środa, 16 marca 2016

"Góralu, czy Ci nie żal..."

Tak mnie jakoś ostatnio naszło na sentymenty, wspomnienia z dzieciństwa, itp. Postanowiłam więc poświęcić jedną sobotę na wycieczkę śladami mojego dzieciństwa. Na pierwszy ogień pojechałam zaliczyć... 'shoping'. Spokojnie. Nie mam na myśli biegania z koszykiem po jakimś centrum handlowym. Choć do centrum się wybrałam. Używając tego określenia mam jednak na myśli środek miasta. :)

Zaparkowałam Czerwonego i udałam się pieszo w okolice Okrąglaka. Dlaczego tam? Chyba każdy Poznaniak wie, że jeżeli potrzebuje kupić coś od prawdziwego górala, to musi wybrać się właśnie w to miejsce. Co prawda, Pani, u której robiłam teraz zakupy pochodzi z Nowego Targu (niektórzy uważają, że tam nie mieszkają prawdziwi górale), ale mi to w niczym nie przeszkadzało. Znałam ją od lat. Po chwili rozmowy Pani uświadomiła mi, że ten interes prowadzi już tutaj od 40 lat! Jakoś ta informacja sprawiła, że poczułam się staro. Wszak - ja te stragany kojarzę z czasów, kiedy byłam dzieckiem, czyli od jakiś 20 lat...

Postanowiłam kupić góralskie kapcie. Miałam takie, jak byłam jeszcze małą dziewczynką. Od lat zbierałam się, aby znów sobie takie kupić, jednak jakoś czasu brakowało. Gdy wróciłam z zakupów, postanowiłam je sfotografować, aby mieć pamiątkę, gdy znów mnie na sentymenty weźmie. ;)

05.03.2016 r., Poznań, ul. Libelta.


Teraz zima mi niestraszna! :)


Następnie zabrałam Czerwonego w miejsce, które odkryłam kilka lat temu. Niedawno zabrałam tutaj rowerzystów, bo okazało się, że większość z nich nie miała pojęcia o jego istnieniu. Cóż mam na myśli? Chodzi o tor saneczkowy na Cytadeli. Jeden naszych rowerzystów był na tyle odważny, iż postanowił tędy zjechać. Grupa nie chciała być gorsza i ruszyła w pogoń za nim. Nie wiem jakim cudem - też dałam się w to wciągnąć. Wrażenia? Niezapomniane! :)

Tor obchodzi w tym roku 45-lecie istnienia. W trakcie budowy wyglądał tak -> klik.
W tle widać kawiarenkę, która dawniej prezentowała się w ten sposób -> klik.
Zimą faktycznie można tutaj śmigać na sankach (osobiście nigdy z niego nie korzystałam, ale jeszcze wszystko przede mną) -> klik.
À propos rowerów i tego toru - w 2011 r. doszło tutaj do tragicznego wypadku -> klik.  Nam się na szczęście udało zjechać bez uszczerbku na zdrowiu.


Tutaj widać ciąg dalszy toru. W dole widać ul. Szelągowską. Natomiast komin w tle należy do elektrociepłowni Poznań Garbary EC-I.


A skoro już 'zahaczyłam' o Cytadelę, to przypomniało mi się, że 'za dzieciaka' podziwiałam gwiazdę znajdująca się na szczycie tego pomnika:


Gwiazdę później zdjęto i słyszałam o niej różne legendy, ale ja o tym symbolu nie zapomniałam. Z resztą sami poczytajcie -> klik.

Podjechałam w jeszcze jedno miejsce znajdujące się przy Cytadeli. Ono z kolei kojarzy mi się... z nauką jazdy. Jednak nie z moimi kursami. Po prostu jest tutaj wzniesienie, na którym niejednokrotnie obserwowałam kursantów zmagających się z ruszaniem z ręcznego.



Następnie pojechałam odwiedzić rejony nad rzeką Wartą, o których ostatnio się sporo rozpisywałam. Tak mi się tam ostatnio spodobało i przy okazji przypomniało mi się, że znam tam od lat jeszcze kilka pięknych miejsc. Najpierw planowałam pojechać inną uliczką, ale coś mnie podkusiło, aby skręcić wcześniej. Coś mi podpowiadało, że może spotkam jakiś ciekawy samochód, Liczyłam na Trabanta, ale... Przejechałam kilkaset metrów i jak zauważyłam pewien obiekt, to aż głośno krzyknęłam: "O ku...". No, wiecie co. ;)

Jednak chyba jestem za to rozgrzeszona, prawda? Wszak, nie często spotyka się... Tarpana! I to z liczbą "13" w numerze rejestracyjnym! :D


Dla niewtajemniczonych - samochody te były produkowane w Poznaniu. W zeszłym roku w Szreniawie koło Poznania utworzono muzeum Tarpana. Robiąc zdjęcia, zastanawiałam się nawet, czy nie spotkałam jednego z eksponatów. Jednak na razie nie udało mi się tego ustalić.


W końcu dotarłam do obranego na ten dzień celu. Poniżej prezentuję Wam fragment Nadwarciańskiego Szlaku Rowerowego. Przyjechałam tutaj specjalnie, aby zrobić zdjęcia z tymi wierzbami. Dodam, że uwielbiam tędy wracać z moich rowerowych wojaży.


 

 

Robiąc poniższe zdjęcie musiałam uzbroić się w cierpliwość. Chwilę wcześniej jakiś Pan zatrzymał się idealnie w obranym przeze mnie kadrze i... zrobił telefonem małą sesję fotograficzną. Upatrzonym przez niego obiektem był... Czerwony. Kilka minut później ów Pan podszedł do mnie i zapytał o samochód. Ocenił, że Czerwony jest w niezłym stanie, ale jednocześnie sądził, że zaparkowałam go tak, bo się pewnie popsuł i czekam na pomoc. Niezwłocznie wyprowadziłam go z błędu.

 

Postanowiłam też pokazać Wam kolejny tunel. Przebiega on pod linią kolejową, która kilkaset metrów dalej przebiega po estakadzie kolejowej, którą zaprezentowałam wcześniej -> klik.
Podobną konstrukcję prezentowałam już w tym wpisie -> klik.



Przy okazji tej wyprawy odkryłam ciekawe miejsce. Co, jak co, ale na zlocie przyczep kempingowych jeszcze nie byłam. ;) Niewiadów - rulez! ;)

 

Odkryłam niedawno, że Czerwony znów miał swoje 5 minut w mediach. Tym razem został uwieczniony na parkingu. Jego zdjęcie zostało zaprezentowane na forum Syreniarzy -> klik. Wpis z: 2016-02-17, 10:06.

Przypomniało mi to, że od dłuższego czasu wybierałam się w miejsce, gdzie od lat stały Syreny. Obecnie stacjonuje tam tylko jedna, ale Czerwony postanowił ją odwiedzić. :)

 

Co ciekawe - już w 2007 r. udało mi się tutaj sfotografować tę Syrenę. I to w jakim towarzystwie! Z resztą sami zobaczcie:
03.04.2007 r., Poznań.


Na koniec tej relacji prezentuję jeszcze zdjęcie (zrobione tuż obok) z rozrośniętą robinią akacjową. Bardzo lubię te rośliny, jako motywy moich zdjęć. :)
















Czułam, że tego dnia po raz ostatni będę miała okazję do zrobienia jakiejś większej wycieczki z Czerwonym. Stąd też pozaliczałam prawie wszystkie miejsca, do których wybierałam się od dłuższego czasu, aby uwiecznić tam Czerwonego. Moje przeczucia się sprawdziły. Zapadła decyzja. Na dłuższy czas żegnam się z moim czerwonym towarzyszem. Jednak nie obawiajcie się. Bloga nie zamykam. Co prawda - nie będę relacjonować bieżących wycieczek (chyba, że spotkam na nich inne Wartburgi), ale przecież mam do opisania chociażby zloty w Eisenach, czy też wyjazdy do Puszczy Pyzdrskiej. Może i dobrze, że to się teraz zdarzyło? Jest szansa, że w końcu znajdę chwilę czasu na 'przekopanie' archiwum. :)

A co się stało z Czerwonym? Spokojnie. Jeszcze o tym napiszę za jakiś czas. :)

wtorek, 8 marca 2016

Dzień kobiet.

Dla Czerwonego i dla mnie jest to bardzo ważny dzień. 

Choć minęły już trzy lata, to pamiętam, jakby to było dzisiaj. Misiek wrócił do domu. Uwielbiam frezje, ale bukietem czerwonych róż też nie pogardzę. Jednak po wejściu do domu nie dostałam od niego żadnych kwiatów. W pierwszym momencie czułam się zawiedziona. Jedak po chwili w mojej dłoni leżał już pęk kluczy. "Spójrz za okno" - usłyszałam. W te pędy podbiegłam do okna, otworzyłam je i wychyliłam się nieco. Z wrażenia o mało nie wypadłam. Na dole stał... czerwony Wartburg. :-O

Wiedziałam już nieco wcześniej, że moja przygoda z Białym dobiega końca. Nie sądziłam jednak, że jego następca pojawi się w moim życiu akurat w takim dniu.

Po chwili byliśmy już na dole. Misiek przewiózł mnie 'wokół komina'. Auto powalało swoim rewelacyjnym stanem technicznym. Było prawie nowe. Kierownica niewyświecona. Fotele niewysiedziane. Niemalże pachniał nowością. Na liczniku 67 000 km przebiegu. Nówka! Niemniej - radość mieszała się z niesamowitym smutkiem. To był gwóźdź do trumny Białego. Białego, którego tak uwielbiałam (napisałabym, że wręcz kochałam, ale - to przecież "tylko" samochód).

Ilekroć wsiadam do Czerwonego i widzę kolor jego lakieru, od razu przed oczami mam bukiet czerwonych kwiatów, a to z kolei przypomina mi, w jakich okolicznościach dostałam kluczyki od niego.

Dzisiaj też spędziłam wieczór z Czerwonym. Zawiózł mnie, a gdzieżby indziej, jak nie do Centrum Kultury w Suchym Lesie. Po wielu latach w końcu wybrałam się do... kina (o ile mogę to tak nazwać). Skorzystałam z tej oferty -> klik.

Zajechałam na ostatnią chwilę. Byłam przekonana, że o miejscu siedzącym mogę zapomnieć. Gdy weszłam do sali - zaniemówiłam. Na 200 miejsc zajętych było... ok. 20. Dzięki temu usiadłam w 3 rzędzie. Przyznaję, że na tak kameralnym pokazie chyba nigdy nie byłam. :)

Pierwszy film wywołał sporo zabawnych reakcji i to pomimo tego, że poruszał on temat rasizmu. Jak widownia się rozkręciła (szczególnie jedna Pani, która zarażała swoim śmiechem pozostałych ludzi), to na sali było słychać jeden wielki ubaw. Czułam, jak stres z całego dnia ze mnie spływa. Zrelaksowałam się.

Nastąpiło 20 minut przerwy. Na kolejnym seansie pojawiło się więcej osób. Może nawet 50.

Tym razem film był trudny. Momentami obrazy kojarzyły się z tym, co można podziwiać w dziełach Pedro Almodóvar'a. Tutaj myślą przewodnią była młodość. Przedstawiano ją na różny sposób. Najważniejsze zdanie, jakie z niego zapamiętałam to: "emocje to wszystko, co mamy". Utkwiło mi to pewnie dlatego, że ja wiele rzeczy obserwuję, przeżywam i analizuję. Dość emocjonalnie podchodzę do życia.

W filmie wspomniano też, że ludzie nie są ani piękni, ani brzydcy, ale pociągają nas ci pośrodku. Ja bym jeszcze dodała, że także emocje im towarzyszące. Wszak to one pozostają, gdy uroda już przeminie.

Po wszystkim poszłam do samochodu. Zrobiłam zdjęcie - po lewej stronie widać wejście do Centrum Kultury i Biblioteki Publicznej w Suchym Lesie.


Znów pojechałam na ulicę, którą opisałam w tym wpisie -> klik.
Stanęłam z boku. Wyłączyłam silnik. Uchyliłam okno i... 'słuchałam' ciszy. Wyobrażacie sobie? Znajdowałam się w Poznaniu. Mieście, w którym mieszka ponad 550 000 ludzi. A ja 'słyszałam' ciszę. Jedyne dźwięki, jakie do mnie docierały, to kropelki mżawki uderzające o dach Czerwonego i szum samochodów skręcających na skrzyżowaniu znajdującym się nieopodal. Jednak ruch o tej godzinie był już znikomy, więc głównie słyszałam tę kapiącą z nieba wodę... Gdy przemyślałam swoją młodość ;) i napałałam się tą ciszą, pomknęłam do domu. Wyciągnęłam telefon i sfotografowałam ten 'bukiet kwiatów', który dostałam trzy lata temu:


niedziela, 6 marca 2016

Trasa Warta Poznania.


Kontynuując temat poruszony w tym wpisie -> klik.

Okolice estakady kolejowej mnie wchłonęły, zachwyciły, zainspirowały. Przy pierwszej rowerowej wizycie tutaj niestety bardzo mało ścieżek udało mi się objechać. Było wtedy zbyt zimno, a do tego większość dróg pokrywał... lód. Utrudniało to znacznie jazdę. Postanowiłam więc wrócić tutaj przy bardziej sprzyjającej aurze. Jak już wiecie - wróciłam tutaj, ale na 'pokładzie' Czerwonego. Nie chciałam go jednak zamęczać jazdą po tych bezdrożach, więc wizyta skończyła się na zrobieniu zdjęć, które już pokazałam. Jednak temat męczył mnie dalej. Czułam, że ja muszę tutaj wrócić. Czułam, że znajdę coś, co mnie zachwyci.

Może bym i Was nie zanudzała zdjęciami z mojej drugiej rowerowej wyprawy w ten teren, bo jaki to ma związek z Czerwonym? Jedynie nawiązanie do jego sesji fotograficznej może połączyć te tematy, ale też... Krążąc po chaszczach, natrafiłam na pewien wątek motoryzacyjny, więc jednak ośmielam się opisać tę wycieczkę.

Najpierw dotarłam nad rzekę Wartę. Jak wiadomo, przepływa ona przez miasto Poznań i jest jego swoistym symbolem. Stąd też w tytule dzisiejszego wpisu środkowy wyraz celowo napisałam dużą literą. :)

20.02.2016 r., Poznań, rzeka Warta.


Następnie podążyłam ścieżynką, którą zauważyłam nieopodal. Dróżka była wąska. Często musiałam się zatrzymywać, nie tylko w celu wykonania zdjęć, ale też po to, aby... przenieść rower ponad powalonymi drzewami.



Jednak nie poddawałam się. Co prawda miałam chwile zwątpienia. Chciałam się cofnąć. Wszak - byłam sama. Nie znałam terenu. Bałam się, że ktoś obcy mnie zaatakuje. Widząc jednak coraz bardziej malownicze miejsca, odsunęłam wszelkie obawy na bok i 'brnęłam' dalej. Fakt faktem - więcej szłam obok roweru, niż na nim jechałam. Ale było tam tak pięknie, że nawet mi to pasowało. Mogłam bardziej upajać się tymi widokami. W pewnym momencie dotarłam do cudownego 'mostu'. Zauważycie go w lewym dolnym narożniku zdjęcia. Urokliwy, prawda? ;) Konstrukcja jednak się sprawdziła - przeszłam suchą nogą! :)


Po dłuższej chwili dotarłam do przedmiotu, który stanowi dzisiejszy wątek motoryzacyjny. Co prawda jest on nieco niekompletny - ząb czasu go nieco nadgryzł, jednak, kochani - pamiętacie te butelki z CPN? Znalazłam ich tam kilka!


Zakreśliłam pętlę, dzięki której wróciłam do estakady kolejowej. Dzięki temu mogłam ruszyć w kierunku terenu, którego nie udało mi się z eksplorować przy poprzednich tutejszych wizytach.


Trafiłam na niezły off road. Na zdjęciu nie udało mi się tego do końca oddać. Liczę, że dotrę tutaj kiedyś Czerwonym i przy odpowiednim ustawieniu go do zdjęcia, pokażę Wam nachylenie tej drogi.


Jadąc cały czas wzdłuż Warty, dojechałam do kolejnego urokliwego miejsca. Po lewej stronie widać elektrownię Karolin. Natomiast na prawo na skarpie zalega wrak kajaku.


Kilkadziesiąt metrów dalej odkryłam miejsce, które mnie tutaj tak intuicyjnie przyciągało. Boże, jak tutaj było pięknie! Co prawda znów trzeba było prowadzić rower i przenosić go nad powalonymi drzewami, ale co tam! Dla taki widoków warto było! Jak widać na zdjęciach - jest to bobrowy raj.



Gdy odwróciłam się w lewo, ujrzałam dwa jelenie. Zaniemówiłam. Na szczęście przytomny umysł mi szybko podpowiedział, abym aparat przełączyła w tryb nagrywania filmów. Niestety, jelenie były szybsze i zdążyły uciec, ale... stado składało się z czterech sztuk. Tym sposobem udało mi się sfilmować kolejne dwa egzemplarze. Czy to się nie nazywa szczęście? :) Sami zobaczcie:


Jak już napałałam się widokiem zwierzyny, postanowiłam ruszyć w dalszą drogę. No i kolejne zaskoczenie. Trafiłam na punkt widokowy, z którego rozpościera się widok na Czerwonak. Najpierw pokażę Wam akwen "Marina":


Przesuwając kadr w prawo, można na drugim brzegu dojrzeć dom kultury Sokół oraz halę sportową.


Okazało się, że podążając dalej obraną drogą, dotarłam do oficjalnego Nadwarciańskiego Szlaku Rowerowego. Tylko co on ma wspólnego z Wartą, skoro przebiega w oddaleniu od rzeki i omija takie widoki?! Więc jak tylko mogłam, ponownie zboczyłam z niego i trafiłam do lasu, w którym odkryłam piękne dęby:


Byłam zauroczona całą tą wyprawą. Traf chciał, że następnego dnia odbywał się rajd rowerowy. Po zakończeniu jego oficjalnej części, postanowiłam namówić rowerzystów, aby pojechali ze mną nad Wartę. Tak bardzo chciałam się podzielić z innymi moim odkryciem. Sądząc po ich minach i komentarzach - uznaję, że nie żałowali. :) Z resztą sami zobaczcie -> klik.

czwartek, 3 marca 2016

Boogie-woogie.


Skoro ostatnio przybliżyłam Wam temat spektaklu wystawionego na scenie CKiPB w Suchym Lesie -> klik, to teraz chciałabym podzielić się opisem koncertu -> klik, który miałam okazję zobaczyć na początku stycznia. Tak, tak - wiem. Jestem niezwykle na bieżąco. ;) Ale - do rzeczy.

W przeciwieństwie do ww. spektaklu, w kwestii tego koncertu zdecydowanie lepiej się przygotowałam. Idąc na koncert lubię wiedzieć, że będzie to uczta dla mojej duszy. Muzyka jest dla mnie niezwykle ważna, więc decydując się na przeżycie czyjegoś występu artystycznego, chcę wiedzieć, że nie będzie to zmarnowany czas. 

Przyznaję szczerze - dopóki na stronie CKiPB w Suchym Lesie nie pojawiła się informacja o tym koncercie i artyście, który będzie na nim występował - nie miałam pojęcia o istnieniu tego człowieka. Poświęciłam więc kilka godzin (!), szperając w Internecie, aby go poznać.

Zacznę od najważniejszego, czyli strony oficjalnej -> klik. Z niej dowiecie się, że Pan Maciej Markiewicz, bo to o nim mowa, jest nie tylko pianistą, ale również malarzem. Przeglądając różne materiały, natrafiłam również na informację, że związany jest on z... powiatem obornickim. Jakże mi się w tym momencie miło zrobiło. Wszak, tak bardzo lubię bywać na zdjęciach w tamtych rejonach...

Obejrzałam też kilkadziesiąt filmików, na których można podziwiać grę Pana Macieja. Od razu zauważę najważniejszy fakt - specjalizuje się on w graniu boogie-woogie. Jest to specyficzna muzyka. Nie każdemu odpowiada. Niemniej - uznałam, że faktycznie świetnie wpisuje się w tematykę koncertu noworocznego.

Podlinkuję Wam kilka najciekawszych filmików (cobyście nie musieli spędzić nad tym tylu godzin, co ja ;) ):
1) muzyka zobrazowana dziełami Pana Macieja -> klik,
2) Pan Maciej swego czasu grał wraz z Panem Markiem Gidaszewskim w duecie M2. Oto jedno z nagrań z tego okresu -> klik,
3) pomijając rozstrojony fortepian - to jest świetne. Szczególnie, jak dołącza drugi muzyk... Słyszycie w pewnym momencie hasło: "pociąg"? Tutaj znów dedykacja dla Marcina. ;) -> klik, 
4) tym filmikiem jestem najbardziej oczarowana, a dokładniej - zaprezentowaną w nim kompozycją o nazwie "Świt". Czy słuchając tego, też macie w oczach obraz wschodzącego słońca przy nieco zamglonym powietrzu, śpiewające w tle ptaki, powiew ciepłego powietrza i otulenie jedwabiem, aksamitem, bądź czymś równie mięciutkim? Leżycie w łóżku i patrzycie przez okno, widząc to wszystko, czując... -> klik.
5) dzisiaj jeszcze trafiłam na to. Benefis uwielbianego przez mnie Pana Zbigniewa Wodeckiego - jaki ten świat jest maleńki! -> klik.

Wypadałoby, abym w końcu zrelacjonowała koncert, prawda? Do dzieła więc! A rozpoczął się on nietypowo. Pan Maciej podszedł do mikrofonu i... w przejmujący sposób opowiedział o człowieku, który zmarł dosłownie 3 dni wcześniej. Najpierw nie kojarzyłam, o kim mowa. Później przypomniałam sobie, że chyba go nawet raz widziałam w centrum Poznania. Jednak to i tak niewiele. Nie moja 'branża'. Niemniej - podziwiałam, że Pan Maciej poświęcił sporą chwilę na przybliżenie tej postaci, na opowiedzenie kilku anegdot. Było to wzruszające. Przykre jest tylko to, że media relacjonujące koncert zupełnie pominęły ten wątek. Na szczęście ja tam byłam i Wam to przekazuję. :)


Wspomnianą w czasie koncertu osobą był Pan Tadeusz Lis, uliczny grajek. Wiele osób znało go pod  pseudonimem Mandat. Skąd taka nazwa? Kliknijcie tutaj -> klik. Chcecie posłuchać tego Pana? Proszę bardzo -> klik. A wyobrażacie sobie jazdę takim pociągiem? -> klik. Czy jest to wybitne? Nieistotne. Ważne, że płynęło z serca i było śpiewane z pasją. :)

Cieszę się, że zabrałam aparat fotograficzny. Siedziałam dość daleko od sceny, więc zrobienie zdjęć stanowiło pewne wyzwanie, ale od czego jest teleobiektyw, nieprawdaż? :) Dzięki temu mogę zaprezentować Wam małą fotorelację.

03.01.2016 r., Suchy Las, sala widowiskowa Centrum Kultury i Biblioteki Publicznej w Suchym Lesie.


W pewnym momencie na scenie zebrał się mały tłum. Do Pana Macieja dołączył perkusista - Pan Ryszard Janusz. Połączenie tych dwóch instrumentów - fortepianu i perkusji... Mmm... Jeszcze tylko gitarzysty zabrakło - wówczas byłabym wniebowzięta. :)

Później Pan Maciej znów mnie zaskoczył. Dając szansę młodszemu pokoleniu, wprowadził na scenę drugiego pianistę. Dzięki temu świat usłyszał o Panu Oskarze Stabno, którego pozostawiono sam na sam z publicznością. 

Patrząc na miny Panów, można odnieść wrażenie, że mówią coś w rodzaju: "No, to my zrobimy sobie małą przerwę, a Ty przez ten moment zabawiaj Państwa".


W niedługim jednak czasie Pan Maciej powrócił na scenę i obaj Panowie zagrali w duecie. Przy tej okazji udało mi się zrobić kilka zabawnych zdjęć.




Tak prezentował się układ instrumentów na scenie. Żałuję, że nie siedziałam bliżej, to by mi głowy innych osób z widowni nie zasłaniały widoku. Choć z drugiej strony - dodaje to autentyczności i klimatu temu zdjęciu. :)


Tym razem zabraknie zdjęcia Czerwonego. Po wyjściu z koncertu próbowałam go jakoś uwiecznić na tle CKiPB. Jednak było tak zimno, że nie byłam w stanie utrzymać dłużej aparatu. Ręce trzęsły mi się z zimna. Wyszły więc jakieś niedoświetlone muźgi, tak więc odpuszczam sobie publikowanie ich. Niemniej zapewniam - Czerwonego tam nie zabrakło. :)

Polecam też reportaż z koncertu, który znajdziecie tutaj -> klik.
Fotorelacja przygotowana przez redaktor naczelną Gazety Sucholeskiej -> klik.

sobota, 27 lutego 2016

Kontemplacja.

Byłam dzisiaj na spektaklu pt. "Seks dla opornych". Słyszałam o nim sporo. Wiele osób polecało. Postanowiłam więc wybrać się osobiście i sama ocenić. Zapakowałam się do Czerwonego i pognałam do Suchego Lasu (spektakl zaprezentowano na scenie tutejszego Centrum Kultury).

Przyznaję, że nie zagłębiłam się wcześniej w tematykę. Poszłam na tzw. żywioł. Wystarczy fakt, że spektakl był tutaj wystawiany po raz 31. (hihi - odwrotność liczby 13)!

Gdy pojawiłam się w Centrum Kultury, publiczność już zajęła większość miejsc. Nie miałam więc żadnych szans, aby usiąść gdzieś z przodu. Zajęłam więc miejsce z tyłu. Sala zapełniła się po brzegi. Zgasło światło. Spektakl się rozpoczął. Historia przedstawiona na scenie opowiadała o małżeństwie z 25-letnim stażem, w które wkradła się już rutyna, codzienność, szarość. Alice, żona Henry'ego, postanowiła ożywić związek. W tym celu wynajęła pokój w luksusowym hotelu i zaprosiła do niego swojego męża. Tam, ślęcząc nad poradnikiem "Seks dla opornych", oboje próbowali zrozumieć sens tego, po co tam się spotkali. Wiele sytuacji było okraszonych żartem, który miał ukryte drugie dno. Wybuchaliśmy śmiechem. Było zabawnie, momentami aż do łez. Więcej szczegółów nie opiszę, aby nie odbierać przyjemności tym, którzy postanowią wybrać się na to przedstawienie.

Muszę jednak przyznać, że wiele dialogów uderzało w czułe miejsca. Zastanawiałam się, ile osób ze zgromadzonych na sali, weźmie sobie do serca usłyszane słowa.

Skąd przemyślenia u mnie? Pomijając moje różne miłosne historie, ostatnimi czasy sporo słucham opowieści moich znajomych/przyjaciół/rodziny. Gdzie człowiek się nie obejrzy to zdrady/rozwody/rozstania. Co jest tego przyczyną? Trudno to ująć w jedno zdanie. Uważam, że najczęstszym problemem jest... nieumiejętność szczerej rozmowy z drugą połową. Brak rozmowy powoduje nierozwiązywanie problemów na bieżąco. To z kolei doprowadza do nawarstwienia spraw. Nie rozmawia się też o swoich pragnieniach, bądź nie egzekwuje się ich. Gdy człowiek w końcu to pojmuje, jest już za późno. Wszystko się rozpada... Ten problem też został poruszony w spektaklu.

Kolejną kwestią jest pogoń za dobrami materialnymi. Szukamy dobrej pracy, zarabiamy górę pieniędzy i co? I któregoś dnia budzimy się i ze zdziwieniem stwierdzamy, że nie znamy naszych najbliższych. Nie znamy ich potrzeb. Tak bardzo byliśmy skupieni na gromadzeniu majątku, że nie mieliśmy czasu dla najbliższych. To z kolei sprawiło, że z nimi nie rozmawialiśmy, czyli... wracamy do tego, co poruszyłam w poprzednim akapicie. Zagadnienie to również zostało przedstawione w historii o Alice i Henry'm.

Z kolei, dodając to już od siebie, mogę napisać, że warto też zwrócić uwagę, spod jakiego znaku zodiaku jest nasza druga połowa. Przyznam, że nie wierzyłam wcześniej w horoskopy. Jeśli już, to wyznawałam 'kult' magii imion. Polega on na tym, że uważa się, iż osobę o danym imieniu określają konkretne cechu charakteru. Mam nawet książkę, która przybliża ten temat.

Jednak w wyniku rozmów z kilkoma osobami i dokonaniu wielu obserwacji, doszłam do wniosku, że coś w tych horoskopach jest. To mi pomogło lepiej zrozumieć samą siebie. Niestety jestem zodiakalnym Strzelcem. Dlaczego niestety? Mój znak narzuca mi cechy, które mnie samą czasami denerwują. Z drugiej strony - co ja za to mogę, że gwiazdy tak mną kierują? ;) Sami poczytajcie -> klik. Nie raz wspominałam Wam, że miałam szczęście, iż przytrafiła mi się jakaś przygoda? Prawda? Uwielbiam przestrzenie - dlatego wolę fotografować autobusy poza miastem, niż w jego centrum. Uwielbiam jazdę na rowerze. Najlepiej poza miastem. ;) To z kolei dowód na to, że kocham wolność. Jeśli jesteście wrażliwi - lepiej nie pytajcie mnie o moje zdanie. Walę prosto z mostu, co sądzę na dany temat. I naprawdę nie wiem, dlaczego sugeruje się, że byłabym dobrym instruktorem samochodowym, bądź podróżnikiem. Hhmm... czy ja lubię odpoczywać aktywnie? Dobrze - to było pytanie retoryczne. ;) Rozbawił mnie też fragment o wyścigach samochodowych, jeździe konnej i strzelaniu. Wszystkiego już z tej listy w życiu spróbowałam. :D Zgadzam się z 95 % opisu, który znajdziecie w podlinkowanej stronie. Podobnie z resztą jak tutaj -> klik.
"Strzelce są zdolne do autoinspiracji i automotywacji". Czy ten fragment muszę w ogóle komentować? :D
Zgodnie z horoskopem najłatwiej dogaduję się z: Baranem, Lwem, Wagą, i Wodnikiem. I wiecie co? To jest święta prawda! Najlepszym tego dowodem są... moi Rodzice. ;) Jednak swoje zdanie w tej sprawie opieram też na obserwacji większej grupy osób spod tych znaków.

Wracając do tematu zwracania uwagi na łączenie się w parę z osobą z 'odpowiedniego' znaku zodiaku, warto kliknąć tutaj -> klik.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że takie dopasowanie nie gwarantuje udanego związku. Wszak na naszą osobowość składa się tysiące innych rzeczy. Jednak mając choć ogólną wiedzę o cechach zodiakalnych, można łatwiej zrozumieć drugą osobę. Ostatnio spotkałam kilka osób, które wykazują 95% cech swojego znaku zodiaku. Jest mi teraz łatwiej zrozumieć (choć nie oznacza to, że zgadzam się z nim) ich światopogląd, wiedząc jaki znak ich reprezentuje. To jest niesamowite!

To się rozpisałam na zupełnie inny temat... Autoinspiracja, tak? ;) Wracając do tematu spektaklu i łącząc go z podlinkowanymi stronami, podaję ciasteczko chińskie na dzisiaj: "Żadna ziemska rozkosz, ani szczęście w niebie nie jest warte nawet szesnastej części szczęścia, które daje zniweczenie pragnień".

Wyszłam naładowana takimi emocjami, iż czułam, że muszę to jakoś odreagować. Burza myśli, tysiące wspomnień, pytań kłębiących się w głowie. Najpierw podjechałam w miejsce, które jest swoistym połączeniem moich dwóch światów (kolejna cecha Strzelców ;) ). Dotychczas nie przepadałam za tą ulicą. Jest ona wykorzystywana przy okazji rajdów rowerowych (przebiega tędy żółty szlak). Jednak ja prawie zawsze wolałam korzystać z równoległej ul. Stróżyńskiego. Powód? Na tej drugiej jest asfalt. Ciągle gdzieś mi śpieszno, więc skorzystanie z lepszej nawierzchni jest w takich sytuacjach w pełni uzasadnione. Ale... od dłuższego czasu stwierdzam, że chyba się starzeję. Spowalniam. Nie mam ochoty się spieszyć. Bo i po co? Życie jest tylko jedno. Krótkie. Warto się nim nacieszyć. Powoduje to, że coraz częściej wybieram drogi gruntowe. Dzięki temu docieram do malowniczych miejsc, mam czas na refleksję. Jedną z takich dróg stała się dla mnie ul. Deszczowa. Choć w całości znajduje się na terenie Poznania, to jednak dla mnie jest ona łącznikiem między tym miastem a Suchym Lasem. Przyjechałam więc tutaj Czerwonym, aby porozmyślać chwilę o tych moich dwóch światach. Było ciemno. Mój szerokokątny obiektyw nadal jest naprawiany, więc zdjęcie mogłam zrobić jedynie telefonem. Światła, które widać w tle to bloki i latarnie na Piątkowie. Przód Czerwonego został oświetlony przez inny samochód, który właśnie pokonywał skrzyżowanie znajdujące się za mną.


Poznań, ul. Deszczowa.

Jednak tych medytacji było mi mało. Do tego czułam, że tak jakoś wewnętrznie roznosi mnie energia. Znałam już to uczucie i wiedziałam, jak mogę sobie z nim poradzić. Wsiadłam więc do Czerwonego, uruchomiłam silnik i pojechałam dalej. Przez Morasko, Naramowice, Zawady i Rataje pognałam do... Kórnika. Dlaczego tam? Między nim a Poznaniem znajduje się droga ekspresowa. Uwielbiam ją pokonywać. Pozwala ona na podróż z większą prędkością. Jednocześnie nie jest tak nudna, jak autostrada. Górki, dolinki, zakręty... Noga szybko zaczyna ciążyć na pedale gazu... Człowiek nawet nie zauważa, kiedy pokonuje te ok. 20 km. Dopiero wjazd do Kórnika otrzeźwia nieco umysł. Wszak w mieście trzeba zwolnić do 50 km/h. Tym bardziej, że na samym wjeździe do miasta znajduje się komenda Policji. ;)

Podjechałam na rynek, aby zrobić zdjęcie z ratuszem w tle. Specjalnie zaparkowałam tak, żeby lampa zamontowana w ziemi oświetliła przód Czerwonego. Po tej małej sesji... po prostu wsiadłam do samochodu i pognałam w drogę powrotną. Gdy tak pędziłam ekspresówką, nagle w lusterku wstecznym zauważyłam jakiś niesamowicie szybko zbliżający się pojazd? UFO? Nie. Może Policja mnie goni? Nie. Jednak obiekt na tyle mnie wystraszył, że profilaktycznie zwolniłam. Chwyciłam kierownicę mocno w ręce i czekałam... Przygotowałam się w ten sposób, bo czułam, że pęd powietrza, który się wytworzy podczas wyprzedzania mnie, może zachwiać mój tor jazdy. I nagle... świssssssssssssssssst. Zatrzęsło Czerwonym. Na szczęście nie zmiotło mnie z mojego pasa. Nawet nie zdążyłam spojrzeć, jakiej marki był tamten samochód. Mogę jedynie podać, że jechał spokojnie z 250 km/h. :-O Chwilę później widziałam, jak mrugając 'długimi' światłami, dał do zrozumienia innym użytkownikom drogi, że "mają spływać". Ja zwolniłam jeszcze bardziej. Nie wystraszyłam się. Po prostu znów pomyślałam, że po co my wszyscy w tym życiu tak pędzimy?

Kórnik, rynek.

piątek, 26 lutego 2016

Pociąg.

Tytuł wpisu dedykuję Marcinowi, który kiedyś nagrał niezwykle poruszający film o pociągu. Od tamtego czasu wyraz "pociąg" nabrał bardziej kontemplacyjnego znaczenia. ;)

No, dobrze, a co Czerwony ma wspólnego z pociągiem? Dowiecie się, jak przeczytacie opis mojej kolejnej wyprawy. Jednak najpierw cofnę się nieco w czasie.

Od wielu lat przyglądałam się temu pojazdowi. Od wielu lat stał w tym samym miejscu. Nigdy nie widziałam go w ruchu, aż... Dokładnie na dzień przed moim egzaminem na prawo jazdy kat. D zobaczyłam go. W ruchu! Po ręką miałam tylko telefon, więc zdjęcie jest mało wybitne, ale jakie to ma w tym momencie znaczenie? Dobrze, że akurat trafiłam na czerwone światło. Normalnie nie dowierzałam. Co więcej - uznałam to za dobry znak. Stwierdziłam, że skoro po tylu latach obserwacji spotkałam tego Ziła w ruchu - to musiał być znak. Uznałam, że to oznacza, iż następnego dnia zdam egzamin. Jak już wiadomo - moja przepowiednia sprawdziła się. :)


28.05.2015 r. Poznań, ul. Garbary.


Nie wspomniałam o tym wątku wcześniej, gdyż chciałam najpierw zrobić wspólne zdjęcie z Czerwonym - w miejscu, w którym na co dzień można spotkać tę ciężarówkę. Zajęło mi to pół roku, ale w końcu mogę napisać: tadaaa!

17.01.2016 r., Poznań, ul. Naramowicka.


Co ciekawe - na kursie na autobus często przejeżdżałam 'moim' czerwonym MANem obok tego pojazdu. Instruktor zawsze mi przypominał o lusterkach, abym, broń Boże, nie zahaczyła. ;) Na egzaminie też tędy pomykałam Autosanem...

Wystarczy tych sentymentów. Wróćmy do mojego Wartburghini. :) Skoro już ruszyłam Czerwonego na wycieczkę, postanowiłam podjechać nim w miejsce, które odkryłam tej zimy.

W 2015 r. była planowana tutaj wycieczka Ikarusem. Punktem kulminacyjnym miał być fotostop tego autobusu na tle estakady kolejowej. Niestety, impreza nie wypaliła. Na szczęście mam swój zabytkowy pojazd i nie muszę się na nikogo oglądać. :P 

Najpierw objechałam ten teren na rowerze. Jak już odkryłam, jak dojechać tutaj samochodem - przyjechałam Czerwonym. Autko ustawiłam w odpowiedni sposób i zaczęłam sesję. Było mroźnie. Na szczęście nie padało. Dookoła cisza. Można było kontemplować i upajać się spokojem.


Aż tu nagle... Coś zaczęło szumieć. Od razu pomyślałam, że to może jakiś pociąg się zbliża, bo dźwięk był co najmniej nietypowy. Nie chciałam jednak uwierzyć w swoje szczęście. To przecież niemożliwe, żeby akurat teraz pociąg stukotał po torach. Do tego wiatr się wzmógł i zaczął sypać śnieg. Nie za dużo tego wszystkiego na raz? :D

Dźwięk się nasilał. Po jego rozchodzeniu się w przestrzeni oceniłam, że to na pewno pociąg i uznałam, że jedzie w moim kierunku. Spojrzałam na górę - ha, ha, ha. Jedzie! Nie ukrywam, że zgodnie z zasadami fotografii komunikacyjnej, sknociłam to zdjęcie. Nie robiłam zdjęć seryjnych (ach, te przyzwyczajenia z fotografii analogowej), a na tym kadrze, który Wam prezentuję - lokomotywa 'wjechała' w słup. Na swoją obronę mam tylko to, że wiatr 'zmroził' mi palce i moja reakcja w temacie wciśnięcia spustu migawki była opóźniona. Nie zmienia to faktu, że miałam niesamowitego fuksa. Z tej estakady korzystają jedynie pociągi towarowe. Składy osobowe pojawiają się tutaj przy okazji jakiś imprez komunikacyjnych, czyli raz na ruski rok. Bez znajomości rozkładu jazdy pociągów towarowych, nie ma co liczyć na zdjęcie z pociągiem. Naprawdę miałam szczęście. :)


Ogarnąwszy temat estakady, zapakowałam się do samochodu i pomknęłam dalej. Kolejnym celem był... Trabant. Wypatrzyłam go jakiś czas temu. Stoi on w Suchym Lesie. Biedaczek wrósł się nieco w teren. :(
Odkryłam go też przez przypadek. Niedawno w tym rejonie był wytyczony objazd dla autobusów. Przy okazji poznałam kilka uliczek, o których istnieniu wcześniej nie wiedziałam. Krążąc po nich i 'rozkminiając' kolejne połączenia drogowe, moją uwagę odwrócił właśnie ten Trabant. Wcześniej nie miałam czasu, aby zatrzymać się koło niego. Skoro więc teraz znalazłam chwilkę na zrobienie sesji Czerwonemu...



niedziela, 14 lutego 2016

Walentynki.

Właściwie nie obchodzę takich 'obcych' świąt. Jednak ten wyjątek potwierdza regułę. Jest ono tak sympatyczne, że nie będę sobie (bez względu na to, czy jestem z kimś aktualnie związana czy też nie)  tego odmawiać. 

06.02.2016 r.
Objeżdżałam trasę rajdu rowerowego. Tydzień wcześniej zrobiłam to na rowerze. W ciągu tygodnia padał deszcz, więc postanowiłam sprawdzić, czy drogi są nadal przejezdne dla naszych jednośladów.

Jednak tym razem nie chciałam tracić czasu, a że miałam jeszcze kilka spraw do załatwienia, więc zabrałam Czerwonego na małą wycieczkę. W pewnym momencie wypatrzyłam na trasie pewną ciekawostkę. Od razu wiedziałam, że stanie się ona walentynkowym motywem na bloga. Musiałam jedynie 'odwrócić' Czerwonego, gdyż jechałam w stronę przeciwną niż to wynika ze zdjęcia. Ale co to dla mnie. Cyk-smyk i autko zostało ustawione właściwie. :) A teraz spójrzcie oczami swojej wyobraźni. Widzicie serduszko? Co ciekawe - tydzień wcześniej tego tutaj nie było. :)


Pojechałam dalej. Nie pokonałam jednak zbyt sporego dystansu, gdyż czekał już na mnie kolejny motyw. Widzicie po lewej stronie tę grupę drzew? Jak ja uwielbiam takie stare wierzby! Oczywiście do zrobienia zdjęcia znów musiałam 'odwrócić' Czerwonego. ;)


Nie ujechałam zbyta daleko, gdy... znów musiałam 'odwrócić' Czerwonego. Dobrze, że na takie wyprawy jeżdżę sama, bo chyba nikt nie wytrzymałby tych moich fotostopów co 5 metrów. ;) Ale co ja na to poradzę, że po drodze jest tyle pięknych miejsc, które warto uwiecznić na matrycy aparatu. Powiedzcie sami - czy mogłam obojętnie przejechać obok tak urokliwych wierzb?


Tego odcinka obawiam się najbardziej. Tydzień wcześniej to tutaj było jedno, wielkie błoto! Byłam mile zaskoczona, że pomimo opadów w ciągu tygodnia, to miejsce tak ładnie podeschło. Przy okazji - nie sądziłam, że w tym rejonie jest tyle sadów. Jak to mawiają - podróże kształcą. :)


Zdjęcia ze Skałowa, gdzie miała być meta rajdu, nie mam. Nie chciałam już tracić czasu na to. Dzień powoli się kończył, a ja postanowiłam jeszcze na szybko ułożyć jakąś prowizoryczną drogę powrotną. Nie chciałam powtarzać trasy, którą wracałam na rowerze tydzień wcześniej, gdyż jest ona już tak oklepana, że mi się czasami słabo robi, jak słyszę, że mam nią znów jechać.

Szybko rzuciłam okiem na mapę, przemknęłam po "street view", który mam w swojej głowie (kiedyś objeżdżałam te rejony na rowerze, tak więc była to kwestia odtworzenia zapamiętanych obrazów) i ruszyłam dalej. Przy okazji postanowiłam podjechać w miejsce, które znajdowało się nieopodal. Ostatnio zastanawiałam się, jak się to tych semaforów dojeżdżało. Ponieważ to sobie przypomniałam - postanowiłam wykorzystać fakt, iż byłam w pobliżu. Zawsze mnie zastanawiało, dlaczego one tutaj stoją. Czyżby właściciel działki był miłośnikiem kolei? Dodam, że tory (czynne) znajdują się po drugiej stronie szosy, której fragment widać w prawej części zdjęcia.


Przez cały dzień niebo było zachmurzone. Jednak pod koniec dnia (być może w nagrodę za mój trud ;) ), było mi dane zobaczyć coś takiego:


Kto wie? Może to efekt tego, iż cały dzień słuchałam płyty Skaldów. Tak, tak -  w końcu ją kupiłam. Z resztą razem z nią moja płytoteka wzbogaciła się o płyty:
Banaszak Hanna. Złota kolekcja. W moim magicznym domu.
Frąckowiak Halina - Złota kolekcja. Mały elf.
Republika - Złota kolekcja, Biała flaga. Nowe sytuacje.

Wracając do Skaldów. Pół dnia słuchałam mojego ulubionego przeboju tego zespołu, czyli "Wszystko kwitnie wkoło". Gdy zobaczyłam to słonko za oknem - naprawdę poczułam, że wiosna jest tuż, tuż. A co do Walentynek... Jak wsłuchacie się w słowa piosenki, to traficie na fragment:
"Nawet w bramie pan Walenty stróż,
puszcza wiosną pierwsze pędy już". :)
(słowa: M. Bobrowski)

Nie znacie tej piosenki? To looknijcie tutaj -> klik. Nawet mnie nie pytajcie, co robi liczba 13 w tle... To naprawdę przypadek. Chyba. ;)

Słuchając płyty z twórczością Skaldów trafiłam na utwory, których dotychczas w ogóle nie znałam. Kojarzycie coś takiego? -> klik Tekst jest obłędny -> klik.. ;)

Natomiast z okazji Walentynek Czerwonemu dedykuję tę -> klik.
"Na dzień, na dwa, na trzy zmienimy wokół świat
Na dzień, na dwa, na trzy to wszystko dokoła nas
Tak długo, długo, długo
To wszystko można dać, to wszystko sercem daj
To tylko serce twe tak bardzo zmieniło świat
Na jedną może chwilę".
(słowa: L. A. Moczulski)

Niewątpliwie Czerwony zmienił mój świat, moje życie. Oby jego 'serce biło' jak najdłużej. :)

Może jeszcze tę -> klik. ;)
Dalej na mojej trasie zrobiło się nieco sentymentalnie. Pamiętam, jak w miejscu widocznym na poniższym zdjęciu, fotografowałam kiedyś Neoplana. To było lata świetlne temu, ale takich chwil się nie zapomina. Tym razem uwieczniłam je bez autobusu. Jednak niezwykle spodobało mi się światło, jakie tutaj zastałam. :)


Do zrobienia kolejnego zdjęcia znów musiałam 'odwrócić' Czerwonego, a następnie wspiąć się na sporą skarpę. Warunki oświetleniowe były trudne. Na dodatek, nie mogłam podpiąć obiektywu, który zaprezentował by nieco szerzej to miejsce, a dodatkowo, przy użyciu filtrów, mogłabym nieco przyciemnić niebo. Niestety, obiektyw szerokokątny jest w serwisie. Zdjęcie zrobiłam więc na teleobiektywie. Przy okazji - wybaczcie jakość części dzisiejszych zdjęć, ale zrobiłam je telefonem, który obecnie służy mi za obiektyw szerokokątny. :]


Gdy wysiadałam z Czerwonego, w głośnikach leciała piosenka "Szanujmy wspomnienia". Zacytuję jej fragment: 
"Lecz zawsze to miło, że nie brak nam miejsc
Do których wracamy pamięcią".
(słowa: A. Jastrzębiec-Kozłowski)

Znalazłam ciekawą wersję tej piosenki na 2 fortepiany -> klik.
Jakże się to niesamowicie złożyło. Fakt faktem - lubię wracać do tego miejsca. Dolina Cybiny jest tak, znów użyję tego słowa, urokliwa. Lubię przyjeżdżać tutaj na zdjęcia. Szczególnie wiosną. Wówczas można fotografować całe stada ptaków i kwitnące kaczeńce. Nie mogłam więc nie wykorzystać tej miejscówki i nie pokazać jej rowerzystom. :)

Widoczek na prawo od Czerwonego prezentował się tak:


Słońce już prawie zaszło za horyzont. Podjechałam jeszcze w jedno miejsce i korzystając z ostatnich promieni światła, sfotografowałam autko, które odkryłam tydzień wcześniej. O dziwo - nadal tutaj stało.


Nie wiecie, co to za wynalazek? Już Wam podpowiadam. To jest Dacia 1310 TLE. Jest to przykład rumuńskiej myśli technicznej.


Po takim dniu mogę spokojnie napisać, że cała byłam w skowronkach -> klik. ;)
A jak rajd rowerowy się udał? O tym dowiedzie się tutaj -> klik.