Na dłuższy czas żegnam się z moim czerwonym towarzyszem. Jednak nie obawiajcie się. Bloga nie zamykam. Co prawda - nie będę relacjonować bieżących wycieczek (chyba, że spotkam na nich inne Wartburgi), ale przecież mam do opisania chociażby zloty w Eisenach, czy też wyjazdy do Puszczy Pyzdrskiej. Może i dobrze, że to się teraz zdarzyło? Jest szansa, że w końcu znajdę chwilę czasu na 'przekopanie' archiwum. :)

A co się stało z Czerwonym? Spokojnie. Jeszcze o tym napiszę za jakiś czas. :)

wtorek, 8 marca 2016

Dzień kobiet.

Dla Czerwonego i dla mnie jest to bardzo ważny dzień. 

Choć minęły już trzy lata, to pamiętam, jakby to było dzisiaj. Misiek wrócił do domu. Uwielbiam frezje, ale bukietem czerwonych róż też nie pogardzę. Jednak po wejściu do domu nie dostałam od niego żadnych kwiatów. W pierwszym momencie czułam się zawiedziona. Jedak po chwili w mojej dłoni leżał już pęk kluczy. "Spójrz za okno" - usłyszałam. W te pędy podbiegłam do okna, otworzyłam je i wychyliłam się nieco. Z wrażenia o mało nie wypadłam. Na dole stał... czerwony Wartburg. :-O

Wiedziałam już nieco wcześniej, że moja przygoda z Białym dobiega końca. Nie sądziłam jednak, że jego następca pojawi się w moim życiu akurat w takim dniu.

Po chwili byliśmy już na dole. Misiek przewiózł mnie 'wokół komina'. Auto powalało swoim rewelacyjnym stanem technicznym. Było prawie nowe. Kierownica niewyświecona. Fotele niewysiedziane. Niemalże pachniał nowością. Na liczniku 67 000 km przebiegu. Nówka! Niemniej - radość mieszała się z niesamowitym smutkiem. To był gwóźdź do trumny Białego. Białego, którego tak uwielbiałam (napisałabym, że wręcz kochałam, ale - to przecież "tylko" samochód).

Ilekroć wsiadam do Czerwonego i widzę kolor jego lakieru, od razu przed oczami mam bukiet czerwonych kwiatów, a to z kolei przypomina mi, w jakich okolicznościach dostałam kluczyki od niego.

Dzisiaj też spędziłam wieczór z Czerwonym. Zawiózł mnie, a gdzieżby indziej, jak nie do Centrum Kultury w Suchym Lesie. Po wielu latach w końcu wybrałam się do... kina (o ile mogę to tak nazwać). Skorzystałam z tej oferty -> klik.

Zajechałam na ostatnią chwilę. Byłam przekonana, że o miejscu siedzącym mogę zapomnieć. Gdy weszłam do sali - zaniemówiłam. Na 200 miejsc zajętych było... ok. 20. Dzięki temu usiadłam w 3 rzędzie. Przyznaję, że na tak kameralnym pokazie chyba nigdy nie byłam. :)

Pierwszy film wywołał sporo zabawnych reakcji i to pomimo tego, że poruszał on temat rasizmu. Jak widownia się rozkręciła (szczególnie jedna Pani, która zarażała swoim śmiechem pozostałych ludzi), to na sali było słychać jeden wielki ubaw. Czułam, jak stres z całego dnia ze mnie spływa. Zrelaksowałam się.

Nastąpiło 20 minut przerwy. Na kolejnym seansie pojawiło się więcej osób. Może nawet 50.

Tym razem film był trudny. Momentami obrazy kojarzyły się z tym, co można podziwiać w dziełach Pedro Almodóvar'a. Tutaj myślą przewodnią była młodość. Przedstawiano ją na różny sposób. Najważniejsze zdanie, jakie z niego zapamiętałam to: "emocje to wszystko, co mamy". Utkwiło mi to pewnie dlatego, że ja wiele rzeczy obserwuję, przeżywam i analizuję. Dość emocjonalnie podchodzę do życia.

W filmie wspomniano też, że ludzie nie są ani piękni, ani brzydcy, ale pociągają nas ci pośrodku. Ja bym jeszcze dodała, że także emocje im towarzyszące. Wszak to one pozostają, gdy uroda już przeminie.

Po wszystkim poszłam do samochodu. Zrobiłam zdjęcie - po lewej stronie widać wejście do Centrum Kultury i Biblioteki Publicznej w Suchym Lesie.


Znów pojechałam na ulicę, którą opisałam w tym wpisie -> klik.
Stanęłam z boku. Wyłączyłam silnik. Uchyliłam okno i... 'słuchałam' ciszy. Wyobrażacie sobie? Znajdowałam się w Poznaniu. Mieście, w którym mieszka ponad 550 000 ludzi. A ja 'słyszałam' ciszę. Jedyne dźwięki, jakie do mnie docierały, to kropelki mżawki uderzające o dach Czerwonego i szum samochodów skręcających na skrzyżowaniu znajdującym się nieopodal. Jednak ruch o tej godzinie był już znikomy, więc głównie słyszałam tę kapiącą z nieba wodę... Gdy przemyślałam swoją młodość ;) i napałałam się tą ciszą, pomknęłam do domu. Wyciągnęłam telefon i sfotografowałam ten 'bukiet kwiatów', który dostałam trzy lata temu:


niedziela, 6 marca 2016

Trasa Warta Poznania.


Kontynuując temat poruszony w tym wpisie -> klik.

Okolice estakady kolejowej mnie wchłonęły, zachwyciły, zainspirowały. Przy pierwszej rowerowej wizycie tutaj niestety bardzo mało ścieżek udało mi się objechać. Było wtedy zbyt zimno, a do tego większość dróg pokrywał... lód. Utrudniało to znacznie jazdę. Postanowiłam więc wrócić tutaj przy bardziej sprzyjającej aurze. Jak już wiecie - wróciłam tutaj, ale na 'pokładzie' Czerwonego. Nie chciałam go jednak zamęczać jazdą po tych bezdrożach, więc wizyta skończyła się na zrobieniu zdjęć, które już pokazałam. Jednak temat męczył mnie dalej. Czułam, że ja muszę tutaj wrócić. Czułam, że znajdę coś, co mnie zachwyci.

Może bym i Was nie zanudzała zdjęciami z mojej drugiej rowerowej wyprawy w ten teren, bo jaki to ma związek z Czerwonym? Jedynie nawiązanie do jego sesji fotograficznej może połączyć te tematy, ale też... Krążąc po chaszczach, natrafiłam na pewien wątek motoryzacyjny, więc jednak ośmielam się opisać tę wycieczkę.

Najpierw dotarłam nad rzekę Wartę. Jak wiadomo, przepływa ona przez miasto Poznań i jest jego swoistym symbolem. Stąd też w tytule dzisiejszego wpisu środkowy wyraz celowo napisałam dużą literą. :)

20.02.2016 r., Poznań, rzeka Warta.


Następnie podążyłam ścieżynką, którą zauważyłam nieopodal. Dróżka była wąska. Często musiałam się zatrzymywać, nie tylko w celu wykonania zdjęć, ale też po to, aby... przenieść rower ponad powalonymi drzewami.



Jednak nie poddawałam się. Co prawda miałam chwile zwątpienia. Chciałam się cofnąć. Wszak - byłam sama. Nie znałam terenu. Bałam się, że ktoś obcy mnie zaatakuje. Widząc jednak coraz bardziej malownicze miejsca, odsunęłam wszelkie obawy na bok i 'brnęłam' dalej. Fakt faktem - więcej szłam obok roweru, niż na nim jechałam. Ale było tam tak pięknie, że nawet mi to pasowało. Mogłam bardziej upajać się tymi widokami. W pewnym momencie dotarłam do cudownego 'mostu'. Zauważycie go w lewym dolnym narożniku zdjęcia. Urokliwy, prawda? ;) Konstrukcja jednak się sprawdziła - przeszłam suchą nogą! :)


Po dłuższej chwili dotarłam do przedmiotu, który stanowi dzisiejszy wątek motoryzacyjny. Co prawda jest on nieco niekompletny - ząb czasu go nieco nadgryzł, jednak, kochani - pamiętacie te butelki z CPN? Znalazłam ich tam kilka!


Zakreśliłam pętlę, dzięki której wróciłam do estakady kolejowej. Dzięki temu mogłam ruszyć w kierunku terenu, którego nie udało mi się z eksplorować przy poprzednich tutejszych wizytach.


Trafiłam na niezły off road. Na zdjęciu nie udało mi się tego do końca oddać. Liczę, że dotrę tutaj kiedyś Czerwonym i przy odpowiednim ustawieniu go do zdjęcia, pokażę Wam nachylenie tej drogi.


Jadąc cały czas wzdłuż Warty, dojechałam do kolejnego urokliwego miejsca. Po lewej stronie widać elektrownię Karolin. Natomiast na prawo na skarpie zalega wrak kajaku.


Kilkadziesiąt metrów dalej odkryłam miejsce, które mnie tutaj tak intuicyjnie przyciągało. Boże, jak tutaj było pięknie! Co prawda znów trzeba było prowadzić rower i przenosić go nad powalonymi drzewami, ale co tam! Dla taki widoków warto było! Jak widać na zdjęciach - jest to bobrowy raj.



Gdy odwróciłam się w lewo, ujrzałam dwa jelenie. Zaniemówiłam. Na szczęście przytomny umysł mi szybko podpowiedział, abym aparat przełączyła w tryb nagrywania filmów. Niestety, jelenie były szybsze i zdążyły uciec, ale... stado składało się z czterech sztuk. Tym sposobem udało mi się sfilmować kolejne dwa egzemplarze. Czy to się nie nazywa szczęście? :) Sami zobaczcie:


Jak już napałałam się widokiem zwierzyny, postanowiłam ruszyć w dalszą drogę. No i kolejne zaskoczenie. Trafiłam na punkt widokowy, z którego rozpościera się widok na Czerwonak. Najpierw pokażę Wam akwen "Marina":


Przesuwając kadr w prawo, można na drugim brzegu dojrzeć dom kultury Sokół oraz halę sportową.


Okazało się, że podążając dalej obraną drogą, dotarłam do oficjalnego Nadwarciańskiego Szlaku Rowerowego. Tylko co on ma wspólnego z Wartą, skoro przebiega w oddaleniu od rzeki i omija takie widoki?! Więc jak tylko mogłam, ponownie zboczyłam z niego i trafiłam do lasu, w którym odkryłam piękne dęby:


Byłam zauroczona całą tą wyprawą. Traf chciał, że następnego dnia odbywał się rajd rowerowy. Po zakończeniu jego oficjalnej części, postanowiłam namówić rowerzystów, aby pojechali ze mną nad Wartę. Tak bardzo chciałam się podzielić z innymi moim odkryciem. Sądząc po ich minach i komentarzach - uznaję, że nie żałowali. :) Z resztą sami zobaczcie -> klik.

czwartek, 3 marca 2016

Boogie-woogie.


Skoro ostatnio przybliżyłam Wam temat spektaklu wystawionego na scenie CKiPB w Suchym Lesie -> klik, to teraz chciałabym podzielić się opisem koncertu -> klik, który miałam okazję zobaczyć na początku stycznia. Tak, tak - wiem. Jestem niezwykle na bieżąco. ;) Ale - do rzeczy.

W przeciwieństwie do ww. spektaklu, w kwestii tego koncertu zdecydowanie lepiej się przygotowałam. Idąc na koncert lubię wiedzieć, że będzie to uczta dla mojej duszy. Muzyka jest dla mnie niezwykle ważna, więc decydując się na przeżycie czyjegoś występu artystycznego, chcę wiedzieć, że nie będzie to zmarnowany czas. 

Przyznaję szczerze - dopóki na stronie CKiPB w Suchym Lesie nie pojawiła się informacja o tym koncercie i artyście, który będzie na nim występował - nie miałam pojęcia o istnieniu tego człowieka. Poświęciłam więc kilka godzin (!), szperając w Internecie, aby go poznać.

Zacznę od najważniejszego, czyli strony oficjalnej -> klik. Z niej dowiecie się, że Pan Maciej Markiewicz, bo to o nim mowa, jest nie tylko pianistą, ale również malarzem. Przeglądając różne materiały, natrafiłam również na informację, że związany jest on z... powiatem obornickim. Jakże mi się w tym momencie miło zrobiło. Wszak, tak bardzo lubię bywać na zdjęciach w tamtych rejonach...

Obejrzałam też kilkadziesiąt filmików, na których można podziwiać grę Pana Macieja. Od razu zauważę najważniejszy fakt - specjalizuje się on w graniu boogie-woogie. Jest to specyficzna muzyka. Nie każdemu odpowiada. Niemniej - uznałam, że faktycznie świetnie wpisuje się w tematykę koncertu noworocznego.

Podlinkuję Wam kilka najciekawszych filmików (cobyście nie musieli spędzić nad tym tylu godzin, co ja ;) ):
1) muzyka zobrazowana dziełami Pana Macieja -> klik,
2) Pan Maciej swego czasu grał wraz z Panem Markiem Gidaszewskim w duecie M2. Oto jedno z nagrań z tego okresu -> klik,
3) pomijając rozstrojony fortepian - to jest świetne. Szczególnie, jak dołącza drugi muzyk... Słyszycie w pewnym momencie hasło: "pociąg"? Tutaj znów dedykacja dla Marcina. ;) -> klik, 
4) tym filmikiem jestem najbardziej oczarowana, a dokładniej - zaprezentowaną w nim kompozycją o nazwie "Świt". Czy słuchając tego, też macie w oczach obraz wschodzącego słońca przy nieco zamglonym powietrzu, śpiewające w tle ptaki, powiew ciepłego powietrza i otulenie jedwabiem, aksamitem, bądź czymś równie mięciutkim? Leżycie w łóżku i patrzycie przez okno, widząc to wszystko, czując... -> klik.
5) dzisiaj jeszcze trafiłam na to. Benefis uwielbianego przez mnie Pana Zbigniewa Wodeckiego - jaki ten świat jest maleńki! -> klik.

Wypadałoby, abym w końcu zrelacjonowała koncert, prawda? Do dzieła więc! A rozpoczął się on nietypowo. Pan Maciej podszedł do mikrofonu i... w przejmujący sposób opowiedział o człowieku, który zmarł dosłownie 3 dni wcześniej. Najpierw nie kojarzyłam, o kim mowa. Później przypomniałam sobie, że chyba go nawet raz widziałam w centrum Poznania. Jednak to i tak niewiele. Nie moja 'branża'. Niemniej - podziwiałam, że Pan Maciej poświęcił sporą chwilę na przybliżenie tej postaci, na opowiedzenie kilku anegdot. Było to wzruszające. Przykre jest tylko to, że media relacjonujące koncert zupełnie pominęły ten wątek. Na szczęście ja tam byłam i Wam to przekazuję. :)


Wspomnianą w czasie koncertu osobą był Pan Tadeusz Lis, uliczny grajek. Wiele osób znało go pod  pseudonimem Mandat. Skąd taka nazwa? Kliknijcie tutaj -> klik. Chcecie posłuchać tego Pana? Proszę bardzo -> klik. A wyobrażacie sobie jazdę takim pociągiem? -> klik. Czy jest to wybitne? Nieistotne. Ważne, że płynęło z serca i było śpiewane z pasją. :)

Cieszę się, że zabrałam aparat fotograficzny. Siedziałam dość daleko od sceny, więc zrobienie zdjęć stanowiło pewne wyzwanie, ale od czego jest teleobiektyw, nieprawdaż? :) Dzięki temu mogę zaprezentować Wam małą fotorelację.

03.01.2016 r., Suchy Las, sala widowiskowa Centrum Kultury i Biblioteki Publicznej w Suchym Lesie.


W pewnym momencie na scenie zebrał się mały tłum. Do Pana Macieja dołączył perkusista - Pan Ryszard Janusz. Połączenie tych dwóch instrumentów - fortepianu i perkusji... Mmm... Jeszcze tylko gitarzysty zabrakło - wówczas byłabym wniebowzięta. :)

Później Pan Maciej znów mnie zaskoczył. Dając szansę młodszemu pokoleniu, wprowadził na scenę drugiego pianistę. Dzięki temu świat usłyszał o Panu Oskarze Stabno, którego pozostawiono sam na sam z publicznością. 

Patrząc na miny Panów, można odnieść wrażenie, że mówią coś w rodzaju: "No, to my zrobimy sobie małą przerwę, a Ty przez ten moment zabawiaj Państwa".


W niedługim jednak czasie Pan Maciej powrócił na scenę i obaj Panowie zagrali w duecie. Przy tej okazji udało mi się zrobić kilka zabawnych zdjęć.




Tak prezentował się układ instrumentów na scenie. Żałuję, że nie siedziałam bliżej, to by mi głowy innych osób z widowni nie zasłaniały widoku. Choć z drugiej strony - dodaje to autentyczności i klimatu temu zdjęciu. :)


Tym razem zabraknie zdjęcia Czerwonego. Po wyjściu z koncertu próbowałam go jakoś uwiecznić na tle CKiPB. Jednak było tak zimno, że nie byłam w stanie utrzymać dłużej aparatu. Ręce trzęsły mi się z zimna. Wyszły więc jakieś niedoświetlone muźgi, tak więc odpuszczam sobie publikowanie ich. Niemniej zapewniam - Czerwonego tam nie zabrakło. :)

Polecam też reportaż z koncertu, który znajdziecie tutaj -> klik.
Fotorelacja przygotowana przez redaktor naczelną Gazety Sucholeskiej -> klik.

sobota, 27 lutego 2016

Kontemplacja.

Byłam dzisiaj na spektaklu pt. "Seks dla opornych". Słyszałam o nim sporo. Wiele osób polecało. Postanowiłam więc wybrać się osobiście i sama ocenić. Zapakowałam się do Czerwonego i pognałam do Suchego Lasu (spektakl zaprezentowano na scenie tutejszego Centrum Kultury).

Przyznaję, że nie zagłębiłam się wcześniej w tematykę. Poszłam na tzw. żywioł. Wystarczy fakt, że spektakl był tutaj wystawiany po raz 31. (hihi - odwrotność liczby 13)!

Gdy pojawiłam się w Centrum Kultury, publiczność już zajęła większość miejsc. Nie miałam więc żadnych szans, aby usiąść gdzieś z przodu. Zajęłam więc miejsce z tyłu. Sala zapełniła się po brzegi. Zgasło światło. Spektakl się rozpoczął. Historia przedstawiona na scenie opowiadała o małżeństwie z 25-letnim stażem, w które wkradła się już rutyna, codzienność, szarość. Alice, żona Henry'ego, postanowiła ożywić związek. W tym celu wynajęła pokój w luksusowym hotelu i zaprosiła do niego swojego męża. Tam, ślęcząc nad poradnikiem "Seks dla opornych", oboje próbowali zrozumieć sens tego, po co tam się spotkali. Wiele sytuacji było okraszonych żartem, który miał ukryte drugie dno. Wybuchaliśmy śmiechem. Było zabawnie, momentami aż do łez. Więcej szczegółów nie opiszę, aby nie odbierać przyjemności tym, którzy postanowią wybrać się na to przedstawienie.

Muszę jednak przyznać, że wiele dialogów uderzało w czułe miejsca. Zastanawiałam się, ile osób ze zgromadzonych na sali, weźmie sobie do serca usłyszane słowa.

Skąd przemyślenia u mnie? Pomijając moje różne miłosne historie, ostatnimi czasy sporo słucham opowieści moich znajomych/przyjaciół/rodziny. Gdzie człowiek się nie obejrzy to zdrady/rozwody/rozstania. Co jest tego przyczyną? Trudno to ująć w jedno zdanie. Uważam, że najczęstszym problemem jest... nieumiejętność szczerej rozmowy z drugą połową. Brak rozmowy powoduje nierozwiązywanie problemów na bieżąco. To z kolei doprowadza do nawarstwienia spraw. Nie rozmawia się też o swoich pragnieniach, bądź nie egzekwuje się ich. Gdy człowiek w końcu to pojmuje, jest już za późno. Wszystko się rozpada... Ten problem też został poruszony w spektaklu.

Kolejną kwestią jest pogoń za dobrami materialnymi. Szukamy dobrej pracy, zarabiamy górę pieniędzy i co? I któregoś dnia budzimy się i ze zdziwieniem stwierdzamy, że nie znamy naszych najbliższych. Nie znamy ich potrzeb. Tak bardzo byliśmy skupieni na gromadzeniu majątku, że nie mieliśmy czasu dla najbliższych. To z kolei sprawiło, że z nimi nie rozmawialiśmy, czyli... wracamy do tego, co poruszyłam w poprzednim akapicie. Zagadnienie to również zostało przedstawione w historii o Alice i Henry'm.

Z kolei, dodając to już od siebie, mogę napisać, że warto też zwrócić uwagę, spod jakiego znaku zodiaku jest nasza druga połowa. Przyznam, że nie wierzyłam wcześniej w horoskopy. Jeśli już, to wyznawałam 'kult' magii imion. Polega on na tym, że uważa się, iż osobę o danym imieniu określają konkretne cechu charakteru. Mam nawet książkę, która przybliża ten temat.

Jednak w wyniku rozmów z kilkoma osobami i dokonaniu wielu obserwacji, doszłam do wniosku, że coś w tych horoskopach jest. To mi pomogło lepiej zrozumieć samą siebie. Niestety jestem zodiakalnym Strzelcem. Dlaczego niestety? Mój znak narzuca mi cechy, które mnie samą czasami denerwują. Z drugiej strony - co ja za to mogę, że gwiazdy tak mną kierują? ;) Sami poczytajcie -> klik. Nie raz wspominałam Wam, że miałam szczęście, iż przytrafiła mi się jakaś przygoda? Prawda? Uwielbiam przestrzenie - dlatego wolę fotografować autobusy poza miastem, niż w jego centrum. Uwielbiam jazdę na rowerze. Najlepiej poza miastem. ;) To z kolei dowód na to, że kocham wolność. Jeśli jesteście wrażliwi - lepiej nie pytajcie mnie o moje zdanie. Walę prosto z mostu, co sądzę na dany temat. I naprawdę nie wiem, dlaczego sugeruje się, że byłabym dobrym instruktorem samochodowym, bądź podróżnikiem. Hhmm... czy ja lubię odpoczywać aktywnie? Dobrze - to było pytanie retoryczne. ;) Rozbawił mnie też fragment o wyścigach samochodowych, jeździe konnej i strzelaniu. Wszystkiego już z tej listy w życiu spróbowałam. :D Zgadzam się z 95 % opisu, który znajdziecie w podlinkowanej stronie. Podobnie z resztą jak tutaj -> klik.
"Strzelce są zdolne do autoinspiracji i automotywacji". Czy ten fragment muszę w ogóle komentować? :D
Zgodnie z horoskopem najłatwiej dogaduję się z: Baranem, Lwem, Wagą, i Wodnikiem. I wiecie co? To jest święta prawda! Najlepszym tego dowodem są... moi Rodzice. ;) Jednak swoje zdanie w tej sprawie opieram też na obserwacji większej grupy osób spod tych znaków.

Wracając do tematu zwracania uwagi na łączenie się w parę z osobą z 'odpowiedniego' znaku zodiaku, warto kliknąć tutaj -> klik.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że takie dopasowanie nie gwarantuje udanego związku. Wszak na naszą osobowość składa się tysiące innych rzeczy. Jednak mając choć ogólną wiedzę o cechach zodiakalnych, można łatwiej zrozumieć drugą osobę. Ostatnio spotkałam kilka osób, które wykazują 95% cech swojego znaku zodiaku. Jest mi teraz łatwiej zrozumieć (choć nie oznacza to, że zgadzam się z nim) ich światopogląd, wiedząc jaki znak ich reprezentuje. To jest niesamowite!

To się rozpisałam na zupełnie inny temat... Autoinspiracja, tak? ;) Wracając do tematu spektaklu i łącząc go z podlinkowanymi stronami, podaję ciasteczko chińskie na dzisiaj: "Żadna ziemska rozkosz, ani szczęście w niebie nie jest warte nawet szesnastej części szczęścia, które daje zniweczenie pragnień".

Wyszłam naładowana takimi emocjami, iż czułam, że muszę to jakoś odreagować. Burza myśli, tysiące wspomnień, pytań kłębiących się w głowie. Najpierw podjechałam w miejsce, które jest swoistym połączeniem moich dwóch światów (kolejna cecha Strzelców ;) ). Dotychczas nie przepadałam za tą ulicą. Jest ona wykorzystywana przy okazji rajdów rowerowych (przebiega tędy żółty szlak). Jednak ja prawie zawsze wolałam korzystać z równoległej ul. Stróżyńskiego. Powód? Na tej drugiej jest asfalt. Ciągle gdzieś mi śpieszno, więc skorzystanie z lepszej nawierzchni jest w takich sytuacjach w pełni uzasadnione. Ale... od dłuższego czasu stwierdzam, że chyba się starzeję. Spowalniam. Nie mam ochoty się spieszyć. Bo i po co? Życie jest tylko jedno. Krótkie. Warto się nim nacieszyć. Powoduje to, że coraz częściej wybieram drogi gruntowe. Dzięki temu docieram do malowniczych miejsc, mam czas na refleksję. Jedną z takich dróg stała się dla mnie ul. Deszczowa. Choć w całości znajduje się na terenie Poznania, to jednak dla mnie jest ona łącznikiem między tym miastem a Suchym Lasem. Przyjechałam więc tutaj Czerwonym, aby porozmyślać chwilę o tych moich dwóch światach. Było ciemno. Mój szerokokątny obiektyw nadal jest naprawiany, więc zdjęcie mogłam zrobić jedynie telefonem. Światła, które widać w tle to bloki i latarnie na Piątkowie. Przód Czerwonego został oświetlony przez inny samochód, który właśnie pokonywał skrzyżowanie znajdujące się za mną.


Poznań, ul. Deszczowa.

Jednak tych medytacji było mi mało. Do tego czułam, że tak jakoś wewnętrznie roznosi mnie energia. Znałam już to uczucie i wiedziałam, jak mogę sobie z nim poradzić. Wsiadłam więc do Czerwonego, uruchomiłam silnik i pojechałam dalej. Przez Morasko, Naramowice, Zawady i Rataje pognałam do... Kórnika. Dlaczego tam? Między nim a Poznaniem znajduje się droga ekspresowa. Uwielbiam ją pokonywać. Pozwala ona na podróż z większą prędkością. Jednocześnie nie jest tak nudna, jak autostrada. Górki, dolinki, zakręty... Noga szybko zaczyna ciążyć na pedale gazu... Człowiek nawet nie zauważa, kiedy pokonuje te ok. 20 km. Dopiero wjazd do Kórnika otrzeźwia nieco umysł. Wszak w mieście trzeba zwolnić do 50 km/h. Tym bardziej, że na samym wjeździe do miasta znajduje się komenda Policji. ;)

Podjechałam na rynek, aby zrobić zdjęcie z ratuszem w tle. Specjalnie zaparkowałam tak, żeby lampa zamontowana w ziemi oświetliła przód Czerwonego. Po tej małej sesji... po prostu wsiadłam do samochodu i pognałam w drogę powrotną. Gdy tak pędziłam ekspresówką, nagle w lusterku wstecznym zauważyłam jakiś niesamowicie szybko zbliżający się pojazd? UFO? Nie. Może Policja mnie goni? Nie. Jednak obiekt na tyle mnie wystraszył, że profilaktycznie zwolniłam. Chwyciłam kierownicę mocno w ręce i czekałam... Przygotowałam się w ten sposób, bo czułam, że pęd powietrza, który się wytworzy podczas wyprzedzania mnie, może zachwiać mój tor jazdy. I nagle... świssssssssssssssssst. Zatrzęsło Czerwonym. Na szczęście nie zmiotło mnie z mojego pasa. Nawet nie zdążyłam spojrzeć, jakiej marki był tamten samochód. Mogę jedynie podać, że jechał spokojnie z 250 km/h. :-O Chwilę później widziałam, jak mrugając 'długimi' światłami, dał do zrozumienia innym użytkownikom drogi, że "mają spływać". Ja zwolniłam jeszcze bardziej. Nie wystraszyłam się. Po prostu znów pomyślałam, że po co my wszyscy w tym życiu tak pędzimy?

Kórnik, rynek.