piątek, 10 kwietnia 2015

Rocznica.

10 kwietnia. Dzisiaj przypada smutna rocznica. Otóż dokładnie 24 lat temu z linii produkcyjnej zjechał ostatni Wartburg. Z tego powodu Czerwonemu niemal łza w reflektorze się zakręciła. Wszak był on jednym z ostatnich, które opuściły teren fabryki w Eisenach...
Jednak, co ciekawe, pomimo upłynięcia tylu lat, nadal można spotkać te samochody. Ba! Ja dzisiaj spotkałam brata bliźniaka Czerwonego! Przejeżdżałam przez Suchy Las, aż tu nagle... Zauważyłam zaparkowanego przy ulicy... czerwonego Wartburga 1.3. Był tutaj ewidentnie na 'gościnnych występach', gdyż jego tablica rejestracyjna zdradzała, że pochodzi z Grodziska Wielkopolskiego lub jego okolic. Niestety, bardzo się spieszyłam i nie miałam czasu, aby zatrzymać się w celu zrobienia wspólnego zdjęcia (z resztą, nawet gdybym znalazła chwilę, to zdjęcie byłoby kiepskie, bo nie miałam przy sobie aparatu fotograficznego). Jednak przypomniało mi się przy okazji, że mam w swoich zbiorach wspólne zdjęcie Czerwonego z innym jego bratem bliźniakiem. Oto ono:

21.06.2014 r., godzina 4:17. Gdzieś między Poznaniem a Puszczą Pyzdrską.

niedziela, 29 marca 2015

Przegląd.

Jakiś czas temu wybrałam się Czerwonym na coroczne badanie techniczne. Niby nic takiego, rutynowa sprawa, ale... śmiechu miałam co nie miara. 

Podjechałam do punktu kontroli. Brama była zamknięta, więc diagnosta nie widział, że podjechał jakiś samochód. Zamknęłam więc Czerwonego na klucz i udałam się do wnętrza budynku. Po przywitaniu i omówieniu sprawy, udaliśmy się w stronę samochodu. Diagnosta, widząc, że przyjechała do niego blondynka (to nic, że farbowana), pomyślał, że zapewne nie poradzę sobie z wjazdem na kanał. Nie miałam potrzeby udowadniania komukolwiek, że się myli, więc bez zająknięcia podałam mu kluczyki, gdy mnie o nie poprosił. Tym bardziej, jak się później okazało, to nie ja miałam kłopot z wjazdem. Cóż - zgodnie z powiedzeniem: "ten się śmieje, kto się śmieje ostatni". ;)

Pan podszedł do Czerwonego, nacisnął na przycisk klamki i... oo. Zamknięte. Dodam, że do obsługi Wartburga są potrzebne trzy kluczyki i trzeba wiedzieć, który do czego służy. Pan się chwilę miotał, zanim odkrył, który z nich jest tym właściwym. W końcu jednak udało mu się dostać do środka. Teraz przyszła kolej na uruchomienie auta. Hmm... który kluczyk by tu wybrać... Po wypróbowaniu wszystkich trzech - o dziwo - trafił w 10. ;) Jednak problem pojawił się, gdy podjął próbę umieszczenia go w stacyjce. Trzeba wszak wiedzieć, że ten klucz można włożyć w tylko jeden, konkretny sposób. Pominę, że Pan zaczął od poszukiwań stacyjki po prawej stronie kolumny kierownicy. Taki psikus, że w Wartburgu znajduje się ona po lewej stronie. Po 2 minutach nieudanych działań włożenia klucza, podeszłam do Pana i miło zapytałam, czy może mam mu pomóc. Miał jednak szczęście i właśnie w tym momencie udało mu się ten kluczyk właściwie włożyć. Uśmiechnął się więc tylko i odpalił auto. Wjechał na kanał, zatrzymał samochód, wyłączył silnik, zaciągnął hamulec. Pominę opis sprawdzania hamulców, szyb, pomiar emisji spalin, stan amortyzatorów, stan ogumienia, itd., bo w tym zakresie nic ciekawego się nie wydarzyło. Przejdę do zrelacjonowania tylko tych czynności, które mnie jeszcze dodatkowo rozbawiły.

Diagnosta chciał sprawdzić ustawienie świateł. Tylko, że jakoś tak nie bardzo wiedział, jak włączyć światła. Wciskał wyłącznik, ciągnął w bok i... nic. Dopiero po dłuższej chwili odkrył, że wyłącznik świateł należy przyciągnąć do siebie (wnętrza auta). Włala! Gdy ustawienie zostało odfajkowane, Pan postanowił otworzyć maskę Czerwonego. Domyśliłam się, że przymierza się do tej czynności, gdyż od dłuższej chwili szukał czegoś przy otwartych drzwiach kierowcy. Zdziwiło mnie tylko, czego on szuka w okolicy zawiasów i tapicerki drzwi. W końcu zapytałam wprost, czy może chce otworzyć maskę. Gdy otrzymałam twierdzącą odpowiedź, wyjaśniłam, że dźwignia zwalniania blokady pokrywy komory silnikowej znajduje się między deską rozdzielczą a półką. Udało się. Tyle, że ja wiedziałam, że to nie koniec. Wszak trzeba jeszcze nacisnąć w lewo zamek pokrywy. Odkrycie tego też zajęło chwilę diagnoście. Po otwarciu pokrywy Pan stał nad komorą silnika, podtrzymując jedną ręką ową pokrywę. Od razu pomyślałam sobie: "Ciekawe, po ilu minutach zorientuje się, że nawet tak stary samochód jest wyposażony we wspornik?". Brawo. Po 2 minutach Pan się zorientował, że Czerwony ma takie udogodnienie. :)

Po zakończeniu badania, Pan postanowił osobiście wyjechać samochodem na zewnątrz. Tylko, że jakoś tak biegu wstecznego też nie potrafił włączyć... Ostatecznie jednak udało mu się opuścić budynek, przy okazji nie uszkadzając Czerwonego.

Z ciekawości podpytałam Pana, czy Wartburgi pojawiają się u Niego na badaniach. Odpowiedział, że Czerwony był drugim autem tej marki w historii tej stacji. Tym samym gratuluję, że mimo wszystko 'ogarnął' ten samochód. :)


23.08.2014 r., Poznań. Zdjęcie powstało podczas kręcenia filmu przez niemiecką telewizję. Czerwony dla potrzeb filmu został umieszczony na podnośniku. O filmie napiszę przy innej okazji. :)

P.S. Żeby nie było, że jestem taka bystra w obsłudze samochodu. Pamiętam, jak kiedyś podjechałam samochodem służbowym (bodajże to było Suzuki SX4) na stację paliw i nie wiedziałam, jak otworzyć (była zablokowana) klapkę od wlewu paliwa. W końcu poprosiłam obsługę stacji o pomoc. Wtedy dowiedziałam się, że do otwierania tej klapki służy dźwignia znajdująca się przy fotelu kierowcy. Tak to jest, jak na co dzień jeździ się jakimś NRD-owskim wynalazkiem bez takich wymysłów. ;)

poniedziałek, 2 marca 2015

Dekielek.

31.01.2015 r.
Plan na ten dzień był prosty - pojechać na zdjęcia, aby uwiecznić ostatni dzień pracy pewnego kierowcy. Jednak, jak to w życiu bywa, los postanowił trochę uatrakcyjnić ten wyjazd.
Tego dnia punktem docelowym były Oborniki. Aby nie robić tzw. pustych kilometrów, postanowiłam pojechać przez Rokietnicę, aby przy okazji zaktualizować swoje zbiory fotograficzne w zakresie komunikacji rokietnickiej. Najpierw podjechałam do Pawłowic, aby złapać pierwszy tego dnia kurs linii nr 830. Po zrobieniu zdjęcia, pomknęłam za autobusem do Kiekrza. Zaparkowałam nieopodal pętli. Wysiadłam i stanęłam w pewnym oddaleniu, aby zrobić zdjęcie autobusowi wyjeżdżającemu z pętli. Myślałam, że będzie stał tam tylko przez chwilę. Jednak odjazd się opóźniał. Nie byłam na bieżąco z rokietnicką komunikacją i nie wiedziałam, na jaką linię zostanie przenumerowany autobus, więc nawet nie miałam jak sprawdzić rozkładu jazdy. Jednak kierowca wysiadł na moment i gestykulując, dał mi do zrozumienia, że ma ok. 10 minut przerwy. Zaszokowało mnie to. Nie znałam tego człowieka, nie rozmawiałam z nim w Pawłowicach, a on i tak wiedział, o co chodzi. Był to dla mnie znak, że jest przyjaznym dla miłośników kierowcą, więc postanowiłam podejść do niego i porozmawiać, a przy okazji podziękować za miły gest. Nie pomyliłam się - kierowca okazał się serdecznym człowiekiem. Niestety, 10 minut szybko nam minęło i trzeba było zakończyć miłą pogawendkę. Pan poczekał, abym zdążyła ustawić się w odpowiednim miejscu i cyknąć foto, gdy on opuszczał pętlę. Tym samym rozstaliśmy się - on pomknął do Poznania, jako linia nr 61, a ja - do Przybrody. Oprócz uwiecznienia autobusu, chciałam tam zrobić zdjęcie "rodzinne" z Trabantem, którego ustawiono... na placu zabaw. Odkryłam go kiedyś podczas rajdu rowerowego. Niestety - po dotarciu na miejsce okazało się, że Trampka już usunięto. Jednak i tak postanowiłam zapozować Czerwonym. Poniżej zamieszczam dla porównania zdjęcia tego samego miejsca wykonane w odstępie około 5 lat.


03.09.2010 r., Przybroda.



31.01.2015 r., Przybroda.

Gdy sfotografowałam autobus, na którego czekałam w Przybrodzie, czym prędzej pognałam do Obornik. Grafik miałam bardzo napięty. Czasu na przejazd zostało mi niewiele. Znałam dobrze trasę i wiedziałam, że nie będę mogła zbytnio pędzić, bo zawieszenie Czerwonego mogłaby nie przetrzymać stanu tych dróg. Dlatego, gdy dojechałam do Cerekwicy i mijałam lawetę, na którą wciągano właśnie... Syrenę, nie zatrzymałam się, aby porobić zdjęcia. Żałuję tego, bo po reakcji Panów, którzy zauważyli mnie przemykającą obok nich Czerwonym, sądzę, że mogłaby wywiązać się ciekawa dyskusja o zabytkowych autach. Niestety - misja obornicka była ważniejsza.

Wjechałam do Kowalewka. Na drodze prostopadłej do tej, którą się właśnie poruszałam, zauważyłam znajome auto. Nie wiem, co w nim takiego jest, ale wystarczy mi rzut oka i wiem, że to ono. Profilaktycznie jednak spojrzałam na tablice rejestracyjne. Szok! To na 100% moi Rodzice. Byłam tego o tyle też pewna, gdyż rozmawiałam z Nimi rano, że wybierają się na przejażdżkę. Wiedzieli też, że ja również gdzieś wybywam. Co istotne - nie informowaliśmy siebie o kierunkach naszych wypraw.

Wiedziałam, że mnie rozpoznają bez problemu. Wszak Czerwony jest zdecydowanie charakterystycznym pojazdem. Po chwili staliśmy już na poboczu i śmialiśmy się do rozpuku. Świat faktycznie jest mały... Jednak nie mogłam poświęcić im więcej czasu, gdyż zostało tylko 15 minut do odjazdu autobusu z Obornik...

Wskoczyłam do Czerwonego i pomknęłam dalej. Na dworzec wpadłam w ostatniej chwili. Kilka słów uzgodnień z kierowcą i w trasę! Zaczęła się kolejna walka z czasem. Do dorwania był jedyny tego dnia popołudniowy kurs linii nr 26. Znałam już nieco trasę tej linii, więc łatwiej było mi wyznaczyć miejsca do zdjęć. Gdy dotarliśmy do Stobnicy, zorientowałam się, że nie włączyłam w obiektywie stabilizacji obrazu. Zdenerwowałam się, że wszystkie zrobione od rana zdjęcia są do usunięcia... Na szczęście okazało się, że tylko część z nich nie udała się. Jedno z ciekawszych zdjęć z tego dnia prezentuję poniżej:


Po dotarciu do Obornik i przenumerowaniu się na linię nr 25, pomknęliśmy do Zielątkowa. Na trasie wydała się jednak moja nieznajomość niuansów tej linii i na jednym skrzyżowaniu pojechałam prosto, zamiast skręcić w lewo. Szybki telefon od... kierowcy autobusu z instrukcjami i udało się ustalić, jak się dalej zgrać, aby jeszcze udało się zrobić jakieś zdjęcie. Na szczęście dalsza trasa do Zielątkowa odbyła się już bez przygód. Jednak, jak się później okazało, w drodze powrotnej z Zielątkowa zgubiłam w jednej wiosce (nota bene Kowalewku, w którym wcześniej spotkałam Rodziców) dekielek od obiektywu. Po przeanalizowaniu listy fotostopów, szybko zorientowałam się, że właśnie tam musiał ten dekielek mi gdzieś upaść. W drodze powrotnej do Poznania podjechałam więc w to miejsce. Dekielek grzecznie leżał na poboczu wgnieciony w trawę. Wytrzymały egzemplarz, bo widać było, że... przejechałam po nim samochodem.

Wracając do domu pomyślałam sobie, że to może być idealny wieczór na zrobienie jubileuszowego zdjęcia na TWB. Zabierałam się do tego tematu od dłuższego czasu. Jednak nadmiar zajęć i choroba spowodowały, że nie miałam kiedy tego zrealizować. Sprawdziłam więc szybko rozkład jazdy i okazało się, że za kilkanaście minut powinien do Chludowa przyjechać autobus z Poznania. Oczywiście miałam na myśli przedstawiciela mojego ukochanego przewoźnika. Jedynym problemem było to, że nie wiedziałam ani na jaki egzemplarz autobusu, ani na jakiego (czytaj: przyjaznego) kierowcę trafię. Postanowiłam poczekać na pętli. Dla zabicia czasu zrobiłam Czerwonemu małą sesję zdjęciową przy jednym z bardziej znanych budynków. W ten oto sposób powstało poniższe zdjęcie:
 

Gdy zobaczyłam na horyzoncie wyczekiwany autobus, na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Wiedziałam już, że ze zdjęciem nie powinno być problemu. Po samym autobusie poznałam, że prowadzi go sympatyczny kierowca. Faktycznie z dogadaniem się nie było jakiegokolwiek kłopotu. Dzięki temu powstało zdjęcie nr 2000, które dodałam na TWB. Oto ono:



Myślałam, że ten dzień pełen wrażeń dobiegł już końca i mogę spokojnie wrócić do domu. Traf jednak chciał, że w jednym miejscu mijałam zaparkowanego Neoplana. Cóż - nie potrafię obojętnie przejechać obok autokaru tej marki. Zjechałam więc na bok, aby zrobić zdjęcie tego pięknisia. Jednak nie zdążyłam nawet rozstawić do końca statywu, a już usłyszałam słowa typu: po co Pani robi zdjęcia? Z autobusu wyszedł (jak się później okazało) kierowca. W kilku słowach wyjaśniłam mu szybko, o co chodzi. Zdjęcia jednak nie zrobiłam. Ziąb wygonił nas do autokaru, gdzie kontynuowaliśmy pogawendkę. Dopiero telefon od pasażerów sprawił, że postanowiliśmy zakończyć naszą miłą rozmowę. Po wyskoczeniu z Neoplana, udało mi się zrobić szybko zdjęcie.


Po kadrze widać, że nie miałam za wiele czasu na odpowiednie ustawienie się. Ważne jednak, że uwieczniłam na "gościnnych występach" przedstawiciela mojej ulubionej marki autobusów w moim rodzinnym mieście. W końcu mogłam dokonać ostatecznego 'zjazdu do zajezdni'. Uff... to był bardzo intensywny dzień.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
W lutym Czerwony nie odbył zbyt wielu podróży. Po 24 latach zbuntowała się w nim uszczelka pod głowicą. Autko musiało trafić do warsztatu. W tym miejscu dziękuję mojej drugiej połówce za ekspresową naprawę Czerwonego. :*

czwartek, 22 stycznia 2015

Trzynasty.

Jest to trzynasty wpis na tym blogu. Nie bez powodu zwracam na to uwagę. Właśnie dzisiaj mija trzynaście lat od momentu, kiedy wydano mi prawo jazdy. :)
Z resztą liczba trzynaście od dawna towarzyszy mojemu życiu. 
Skończyłam LO nr XIII. Musiałam do niego dojeżdżać. Najwygodniejsze połączenie zapewniała mi linia nr 74. W tamtych czasach była ona obsługiwana głównie przez Ikarusy oraz krótkie Neoplany. Jednak w 2000 r. nastąpił przełom. Do Poznania dotarło 5 przegubowych Neoplanów N4021. Dzięki temu na pętli mogłam trafić na taki widok -> klik i klik (zwracam uwagę, iż podlinkowane zdjęcia zrobiłam już w siódmym roku eksploatacji tych autobusów). To był powiew świeżości! 'Zakochałam się' w nich. Co ciekawe - ich numery taborowe zawierały się w przedziale: 1370-1374. Znów ta  trzynastka... Żeby było śmieszniej - ze szkoły często wychodziłam (bądź docierałam na pętlę) o godzinie 13:13. :) Dodam też, że linia nr 74 była uważana za linię reprezentacyjną, dlatego wszelkie nowości, czy pojazdy testowe, trafiały właśnie na nią.
Neoplanów w Poznaniu było w tamtym czasie więcej. W latach 1996-1997 na poznańskich ulicach pojawiły się wersje: N4016 i N4020 (numery taborowe w przedziałach: 1301-1333 i 1351-1369) oraz N4009 (numery taborowe w przedziale: 1251-1272). Co ciekawe - żaden z tych pojazdów nie otrzymał numeru 1313. Dlaczego? Przewoźnicy są w tym temacie zabobonni i unikają numerów z trzynastką na końcu.
Mogę więc napisać, że w zasadzie wychowałam się na Ikarusach i Neoplanach. Uwielbiam obie te marki autobusów. Sama jednak nie wiem, którą bardziej.
No i tutaj tradycyjnie rodzi się pytanie: a co to wszystko ma wspólnego z Wartburgami? Otóż lubię od czasu do czasu sfotografować mój samochód w towarzystwie jakiegoś autobusu. Jednak dopiero we wrześniu 2014 r. udało mi się (i to przez zupełny przypadek - nie było to planowane) zrobić wspólne zdjęcie Czerwonego z Neoplanem. Co prawda nie był to mój ulubiony typ tej marki autobusu i na dodatek załapała się wersja przejściowa między Neoplanem a Solarisem, ale chociaż nazwa się zgadza. :)

Poniżej zamieszczam owe zdjęcie:

29.09.2014 r. Dopiewiec, ul. Leśna.

 Prawie trzy lata temu udało się także zapozować Marchewą wraz z kultowymi Ikarusami:

28.04.2012 r. Gdańsk, ul. Litewska. 

Z kolei na następnym zdjęciu uwieczniłam taki mały żarcik. Marchewa swoim malowaniem przypominała to, które charakteryzuje autobusy ZKP Suchy Las. Nie omieszkałam więc kiedyś zaparkować pomiędzy autobusami tego przewoźnika i zrobić wspólne zdjęcie. Kto wie, może kiedyś zaparkuję tam swój... autobus? ;>

6.03.2013 r. Chludowo, baza ZKP Suchy Las.

Żeby było śmieszniej. Wszystkie powyższe zdjęcia opublikowałam na TWB, które w tym roku obchodzi... 13-lecie swojego istnienia. :)

środa, 21 stycznia 2015

Biało-czerwony, zwany Marchewą.

Skoro już przedstawiam nasze Wartburgi, to i wypadałoby poświęcić kilka słów na opisanie jeszcze jednego naszego samochodu.
Biało-czerwony zwany w skrócie Marchewą.
Moja znajomość z tym autem zaczęła się dość... romantycznie. Otóż moja druga połowa na naszą pierwszą randkę przyjechała właśnie tym pojazdem. Trzeba przyznać, że oboje zrobili na mnie duże wrażenie. Na tyle spore, że niecały miesiąc później dałam się namówić na wspólny wyjazd do Eisenach na zlot Wartburgów. Od tamtego czasu samochody tej marki stały się częścią mojego życia. Zostałam zarażona pasją do tych samochodów.
Marchewa był pierwszym Wartburgiem, którego miałam okazję prowadzić. Pamiętam, że moje początki za kółkiem tego auta nie były proste. Wszak te samochody nie mają wspomagania kierownicy i hamulców. Nie miałam wcześniej okazji prowadzić auta bez tych wszystkich udogodnień, w związku z tym musiałam przejść małe szkolenie. Z czasem jednak nabrałam wprawy i teraz prowadzenie takiego samochodu nie sprawa mi żadnego problemu.

Poniżej zamieszczam zdjęcia z małej sesji zdjęciowej wykonanej w Łodzi. Uwielbiam klimat tego miasta, choć mieszkańcy zupełnie nie rozumieją, co w nim jest takiego fascynującego. ;)

 28.11.2009 r. Łódź.
28.11.2009 r. Łódź.

wtorek, 20 stycznia 2015

Biały.

Nadszedł w końcu czas na przedstawienie najważniejszego Wartburga w moim życiu. Oto Biały. Pochodzenia nazwy nie muszę chyba wyjaśniać. ;)
Podobnie jak Czerwony, Biały również jest... tzn. był przedstawicielem modelu 1.3. Jednak w odróżnieniu od Czerwonego, był on zwykłym "jeden trzy", a nie wersją sport. Kolejna różnica to taka, że Czerwony to sedan, a Biały - kombi. Nie miało to jednak wpływu na mój odbiór tego samochodu. Kochałam go takiego, jaki był. Ze wszystkimi jego ułomnościami. Najważniejsze, że miał 'duszę'. Niezwykłą duszę. Z resztą nie są to tylko moje odczucia. Potwierdzał to każdy, kto miał choć raz okazję się nim przejechać.
Nie pamiętam, kiedy Biały pojawił się w naszej 'rodzinie'. Przeglądając zdjęcia doszłam jednak do wniosku, że był to 2011 r. Nie był pierwszym Wartburgiem, którego miałam okazję prowadzić. W tamtym czasie mieliśmy jeszcze czerwono-białego Wartbiego (na jego opis też jeszcze kiedyś poświęcę chwilkę).
Biały służył mi do wielu zadań. Jeździłam nim na zakupy, na rajdy rowerowe (przewoziłam rower w bagażniku). Jednak najciekawszymi wyprawami, które nim odbyłam, to były wypady do Puszczy Pyzdrskiej. Miejsca, które odkrył przede mną mój Przyjaciel - również fotograf. Głównym celem wyjazdów do Puszczy Pyzdrskiej były ponad 200-letnie domki zbudowane z rudy żelaza. Oczywiście nie omieszkam poruszyć jeszcze kiedyś ten temat.
Wracając do Białego... Uwielbiałam nim jeździć. Wiedziałam, że nigdy mnie nie zawiedzie. Że pokona każdy teren, każą kałużę, każdą szosę. Chociaż czasami jego prowadzenie nie było proste. Szukanie biegów bardzo mi przypominało tę czynność, z którą zmagali się również kierowcy kultowych Ikarusów. Zważając jednak na fakt, że uwielbiam Ikarusy, uważałam więc Białego za taki osobowy odpowiednik tego autobusu. ;)
Biały musiał niestety odejść. Choć bardzo ciężko było mi przyjąć tę informację do wiadomości, to jego stan techniczny pozostawiał coraz więcej do życzenia. Gdy któregoś dnia moja druga połowa obejrzała auto od spodu i okazało się, że jeszcze trochę i Biały zacznie przypominać auto Flinstonów (które to napędzane było nogami właścicieli), nie było zmiłuj. Moje lamenty, błagania, płacz... Nic nie pomogło. Nie było już ratunku dla tego samochodu. Musieliśmy się rozstać...
Pozostały zdjęcia, filmy (!) i mnóstwo wspaniałych wspomnień. :)

16.03.2013 r. Puszcza Pyzdrska. Jedno z moich ulubionych zdjęć Białego. Traf chciał, że zrobiłam je w dniu moich imienin. :)


19.06.2011 r. Poznań, ul. Taczaka.

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Księżniczka w białym Wartburgu.

Ostatnio miałam mały przestój w pisaniu. Jednak czemu tu się dziwić? Dokumentowanie integracji gmin Murowana Goślina i Czerwonak z systemem ZTM Poznań pochłania mi każdą wolną chwilę.

Tym razem schemat wyprawy był podobny. Najpierw gmina Czerwonak, następnie Murowana Goślina, a po ich zaliczeniu - przejazd do Obornik.
Nie będę jednak opisywać całego dnia. Skupię się tylko na jednej przygodzie. 
Goniłam po wioskach pewien autobus. Oczywiście po drodze robiłam mu zdjęcia na zasadzie: wyprzedzam autobus, odjeżdżam dość daleko rozglądając się za ciekawym miejscem, zatrzymuję samochód, wyskakuję z aparatem, robię zdjęcie, wskakuję z powrotem do Czerwonego i ruszam w dalszy pościg. Gdy dojechałam do wsi, w której znajdowała się pętla, nieopodal zaparkowałam samochód. Wysiadłam i przybliżyłam się do autobusu, aby zrobić zdjęcie. Gdy już to zrobiłam, zauważyłam, że kierowca chce porozmawiać ze mną. Podeszłam. Kierowca otworzył okno i przywitał mnie słowami: "Witaj Księżniczko!". Wymieniliśmy kilka zdań, po czym kierowca zapytał: "Czy Ty nie jeździłaś kiedyś białym Wartburgiem?". Doznałam szoku. Biję się w piersi, że nie poznałam kierowcy. Dopiero jego pytanie uświadomiło mi, że już kiedyś się spotkaliśmy. Mieliśmy okazję poznać się dwa lata wcześniej, gdy fotografowałam pojazdy obornickiej komunikacji. Wtedy faktycznie jeździłam Białym. 
Co było dla mnie najistotniejsze w tej historii? Fakt, że poprzez rozpoznawalny samochód, jestem i ja znana w środowisku. To często ułatwia fotografowanie, gdyż kierowca widząc charakterystyczny samochód wie, z dużą dozą prawdopodobieństwa, kto robi zdjęcia autobusu, który on właśnie prowadzi. Wówczas zdarzają się sytuacje, że kierowca zwolni, aby zdjęcie się udało. Albo mrugnie kierunkowskazem na znak, że droga wolna i można go wyprzedzić. To sprawia, że tym chętniej zabieram Czerwonego na takie wyprawy. :)

A tak swoją szosą - całe życie czekałam na księcia na białym rumaku, a sama zostałam księżniczką w białym Wartburgu. ;) No i przy okazji - zdradziłam temat kolejnego wpisu. Czas na przedstawienie Białego. :)

02.01.2015 r. Promnice. Solaris Urbino #3020 opuszcza właśnie pętlę, aby udać się do Poznania. Jak zwykle niechcący (na prawdę!) zaparkowałam sobie w kadrze, ale przynajmniej mogę to zdjęcie wykorzystać na blogu. ;)

02.01.2015 r. Oborniki, dworzec autobusowy. Czerwony po całym dniu ścigania autobusów wyglądał, jakby wrócił z rajdu Paryż - Dakar. ;) Na szczęście wśród moich prezentów urodzinowych była również karta do myjni. Po tym wyjedzie nie omieszkałam z niej skorzystać. Darczyńcy serdecznie dziękuję. :)