czwartek, 18 sierpnia 2016

10 lat minęło, jak...

To niesamowite. Wprost trudno mi uwierzyć, że to już 10 lat. Właśnie dzisiaj minęła dekada, od kiedy przyznano mi konto na TWB. Z tej okazji przekopałam dyski ze zdjęciami. Efekty tej fotograficznej archeologii znajdziecie tutaj -> klik.

Jak sobie przypomnę początki mojej komunikacyjnej pasji... Heh... Ile się w tym czasie wydarzyło, pozmieniało...

Na początku zdjęcia robiłam aparatami analogowymi. Smiena, Zenith, 'małpka' - czego to człowiek nie przerabiał. Później przyszedł czas na pierwszy kompakt: Fuji 5600fd. Następnie przesiadłam się na Nikona D90, a obecnie zdjęcia robię Nikonem D700. Jednak nie zapominam o fotografii analogowej i chętnie wracam czasami do robienia zdjęć tą już nieco zapomnianą metodą.

W fotografii komunikacyjnej najbardziej polubiłam tzw. komunikację podmiejską. Przestrzenie, krajobrazy - to zdecydowanie moje ulubione tematy. Ponadto fotografia nocna. Z kolei od czasu, gdy jeżdżę Wartburgami, także i te pojazdy stały się dodatkowym motywem moich zdjęć.

Jakiś czas temu wpadłam na pomysł, aby zdjęcia pojawiające się na TWB (nie tylko mojego autorstwa), tagować w nietypowy sposób. Otóż w przypadku, gdy na zdjęciu widać choć fragment samochodu marki: Barkas, Trabant lub Wartburg, pod spodem wpisuję odpowiedni tag. Oczywiście Wartburgi, którymi jeździłam, też znalazły swoje tagowe odpowiedniki. Dzięki temu możecie poniżej podziwiać efekty mojej pracy:

Wartburg -> klik
1) Biały -> klik
2) Czerwony -> klik
3) Marchewa -> klik

Trabant -> klik
 Barkas -> klik

niedziela, 7 sierpnia 2016

"Einigkeit macht stark".

Ten rok jest dla mnie i Czerwonego dość przewrotowy. Po raz pierwszy nie pojechaliśmy na zlot do Eisenach (w tym roku odbywa się w dniach 05.08-08.08.). Tym razem wakacje spędziłam w zupełnie innym miejscu i na zupełnie innych zasadach. Dotarliśmy tam i wróciliśmy zupełnie innymi środkami lokomocji. Choć zupełnie serio w pierwszej wizji tym środkiem miał być Czerwony. :)

Jednak szybko zrezygnowałam z planowania podróży Czerwonym. Autko wymaga już remontu. Poza tym - coraz częściej przyłapuję się na tym, że nie chcę go ciągnąć na jakieś karkołomne wyprawy. Stał się dla mnie zbyt cenny.

No, dobrze. A gdzie to nas wywiało? Do Belgii. Mieliśmy tam misję do wykonania. Ponieważ Czerwony został w Polsce, to jak tam dotarliśmy? Samolotem! Dla mnie to było niezwykłe przeżycie, gdyż... był to mój pierwszy lot w życiu. Bałam się nieziemsko (!). Na szczęście, wtulona w silne męskie ramię, czułam się bezpiecznie (sic!). :) A co widać z okna samolotu? Spójrzcie:


W Belgii trochę pozwiedzaliśmy. Jednak chcę wspomnieć tylko o jednym odwiedzonym miejscu. Chodzi o miejscowość Tielt. Dlaczego akurat o niej? Poczytajcie ->  klik.

Byliśmy na tym cmentarzu. Złożyliśmy hołd 'naszym'. Przy okazji dowiedziałam się, że w mieście jest ulica... Szamotuły. Dla nie znających geografii -> Szamotuły znajdują się ok. 35 km od... mojego rodzinnego Poznania. :D Niezły zbieg okoliczności, nieprawdaż? 

Nie mogłam sobie tego odpuścić. Musiałam 'zaliczyć' tę ulicę. Oto dowód:
10.07.2016 r., Tielt, ul. Szamotuły.

Później dowiedziałam się, że Szamotuły -> klik są miastem partnerskim Tielt. Co ciekawe - w Szamotułach znajduje się ulica... Tielt.
 
Po powrocie do Polski postanowiłam zorientować się, gdzie dokładnie znajduje się ul. Tielt. Gdy tylko spojrzałam na mapę, wybuchnęłam śmiechem. Przecież wiem, gdzie! Byłam tam! Czerwonym!!! :D

Co? Gdzie? Jak? Kiedy? Pamiętacie, jak objeżdżałam trasę mojej urodzinowej imprezy? Jeżeli nie, to proszę kliknijcie -> tutaj. Na przedostatnim zdjęciu widać w tle Wielkopolskie Zakłady Tłuszczowe ADM znajdujące się w Szamotułach. Chwilę wcześniej szukałam w innej części miasta odpowiedniej miejscówki do zdjęcia. Chodziło mi właśnie o odpowiednie zaprezentowanie tych zakładów. Tym sposobem trafiłam tutaj:


03.12.2014 r., Szamotuły, ul. Glabisza.

Wiecie, na jakim skrzyżowaniu wtedy stanęłam (widocznym za Mercedesem)? Właśnie z ul. Tielt! :)


Nie wierzycie, że miałam takiego farta? Sprawdźcie na mapie -> klik. Ta latarnia i brama po prawej stronie jednoznacznie to potwierdzają. :)

 Jednak, żeby nie było - postanowiłam się teraz wybrać tam ponownie. Zapakowaliśmy się więc do samochodu i pognaliśmy przed siebie. Dzięki temu powstało to zdjęcie:


30.07.2016 r., Szamotuły, ul. Tielt.

Tym samym w ciągu jednego miesiąca zaliczyliśmy ul. Szamotuły w Tielcie i ul. Tielt w Szamotułach. :)

A teraz kilka ciekawostek.

Proszę, porównajcie flagę Belgii -> klik z flagą Niemiec -> klik. :) Podobne, prawda? Choć, uwzględniając pochodzenie Czerwonego, powinnam raczej wskazać flagę NRD -> klik. ;) Dla niezorientowanych - skrót oficjalnej niemieckojęzycznej nazwy Niemieckiej Republiki Demokratycznej (w skrócie NRD) to  DDR (Deutsche Demokratische Republik). Nie powinno więc Was zdziwić, jak zobaczycie jakiegoś Wartburga/Trabanta z naklejką DDR. :)

A co oznacza temat dzisiejszego wpisu? Jest to dewiza Belgii, która w języku polskim oznacza: "W jedności siła". :)

niedziela, 24 lipca 2016

Agent 1.3 z licencją na zdobywanie końca świata.

Kilka dni temu szukałam czegoś w internecie i przez przypadek trafiłam na ciekawą informację -> klik.

Jak już wiecie - zazwyczaj nie porzucam jakiegoś tematu, tylko szperam dalej, aby poszerzyć swoją wiedzę. W ten sposób trafiłam na to -> klik.

Czytając te informacje wywnioskowałam, że ta wartburgowa ekipa powinna już wrócić do Polski i w związku z tym była szansa, że pojawił się jakiś artykuł o zakończeniu wyprawy. Idąc tym tropem, znalazłam to -> klik.

Generalnie podziwiam i gratuluję wyboru odpowiedniej marki samochodu. :) Choć wiele osób dziwi się, jak można udawać się w dalsze trasy takim pojazdem ("przecież przy większych prędkościach jest głośno w kabinie" i "to nie ma piątego biegu", itp.), to osobiście preferuję dalsze wycieczki Wartburgiem. Ba! W zeszłym roku wpadłam na pomysł zorganizowania wyprawy śladami... Jamesa Bonda. ;) Na razie jest to bardzo luźna propozycja. Tym bardziej, że do jej zrealizowania musiałabym najpierw odpowiednio przygotować samochód. Niemniej - tym wpisem 'zaklepuję' sobie pomysł. :) Póki co - ostatnią najdalszą wyprawą Czerwonym był przejazd do i z Gniezna. ;)


A co tam u Czerwonego? Sprawdzam co jakiś czas, czy go ktoś w internecie nie zaprezentował i trafiłam na to -> klik. ;) Na zdjęciu został uwieczniony świeżo pomalowany tłumik, o którym rozpisałam się w tym poście -> klik.

Przy okazji zobaczyłam, co tam słychać u Marchewy. Też ktoś ją złapał -> klik. :)

sobota, 23 lipca 2016

Tłumik.

Hmm... Jakby to napisać? Nawet najlepszym się zdarza. Co? Wróćmy do początku tej historii...
Wydarzyło się to w styczniu. Konkretnie siedemnastego. Dokładnie tuż po zrobieniu drugiego zdjęcia zamieszczonego w tym wpisie -> klik.

Od razu dodam, że tamtego dnia ktoś z moich bliskich przeżył bardzo bolesny wypadek. Z tego powodu nie byłam w dobrej formie psychicznej i wiedziałam, że nie powinnam wsiadać za kółko. Byłam jednak wcześniej z kimś umówiona i nie chciałam już odwoływać spotkania. W drodze na nie poczyniłam fotografie zamieszczone w ww. wpisie.

Gdy wyjeżdżałam zza ciężarówki na ulicę przyhaczyłam tłumikiem o krawężnik. Pierwszy raz coś takiego mi się zdarzyło. Ledwo poczułam, że spód samochodu o coś zawadził, zdjęłam nogę z gazu. Niestety - było już za późno.Wycofałam. Ominęłam przeszkodę i wyjechałam na ulicę. Jednocześnie słyszałam, że pod spodem coś mi 'rzęzi'. Wysiadłam z samochodu, upewniłam się, że nic nie zwisa pod spodem, wsiadłam i pojechałam dalej. Jednak nietypowy dźwięk towarzyszył mi dalej. Domyśliłam się, że układ wydechowy rozszczelnił się.

Kilka dni później...
Po wjechaniu ma kanał, okazało się, że moje przeczucia były trafne. Po obejrzeniu układu wydechowego doszliśmy do wniosku, że wjeżdżając na krawężnik uczyniłam to z takim impetem, iż cały układ przesunął się do tyłu doprowadzając do rozszczelnienia. To powodowało specyficzne dudnienie. Właściciel Czerwonego powiedział, że skoro uszkodziłam tłumik, to powinnam teraz poszperać na aukcjach i kupić nowy. Cóż - mnie dwa razy mówić nie trzeba. Nie wiedziałam tylko, że to był żart...

Przeszukałam oferty internetowe. Wybrałam najciekawsze i przedstawiłam je właścicielowi Czerwonego. Jego mina była bezcenna. Zdołał tylko powiedzieć, że z tym szukaniem tłumika to żartował i sam by to załatwił, ale skoro już poszukałam... Hi hi - co zrobić, że jestem kobietą, która nie boi się takich wyzwań? Przecież co to za problem poszukać tłumika do Wartburga. ;)

Po wybraniu konkretnej oferty, zamówiłam odpowiedni tłumik, opłaciłam wszystko (wszak to ja go uszkodziłam, a za swoje błędy trzeba płacić) i czekałam na kuriera z paczką. Traf chciał, że dostawa nastąpiła w momencie, gdy nie było mnie w domu. W skrzynce znalazłam awizo. I teraz uwaga. Dobrze usiądźcie, zapnijcie pasy i... przygotujcie swoje brzuchy na sporą dawkę śmiechu. Otóż...

Przeczytałam adnotacje na awizie. Nie dowierzałam własnym oczom. Jednak nie było wątpliwości. Wiecie, gdzie zostawiono dla mnie paczkę? W saloniku prasowym. Wyobrażacie sobie? Idziecie do kiosku i zamiast o ulubioną gazetę, prosicie obsługę o... tłumik do Wartburga. <rotfl>

Z ledwością powstrzymałam śmiech wchodząc do saloniku prasowego. Podeszłam do lady, podałam awizo i powiedziałam, że chciałabym odebrać paczkę. Traf chciał, że pakunki stały tuż obok. Rzuciłam okiem i od razu wiedziałam, który jest mój. Zasugerowałam Pani, że zapewne ten największy karton to dla mnie. Nie uwierzyła. :D Jednak po dłuższej chwili i dokładnym sprawdzeniu - przyznała mi rację. Pokwitowałam i wyszłam z tym wielkim pudłem. Nie wiem tylko, dlaczego mijający mnie ludzie dziwnie mnie się przyglądali. ;)

Podeszłam do auta i postanowiłam sfotografować moje 'trofeum':


Niestety, właściciel nie miał czasu na naprawę Czerwonego. Nie chciałam zajmować miejsca w aucie tym kartonem, a że nie posiadam garażu, więc postanowiłam, iż... do czasu naprawy tłumik będzie leżał... w moim pokoju. W ten sposób przez kilka tygodni mieszkałam z kawałkiem Wartburga. ;D Wiem, wiem - to się powinno leczyć. ;) Obawiam się jednak, że wartburgioza jest nieuleczalna. ;)

Kolejne tygodnie upływały, zmieniła się też nieco sytuacja i ostatecznie zapadła decyzja, że... tłumik wymienię sama. Tak, tak!

No, dobrze. Nie tak do końca sama. Mogę się jednak pochwalić, że (po wcześniejszym objaśnieniu) osobiście wyczyściłam cały układ wydechowy przy pomocy... szczotki drucianej zamontowanej do wiertarki. Ba! Na koniec pomalowałam go, aby się ładnie prezentował. :) 

 

Dlaczego zdemontowaliśmy cały układ? Raz, że tak było łatwiej wymienić uszkodzony fragment. Dwa - jak rzuciliśmy okiem, to uznaliśmy, że dla estetyki wizualnej tak będzie lepiej.

Nie wierzycie? Oto dowód - Pani Czerwonego w akcji:


Moja pierwsza w życiu naprawa za mną. Swoją szosą - nie sądziłam, że obsługa mechaniczna Wartburga może być aż tak prosta. :) Wystarczył klucz (oczywiście 'trzynastka') i śrubokręt (do łatwiejszego ściągania gum mocujących). 

Z podziękowaniem dla pomocnika. :)

piątek, 13 maja 2016

OŁA, czyli 14-lecie TWB.

Długo zastanawiałam się, czy wybrać się w tę podróż. Niesamowity splot wydarzeń sprawił, że nie miałam ochoty wyjeżdżać. Ostatecznie podjęłam jednak decyzję, iż jadę. Nie ukrywam - była to niezwykle sentymentalna wyprawa.

Jednym z zagadnień, z którym miałam problem to... mój popsuty aparat. Świadomość, iż czeka mnie tyle kilometrów do pokonania, podczas których nie będę mogła zrobić zdjęć, sprawiała, że nie bardzo miałam ochotę ruszać się z domu. Jak to - jechać tak daleko i nie przywieźć stamtąd fotografii?

Aparat oddałam do naprawy z wystarczającym wyprzedzeniem. Przynajmniej tak mnie się wydawało. Wszak wiedziałam od dawna (czyt. od roku), że czeka mnie tak niesamowita wyprawa. Życie jednak to zweryfikowało. Skończyło się tym, iż zabrałam ze sobą pożyczony aparat cyfrowy i... analogowego Zenita. W zanadrzu miałam też... telefon komórkowy z aparatem. ;)

Na dłuższy czas przed wyjazdem czułam jakiś niepokój. Bałam się, że coś się wydarzy. Było to oczywiście irracjonalne, ale intuicji człowiek nie oszuka. Mając to na uwadze, postanowiłam tym razem nie pokonywać drogi z Poznania do Wrocławia samotnie. Pamiętam, jak rok temu w drodze powrotnej przysnęłam za kółkiem. Wolałam, aby tym razem ten scenariusz się nie powtórzył, więc zabrałam ze sobą 'zmiennika' i towarzysza podróży w jednej osobie. :)
Wyruszyliśmy z Poznania jakoś przed 2:00 w nocy. Pierwszym utworem, który usłyszałam w radio był "Gyöngyhajú lány" zespołu Omega. Nota bene - podróżowaliśmy właśnie Oplem Omegą. :D Pomimo wewnętrznego poddenerwowania - uznałam to za dobry znak. :)
Do Wrocławia wjechaliśmy około 4:00. Oznaczało to, że jesteśmy nieco za wcześnie. Autobus, do którego mieliśmy się przesiąść, miał być podstawiony dopiero około 6:00. Korzystając z przerwy - zdrzemnęłam się w aucie. Wiedziałam, że będzie to całkiem przyjemne, gdyż był to ten sam pojazd, którym... zakopałam się zaledwie tydzień wcześniej -> klik. ;)
Zgodnie z niepisaną tradycją - autobus został podstawiony z opóźnieniem. Z zaledwie 45-minutowym poślizgiem ruszyliśmy w dalszą podróż.

Było około 8:00. Przejeżdżaliśmy właśnie przez Oławę. Pokonując jedno z wielu skrzyżowań nagle poczuliśmy uderzenie. Szok! Co się stało??? Autobus się zatrzymał. Wszyscy rozejrzeli się po wnętrzu. Nikomu nic się nie stało. Przynajmniej wśród pasażerów. Jednak po wyjściu na zewnątrz okazało się, że nasz Ikarus dość mocno oberwał. Powinnam użyć słowa "ała", ale z pewnego powodu napiszę "oła".

Zastanawiacie się, jak do tego doszło? Po prostu jakiś Pan podjechał busem do skrzyżowania. Był na podporządkowanej. Zatrzymał się. Nasz kierowca uznał więc, że spokojnie możemy przejechać. Gdy byliśmy na wysokości busa, jego kierowca postanowił nagle ruszyć. Nasz kierman próbował uniknąć kolizji odbijając w lewo. Niestety, nawet i to nie pomogło. Doszło do zderzenia. Straty w Ikarusie możecie ocenić sami:


Na pamiątkę tego wydarzenia przywiozłam do domu to:


Policji nie musieliśmy wzywać. Akurat przejeżdżał jakiś patrol. Niestety skomplikowało to dalszy rozwój wydarzeń. Patrol wezwał odpowiednie służby. Nie mogliśmy nigdzie się ruszyć. Zabrano nam dokumenty. Jeden z miłośników przeżył z tego powodu chwilę grozy. Podczas weryfikacji jego danych pojawiła się pewna informacja. Wezwano go do radiowozu. Gdy tylko znalazł się wewnątrz... funkcjonariusze zakuli go w kajdanki! Kiwał do nas zza szyby wskazując, iż nie ma pojęcia, o co chodzi. Dopiero po dłuższej chwili uwolniono go. Za co go zatrzymano? Okazało się, że jego dane są podobne do danych jakiejś osoby poszukiwanej przez Interpol międzynarodowym listem gończym. To wszystko brzmi jak scenariusz jakiegoś filmu, prawda? A to 'tylko' początek mojego wpisu na blogu. ;) Czytajcie dalej - będzie jeszcze ciekawiej. ;P
Przy okazji wizyty w Oławie dowiedziałam się, że dawniej produkowano tutaj (uwaga! uwaga!)... tylne lampy do Wartburgów 353!!! :) No i już mam pretekst, aby opisać na blogu 14-lecie TWB. ;) A to nie koniec wartburgowych wątków...

Organizatorzy imprezy stanęli na wysokości zadania i zaczęli szykować plan B. Ikarus, którym podróżowaliśmy, nie mógł kontynuować jazdy. Wszak - bez reflektora trochę byłoby to uciążliwe.
Zapadła decyzja, iż pociągiem dotrzemy do Katowic. Tam wsiądziemy do innego Ikarusa, który akurat dzień wcześniej tam dotarł i również wybierał się na imprezę na Węgry. Policzono, że jest w nim akurat tyle wolnych miejsc, że wszyscy powinni się zmieścić. Udaliśmy się na dworzec. Zanim weszliśmy do budynku, poczyniłam takie oto zdjęcie:


W tym momencie wyjaśnia się zagadnienie, dlaczego użyłam wcześniej sformułowania "oła". ;)
Z zakupem biletów też oczywiście były przeboje. Stojąc w kolejce zaśmiałam się głośno, że jeszcze brakuje, aby pociąg przyjechał z opóźnieniem. Czy zdziwi Was fakt, że... pociąg się spóźnił? He he. Mnie też to nie zdziwiło. ;) Dowód:


O dziwo - podróż przebiegła spokojnie. Pociąg TLK Sztygar dowiózł nas do Katowic chwilę po godzinie 12:00. Co ciekawe siedzieliśmy w wagonie nr 14, czyli tuż za wagonem nr 13. ;)


Gdy byliśmy w pobliżu Nowego Sącza, do naszej wyprawy dołączył... Jelcz. Takiej atrakcji się nie spodziewałam! Dodam, że znałam tego Jelcza ze zdjęć na TWB. Moim marzeniem było, aby zobaczyć go kiedyś na żywo i móc zrobić zdjęcia. A tutaj proszę - spełnienie marzenia i to w takich okolicznościach. Tym ciekawiej, że udało się zrobić wspólne zdjęcia tego Jelcza i Ikarusa, którym podróżowaliśmy. Dla mnie to była pełnia miłośniczego szczęścia. :)


Około 19:00 przekroczyliśmy granicę ze Słowacją. Z kolei około 22:00 wjechaliśmy na teren Węgier. Na miejsce noclegu dotarliśmy około 23:00.
Następnego dnia podjechaliśmy do centrum, gdzie czekał już na nas nasz imprezowy autobus. Podobnie, jak rok wcześniej, trafił się nam egzemplarz wyprodukowany w 1984 r. Wszyscy byliśmy ciekawi, czy przydzielono nam równie genialnego kierowcę, jak w poprzednim roku. Cóż - odpowiedź na to pytanie pojawiła się w dalszej części imprezy. Jednak nie uprzedzajmy  faktów...
Impreza ledwo się rozpoczęła, a ja już byłam przepełniona emocjami. Nie opuściliśmy jeszcze miasta, a ja zasypywałam SMSami tych, których nie było z nami na imprezie. Oto część mojej korespondencji: "Blog pęknie, jak wrócę. Znaleźliśmy Ikarusa z... reflektorami od Wartburga. Zastanawiam się, czy ja jeszcze żyję".
"Ikarusy, Wartburgi i Trabanty w jednym miejscu. Czy ja trafiłam do raju?" " Odpłynęłam do reszty. Na zatramwaju jeżdżą przegubowe Neoplany... Jest coś wyżej, niż raj? ;)".

Moment, moment! Co ja napisałam?! Ikarus z reflektorami od Wartburga?? Tak!!! Spójrzcie sami na te zdjęca (tutaj towarzyszowi podróży składam podziękowania za zwrócenie uwagi na ten szczegół):



Z resztą nie tylko wątki wartburgowe się trafiły. Zobaczcie, co jeszcze sfotografowałam:



W jednym miejscu podczas fotostopu dla niektórych fotografów ciekawszym okazało się uwiecznienie... budki telefonicznej. Nie ukrywam, że też dałam ponieść się temu nurtowi. Wszak - jestem pokoleniem, które jeszcze pamięta czasy, gdy telefony komórkowe nie były popularne, a jedyną sposobnością na skontaktowanie się ze światem było zakupienie żetonów lub kart telefonicznych (też zbieraliście? Ja swoją kolekcję mam do dzisiaj).


Objeżdżaliśmy górki, dolinki, miasta i wsie, aż dotarliśmy w pewne miejsce. Okazało się, iż chcąc wydostać się stamtąd, koniecznym będzie zawrócenie. Cóż... To zadanie okazało się niezłym wyzwaniem dla naszego kierowcy. Dwoił się i troił, jednak wyjechać mu się nie udawało. Próbowaliśmy mu pomóc, sugerując różne rozwiązania. Pan był oporny na nasze podpowiedzi. W końcu jednak zmiękł. W efekcie po zaledwie 20-30 minutach (?!) udało się opuścić to feralne miejsce. Dalej impreza przebiegała już znacznie sprawniej. 
 
 
Na koniec imprezy byłam świadkiem ciekawego wydarzenia. Ikarus dogadał się z kierowcą, aby ten odsprzedał pokrowiec na kierownicę. Kiedy kierowca 'odsznurowywał' pokrowiec, rzuciłam okiem na kabinę i spostrzegłam, że do podsufitki przymocowany był proporczyk reklamujący tutejszego przewoźnika. Zażartowałam, że może i jego Ikarus mógłby pozyskać do swojego wozu. Nim się spostrzegłam, okazało się, że chłopaki już szukają śrubokrętu, aby odczepić proporczyk. Udało mi się uwiecznić zarówno ten moment, jak i chwilę triumfu po zdobyciu tej miłej pamiątki. Oto efekty:


Zdjęć przywiozłam znacznie mniej, niż rok temu. Spowodowane to było problemami sprzętowymi, ale też nastrojem, w którym byłam. Nie da się ukryć, że ostatnimi czasy mocno przewartościowałam swoje życie. W czasie imprezy ktoś, kto widział mnie rok wcześniej, stwierdził, że dorosłam. Hmm... Najpierw się zdziwiłam, gdy to usłyszałam. Jednak później stwierdziłam, że coś jest na rzeczy.
Dowodem na powyższe słowa niech będzie właśnie fakt, iż przywiozłam tak mało zdjęć. Uznałam, że ja już nie muszę fotografować wszystkiego, być wszędzie i widzieć wszystko. Wolę delektować się życiem. Przyglądać spokojnie ludziom i miejscom. Rejestrować swoimi wszystkimi zmysłami to, co dzieje się wokół. Zapachy, obrazy, dźwięki. Matryca aparatu nie jest wstanie tego wszystkiego zapisać.
Taki stan ducha sprawił, że chętniej integrowałam się z grupą. W poprzednim roku byłam trochę odludkiem. Swoistym pustelnikiem. Teraz miałam ochotę rozmawiać z innymi miłośnikami. Sprawiało mi to radość. Co ciekawe - tą radością zarażałam innych, więc rozmów było coraz więcej, bo wszystkich to wzajemnie nakręcało. Niesamowite przeżycie. :)
W dniu wyjazdu do Polski weszłam do autobusu, aby zostawić w nim swój bagaż. Gdy próbowałam wyjść na zewnątrz, tuż przed nosem zamknęły się drzwi. Tak same z siebie. Uśmiałam się, że los chce, abym już wracała do domu. Natychmiast.
Wcześniejsza integracja sprawiła, że byłam szczególnie pilnowanym pasażerem. Na każdym postoju, tuż przed ruszeniem, sprawdzano, czy na pewno jestem na pokładzie autobusu. Było to bardzo miłe. Dziękuję. :)

W końcu dotarliśmy do Polski. W Krakowie nastąpiła przesiadka do pociągu, który zawiózł nas do Wrocławia. Tam mieliśmy szybką akcję, aby z pociągu przedostać się do autobusu, który zgodnie z rozkładem miał za moment udać się w kierunku Centrum Świata (tak pieszczotliwie jest nazywana przez miłośników ta część Wrocławia). Co ciekawe - podróżowaliśmy Solarisem #5602. Zsumujcie te cyfry... ;) Dodam, że w numerze VIN tego pojazdu też jest liczba 13. ;) Autobus okazał się małym zbawieniem dla mojego telefonu. Jego bateria była już prawie wyczerpana. Na szczęście pojazd był wyposażony w gniazdko USB, a podróż trwała na tyle długo, że udało się podładować akumulator o kilka %. Przyznaję, że pierwszy raz skorzystałam z takiego rozwiązania (po co taki gadżet w autobusie komunikacji miejskiej, gdzie podróżuje się zazwyczaj na dość krótkich odcinkach?!). I tak, jak wcześniej byłam sceptycznie nastawiona do takiego rozwiązania, tak teraz od razu się do niego przekonałam. :)


Dotarliśmy do parkingu, gdzie już grzecznie czekała na nas Omega. Wsiedliśmy do niej i pognaliśmy do Poznania. Tak zakończyła się kolejna węgierska przygoda.

Dziękuję za towarzystwo. Dziękuję za imprezę. Fotorelacja z 14-lecia TWB znajduje się tutaj -> klik.

Do opisania za rok? Czas pokaże. :)

czwartek, 14 kwietnia 2016

OSO chodzi?

Moja niedawna przygoda -> klik przypomniała mi pewien fakt z mojego życia.
Być może po przeczytaniu tamtego wpisu zastanawiało Was, jakim cudem samotna kobieta dała radę przetrwać noc w lesie i znalazła jeszcze siły, aby kopać non stop tyle godzin? Cóż... Cofnijmy się o 18 lat. Kiedy to byłam młoda i piękna ;), uczestniczyłam w obozach przysposobienia obronnego. W ich trakcie uczono nas wielu rzeczy. Stąd też potrafię strzelać z KBKSu, przeszłam 'kreta' i wiem, że pościelone łóżko powinno być gładkie, jak blat kuchenny. ;) W ważnych momentach zobowiązani byliśmy do noszenia mundurów. Poprosiłam kiedyś, aby zrobiono mi zdjęcie w takowym. Dzięki temu możecie zobaczyć, jak wówczas wyglądałam:


Uczestnicząc w wielu zajęciach, można było zdobywać punkty. Pod koniec obozu były one zliczane i jeżeli osiągnęło się odpowiedni poziom - otrzymywało się Odznakę Sprawności Obronnej (w skrócie: OSO). Ja zdobyłam 2. Oczywiście najwyższe, czyli złote. :) Mam nawet 'papiery' na to (część danych usunęłam):


Oprócz legitymacji wręczana również była sama odznaka. Zachowałam ją do dnia dzisiejszego. Złotą widać po lewej stronie zdjęcia. Nie pamiętam tylko, w jakich okolicznościach nabyłam brązową (widoczną po prawej stronie).


Być może to wojskowe zahartowanie sprawiło, że było mi łatwiej przetrwać te niecodzienne chwile. Nie poddałam się, walczyłam do końca. Co prawda skutki odczuwam do dzisiaj - poranione ręce z pękającymi i krwawiącymi ranami, siniaki na nogach, starty naskórek na kolanie, zakwasy we wszystkich częściach ciała. To wszystko przypomina mi weekendową przygodę. Jednak nie żałuję tego, że mnie coś takiego spotkało. Więcej - ta sytuacja niesamowicie mnie wzmocniła.

Jednak przy kolejnej wyprawie do Puszczy Pyzdrskiej muszę lepiej dobierać pojazd, którym będę się tam poruszała. Sądzę, że takim KRAZem przejechałabym bez problemu:


03.08.2014 r., Eisenach.

Z kolei dobrze, że nie pojechałam tym niebieskim Wartburgiem. Jest ździebko nisko zawieszony, prawda? ;)

04.08.2013 r. (pomijam liczbę w numerze rejestracyjnym czerwonego Wartburga)


Jeżeli jakimś cudem utknęłabym nawet Wartburgiem, to mogłabym być i na to przygotowana. Wystarczyłoby wyruszyć w podróż wersją z namiotem na dachu. Rewelacja!

03.08.2013 r., Eisenach.


A jeżeli sądzicie, że kopiąc pod samochodem szukałam złotego pociągu, to napiszę, że kiedyś trafiłam na coś znacznie ciekawszego. Ba! I nie musiałam wtedy kopać. Wystarczyło chwycić aparat fotograficzny w dłonie i uwiecznić na matrycy... złotego Wartburga. O! :)


Ostatnio wpadł mi w ucho ten utwór -> klik. Jego słowa świetnie nawiązują do mojej ostatniej wyprawy:
"Ja do centrum do centrum wieź
Gdzie ze słońcem miesza się deszcz"

"Ja do centrum skrótem mnie wieź"

"Pstryknij na raz potrzyj palce dwa
Tyle to trwa tyle życia masz
Jesteś jak sen drzemka z której świat
Obudzi się i będzie trwał.."

(słowa: Katarzyna Nosowska).

Wszak wracałam do rodzinnego miasta. Padało. Próbowałam skrócić drogę. Noc minęła mi szybko. Obudziłam się nie tylko w sensie fizycznym, ale i psychicznym. Wróciły moje dawne siły. :)

niedziela, 10 kwietnia 2016

25 lat...

Dzisiaj przypada 25-lecie zakończenia produkcji Wartburgów. Tym samym Czerwony mógłby otrzymać żółte blachy. Muszę przyznać, że świętowałam to w nietypowy sposób.

Co prawda moja przygoda zaczęła się w sobotę (9 kwietnia 2016 r.), ale jej główny temat przypadł na niedzielę, więc pozwolę sobie opisać ją tutaj.

Wyruszyłam w trasę z samego rana. Musiałam dotrzeć do Ostrowa Wielkopolskiego. Podczas tegorocznej majówki właśnie stąd rozpocznie się rajd rowerowy, który będę miała przyjemność poprowadzić. Chciałam jednak zawczasu sprawdzić trasę, aby wiedzieć, czy będzie przejezdna dla rowerzystów. Z Ostrowa Wielkopolskiego pojechałam do... Zajączków Bankowych. Co prawda niczego ciekawego tam nie ma, ale ta nazwa! Rewelacyjna, prawda? Był to najdalszy punkt wyprawy. Mogłam więc powoli ruszyć w drogę powrotną. Jednocześnie objeżdżałam trasy, które będziemy pokonywali na rowerze przez kolejne dni. Jechałam sama. Musiałam więc jednocześnie być pilotem i kierowcą. Umiem obsługiwać moje aplikacje nawigacyjne, ale jestem wychowana na mapach papierowych, więc głównie im poświęcałam uwagę. Jednak takie śledzenie trasy jest nieco czasochłonne (wszak trzeba się zatrzymać, aby spojrzeć na mapę). Czas więc zaczął mnie gonić, a ja byłam ledwo w połowie wytyczonej drogi...

Gdzie to mnie znów wywiało? Otóż podróżowałam po mojej ukochanej Puszczy Pyzdrskiej. Od zawsze (czyli od 2012 r.) wyjazdy tamten rejon kojarzą mi się z Wartburgami. Tylko raz zdarzyło się, że pojechałam tam samochodem innej marki. I wiecie co? To nie było to! Brakowało mi czegoś. Wartburg jednak dodaje niesamowitego klimatu tym wyprawom. Co ciekawe - to nie jest tylko moje zdanie. Każdy, kto ze mną tam choć raz pojechał - sam to stwierdzał. :) Jednak wiecie, że Czerwonego na razie nie ma u mojego boku. Nie ukrywam - brakuje mi go. Tęsknię. No, ale do Puszczy pojechać teraz musiałam. Nawet i bez niego. Nie posiadam samochodu, więc musiałam jakiś pożyczyć. Trafiło na wóz również z niemieckiej myśli motoryzacyjnej. Jednak podróżując przez cały dzień myślałam o tym, że z Czerwonym czułabym się tutaj pewniej. To było auto do zadań specjalnych. Jego niewielka waga i skromne gabaryty były gwarancją, że bez większych problemów pokonam niemalże każdą drogę. Przez tyle lat tylko raz zdarzyło mi się, że samochód się nieco zakopał. Wystarczyło jednak niecałe 5 minut odgarniania dłońmi piasku i auto mogło wyjechać o własnych siłach. Jednak tamta przygoda sprawiła, że znajomy postanowił wyposażyć mnie w saperkę. Nie wiem co mnie tknęło, ale wczoraj jeszcze przed wyjściem z domu upewniałam się, że na pewno ją zapakowałam. Jakbym czuła, że tym razem się przyda... Bardzo.

Zaczęło się ściemniać. Chociaż nie zrealizowałam całego planu, który wyznaczyłam sobie na ten dzień, postanowiłam zbierać się do domu. Chciałam jeszcze tylko zaliczyć jeden fragment trasy, który przy okazji miał znacznie skrócić moją drogę powrotną. Jednak była to droga gruntowa wiodąca przez las. Już wjeżdżając na nią zastanawiałam się, czy to jest aby na pewno rozsądne. Jednak droga wyglądała w miarę przyzwoicie. Jedynie martwił mnie deszcz, który powodował, że grunt się rozmiękczał. Bałam się, abym nie trafiła na jakieś błoto...

Jechałam, jechałam, jechałam. Wiedziałam, że jestem coraz bliżej asfaltu (tak wynikało z mapy). Zobaczyłam przed sobą piaszczystą drogę. Czułam, jak auto zaczęło się zachowywać (dodam, że jechałam samochodem ważącym ok. 2 ton i posiadającym automatyczną skrzynię biegów). Pomyślałam sobie, że jak się teraz zatrzymam, to ugrzęznę. Znając już nieco technikę jazdy w takim terenie, wiedziałam, że jak nie przejadę tędy rozpędem, to koniec. Więc cięłam na przód. Jednak w pewnym momencie auto samo się zatrzymało. Pomyślałam: "O nie! Tylko nie to. Ugrzęzłam!". Wysiadłam z samochodu. Oceniłam sytuację i... szybko sięgnęłam po saperkę. Po godzinie podkopywania podjęłam pierwszą próbę wyjazdu. Bezowocną. Było już zbyt ciemno, abym mogła zobaczyć, co się dokładniej wydarzyło. Mimo to - postanowiłam kopać dalej "po omacku". Najgorsze, że cały czas padało. Wszystko było mokre. Krople deszczu spływały po mojej grzywce prosto do oczu. Piasek przyklejał się do wszystkiego. Znacznie utrudniało to pracę. Po jakiejś godzinie, może półtorej - ponownie odpaliłam samochód. Nie drgnął nawet o milimetr. Ba! Nawet podjęłam próbę przepchnięcia go, ale cóż - nie oszukujmy się. Strong women to ja nie jestem, aby przepychać 2 tony.

Oceniłam ponownie sytuację. Wiedziałam, że zostało mi ok. 500 m do asfaltu (o zgrozo!). Widziałam w oddali zabudowania, a z mapy odczytałam, że jestem blisko wioski, gdzie jest sporo domów. Droga, na której stanęłam wyglądała na taką, że uznałam, iż najszybciej pojedzie nią coś w poniedziałek i jak już - to będzie traktor. Nie było więc ryzyka, że coś na mnie najdzie w nocy. Żyjemy niestety w dość nieprzyjemnych czasach, więc stwierdziłam, że nie pójdę w tej chwili do wsi po pomoc. Było i tak już zbyt ciemno. Lepiej też, aby nikt nie wiedział, że tu ugrzęzłam. Z tą świadomością czułam się bezpieczniej. Martwiło mnie tylko to, że choć wyruszyłam z naładowanym telefonem, to w tym momencie był już prawie rozładowany, a ja nie miałam ładowarki. Włączyłam go tylko, aby napisać do Rodziców, co się stało, gdzie jestem i że zostanę tutaj na noc. Po czym telefon wyłączyłam. Musiałam go oszczędzać. Tym samym zupełnie odcięłam się od świata. Było ok. 22:00, gdy postanowiłam iść spać. Bałam się nocy. Nie tyle tego, co mnie otaczało, tylko... tych mokrych rzeczy, które miałam na sobie. Bogu dzięki, że zabrałam ze sobą ciepłego 'polara'. Posłużył za kołdrę. Rozłożyłam fotel i zasnęłam. Wszak ponad 2 godziny kopania i prawie 400 km spędzone za kółkiem nieco mnie zmęczyły. Jedynie co 2-3 godziny budziło mnie zimno. Wtedy odpalałam samochód i włączałam ogrzewanie. Gdy osiągałam przyzwoita temperaturę, wyłączałam silnik i spałam dalej. W ten sposób dotrwałam do rana. Liczyłam, że jakimś cudem już o 4:00 zrobi się jasno, ale cóż - takie rzeczy, to dopiero w czerwcu. Rozjaśniło się dopiero chwilę przez siódmą. Najgorsze, że przez całą noc padało. Bałam się otworzyć drzwi, aby zobaczyć, czy czasem nie stworzyło się 'jezioro' pod samochodem. Nadal czekałam, aż przestanie padać. Nie wiem skąd mi się to wzięło, ale czułam, że przestanie. Nie wiedziałam tylko kiedy. Faktycznie - pół godziny później wypogodziło się. Otworzyłam drzwi. Uff! Jednak piasek szybko wchłaniał wilgoć. Nie było tragedii. Wysiadłam z samochodu, spojrzałam pod spód i... załamałam się. Wieczorem nie sądziłam, że jest, aż tak źle. Postanowiłam jednak nie poddawać się. Zjadłam kilka orzechów w czekoladzie (to było całe moje śniadanie), popiłam Pepsi - potrzebowałam energii - i ruszyłam do pracy. Zaczęłam ok. 7:00. Przedtem napisałam tylko do Rodziców, że przeżyłam noc i że czeka mnie kilka godzin kopania. Znów wyłączyłam telefon. Kopałam, kopałam, kopałam. Moim pracom przyglądało się stado saren, które krążyło z niedalekiej polany do lasu i z powrotem. Ok. 8:00 widziałam w oddali jakiegoś człowieka na rowerze, ale nawet nie podjechał, aby się zapytać, co się stało. Postanowiłam więc 'walczyć' dalej. Zadanie nie było proste. Cały samochód zawiesił się na piaszczystej muldzie. Musiałam wybrać ją spod samochodu i zrobić prześwit. Niestety miejscami nie szło dostać się saperką. Koniecznie było ręczne kopanie. Ok. 12:00 usłyszałam huk broni. Nie powiem - nieco mnie to przeraziło i nie wiedzieć czemu - pomyślałam o tych biednych sarenkach. Pół godziny później postanowiłam zakończyć pracę. Uznałam, że przygotowałam wszystko do wyjazdu. Auto odkopałam. Wyrównałam też całą drogę za samochodem, aby ułatwić wyjazd. Stwierdziłam, że jak się nie uda tego zrobić o własnych siłach, to przynajmniej traktorzysta będzie miał ułatwione zadanie w wyciąganiu mnie. Wtem na horyzoncie zauważyłam jakąś postać z psem. Uznałam, że ktoś taki nie może mieć złego charakteru, więc ruszyłam w jego stronę. Miałam rację. Trafiłam na przyjaznego Pana, który postanowił podjeść do auta i ocenić sytuację. Gdy zobaczył to z bliska - oniemiał. "Kobieto - to jest mistrzostwo". Zrobił kilka zdjęć. Jeszcze w większym szoku był, jak uświadomiłam go, że tutaj nocowałam. "Niesamowite". Też pomyślał o wezwaniu kogoś z traktorem, ale uznał, że teraz to już raczej nie będzie potrzebny. Stwierdził, że auto powinno bez problemu ruszyć. Jakoś tak wyszło, że to on wsiadł za kółko. Może i lepiej, bo chyba nie miałabym już sił psychicznych na tę ostatnią bitwę. Auto ruszyło bez najmniejszego problemu. Pan brawurowo wycofał do miejsca, w który auto nie miało już prawa ugrzęznąć. Zwycięstwo! Jednocześnie nie dowierzałam, że mi się udało. Że nie trzeba wzywać pomocy. Nie potrzeba traktora. Nic. :) Podziękowałam za pomoc i pomknęłam dalej. Oczywiście już inną drogą, którą też po ok. 500 metrach dotarłam do asfaltu. Znalazłam sklep, pożyczyłam ładowarkę, skontaktowałam się ze światem. Mogłam wrócić do domu, który był oddalony o ok. 130 km. 

Żałuję, że nie mam zdjęć, jak auto jeszcze stało w 'grajdole'. Wykrzesałam ostatki sił z zapasowego telefonu (który też był raczył się w zasadzie rozładować) i zrobiłam zdjęcia, tuż po wyjechaniu z tego pechowego miejsca. Prezentowało się to tak:

to widziałam przed sobą,


 a tak to wyglądało po obejrzeniu się do tyłu. Jak widać - zlikwidowałam całą muldę. :) W oddali widać uratowany samochód.


Co ciekawe - wracałam w towarzystwie Rodziców, którzy wyjechali mnie szukać. W jednym SMSie podałam im, przy jakiej wsi ugrzęzłam. Jednak - jak się okazało - wsi o tej nazwie w Puszczy Pyzdrskiej i jej okolicy jest więcej, toteż ich zadanie było utrudnione. Tym bardziej, że miałam wyłączony telefon i nie mogli mnie o nic zapytać. Na szczęście, po wydostaniu się z 'grajdołka', skontaktowałam się z nimi i spotkaliśmy się gdzieś na trasie. :)

Gdy wróciłam do Poznania, traf chciał, że jedyne sensowne miejsce, jakie znalazłam, to... miejsce obok Czerwonego. Parkując obok, prawie się rozpłakałam. Czerwony, gdybym to z Tobą pojechała, może nie przeżyłabym takiej przygody. Ty zawsze dawałeś radę...

Później dowiedziałam się, że ponoć w samochodzie był kombinezon, rękawice i... ładowarka. Cóż. Chyba lubię utrudniać sobie życie. Niemniej - następnym razem zabiorę ze sobą zestaw surwiwalowy. Tak na wszelki wypadek. ;)